Recenzje

BLIŹNIAK. Will Smith kontra Will Smith

Widowisko bzdurne, archaiczne, pokiereszowane ambicjami, pociesznie szrotowe, technologicznie wadliwe i do zapomnienia.

Autor: Radosław Pisula
opublikowano

Zagubiony w czasie

Są takie filmy, które czekają na realizację przez wiele lat. Czasami uda się tkwiący w produkcyjnym piekle skrypt dopasować do nowych czasów (zazwyczaj efekt końcowy nie przypomina już zbytnio pomysłu wyjściowego), ale trafi się i taki celuloidowy bękart, który ma konkretną datę przydatności do spożycia, a po jej przekroczeniu staje się średnio jadalny. Takim przypadkiem natchnionej katastrofy jest Bliźniak, który przeskakiwał z rąk do rąk przez ponad dwadzieścia lat, oczekując na odpowiedni rozwój technologii. Niestety, gdy ta poszła do przodu, sama opowieść utkwiła na stałe w rejonach groszowych VHS-ów.

W 1997 roku Darren Lemke rozpisał pomysł na film, którego osią miał być konflikt pomiędzy diabelnie profesjonalnym zabójcą do wynajęcia a jego jeszcze bardziej zabójczym młodszym klonem, wysłanym przez super ekstra organizację militarną, żeby sprzątnął niewygodnego dla niej człowieka. Fabuła była mocno pretekstowa i przypominała zalew innych tanich akcyjniaków, gdzie przewijali się Jean-Claude Van Damme, Christopher Lambert czy przypadkowi niby-aktorzy w stylu Denisa Rodmana, a sednem całego tego cyrku miało być odmłodzenie komputerowo głównego aktora, żeby dosłownie ścigał siebie. Niestety, technologia do tego odpowiednia była jeszcze w powijakach i przez lata skrypt zmieniał reżyserów oraz aktorów z szybkością karabinu maszynowego – były z nim łączone nazwiska między innymi Tony’ego Scotta, Curtisa Hansona, Mela Gibsona, Clinta Eastwooda, Harrisona Forda, Nicolasa Cage’a, Brada Pitta, Toma Cruise’a, Arnolda Schwarzeneggera, Sylvestra Stallone’a czy nawet Seana Connery’ego. Czyli dosłownie każdego, kto liczył się w wysokooktanowej części Hollywood.

I tak to wszystko się kisiło, przy tekście grzebali kolejni scenarzyści i gdy wydawało się, że ten archaiczny cyrk niezwykłości umrze śmiercią naturalną, w końcu udało się trafić na czasy w jakimś stopniu przekonującego cyfrowego odmładzania aktorów. Do projektu zatrudniono oscarowego Anga Lee, który od lat uwielbia wchodzić z butami w ryzykowne technologicznie projekty (Hulk, Życie Pi, Najdłuższy marsz Billy’ego Lynna) oraz najfajniejszego gościa w Hollywood, którego nie da się nie lubić – Willa Smitha. A jak ten ma latać sam za sobą, to już w ogóle na papierze dostajemy jakąś kumulację w Lotto.

Dlatego to po prostu niepojęte, jakim finalnie bajzlem jest Bliźniak. Fabularnie to absolutna pożoga, za którą odpowiada trójka scenarzystów, każdy z innej parafii (mamy tu Davida Benioffa z Gry o tron, sinusoidalnego wyrobnika Billy’ego Raya i wspomnianego już Lemkego), pracująca jeszcze pewnie na strzępach innych tekstów. I to widać, bo chociaż cała intryga została sprowadzona do podstaw – pozbawionych zupełnego polotu, gdzie zła organizacja knuje sobie z tajnymi służbami, a zaszczuty, ale superogarnięty w walce (i ogólnie we wszystkim) bohater dostaje partnerkę i razem uciekają przed supermordercą, odhaczając kolejne strzelaniny aż do wyłożenia kart na stół oraz kuriozalnego domknięcia wątków w finale – to napisane to zostało tak paskudnie, że dialogów po prostu nie da się słuchać. W połowie to suche teksty, które dwadzieścia lat temu dałoby się przeżuć razem z kotletem, gdyby to leciało w obiadowym paśmie Polsatu, a w połowie obrażająca widza ekspozycja, zaznaczająca oczywistości po kilkanaście razy. „Jestem klonem, tak? Jestem klonem, znaczy człowiekiem zrobionym za pomocą technologii z innego człowieka, jego idealną kopią. Tak? Klon to kopia innej osoby, tak?! JESTEM KLONEM? NA PEWNO JESTEM KLONEM, TYM JEST KLON?” – takie, a przynajmniej bardzo zbliżone teksty są tutaj na porządku dziennym i po prostu męczą.

Jak na prostą strzelankę brakuje tu luzu, jakiegoś pogodzenia się z faktem, że wyżej nie da się podskoczyć. I zamiast kierować uwagę na niezbyt przekonujące technikalia, reżyser pogrąża całość w narracyjnej miałkości – ciężko przejmować się bohaterami, rozumieć ich rozterki, kibicować im w jakikolwiek sposób, gdy wszystko jest tu opowiedziane kompletnie po łebkach, bez dozy uczucia. Nie ma to tego uroku, co produkty swoich czasów, gdzie przymykamy oko na ograniczenia warsztatowe. Jednak przez dwie dekady gatunek poszedł do przodu, podobnie jak sposoby opowiadania historii, i takie średniowiecze, usilnie przeszczepione na dzisiejszą modłę, częściej męczy niż bawi.

Ostatnio dodane