Recenzje

BAD BOYS FOR LIFE. Dzwoni kumpel z dzieciństwa, polecam odebrać

Można było przegrać godność, a wygrało się być może nową serię.

Autor: Jakub Koisz
opublikowano

To moje wstydliwe wyznanie – kiedy miałem mleczny wąs, myślałem, że Bad Boys to najgenialniejszy film na świecie z epoki tzw. polsatcore i nic już mojego gustu nie zmieni. Przekrzywiony obraz robiący esy wokół bohaterów, jak gdyby byli statuami wykutymi w zajebiozie, żółtawo-pomarańczowy filtr kamery, wielki napis „Miami”, a nad nim przelatujący samolot… Pierwsze sceny oryginału z 1995 roku to oczywiście pościg Porsche, bo te filmy się nie patyczkowały. Oto proszę: cały zestaw znanych kredek, iskry, krew i dwóch nastroszonych kumpli. Żarłem to wtedy garściami jak kilka lat wcześniej piach w piaskownicy. Teraz również zeżrę.

I chciałem być wtedy czarnoskórym policjantem-kawalerem z L.A., który słucha jamajskiego rapu i biega w slow-mo w rozpiętej koszuli Hugo Bossa. Moim partnerem byłby żonaty, ale kumpelski ojczulek, który ma wprawdzie problemy małżeńskie, ale można na nim polegać. Bo i kumpli miało się wtedy różnych – jeden ogień, drugi woda, pierwszy dobrze liczył na algebrze, a drugi świetnie ściągał, a wszystko to miało pozostać tak już na zawsze.  Narracja tak oklepana, że tylko dziecięca niewinność mogła nie zauważyć, iż jest  to czarnoskóry rip-off z Zabójczej broni. Kilka lat później, już po powtórkach, te filmy nie robiły już takiego wrażenia, szczególnie wymęczona dwójka i zaczątki stylu bombastico-rozpierduchowego Michaela Baya, którego erupcję można było zaobserwować w minionej dekadzie. Źli chłopcy rozsiedli się jednak na dnie serduszka na tyle szczerze i wygodnie, że czekałem na premierę trójeczki, po cichu jej kibicując. Głosy ze Stanów były wszakże zadziwiające – wahania agregatów recenzji sugerowały, że mamy do czynienia z albo najlepszą częścią serii, albo świetną robotą marketingowców. Jak jest naprawdę? Trochę zdziwko, że wyszło prawie bezbłędnie jak na dokładkę zupy pomidorowej, której nikt nie zamawiał.

Bo kto „dawał faka”, że Lowrey i Burnett wracają, skoro średnio pamięta się, gdzie ich zostawiliśmy? Punkt wyjścia jest tym razem bardzo podobny. Pierwszy z chłopców wciąż się wozi jako policjant z grubym portfelem, a drugi zaczyna być na wszystko, co dzieje się dookoła, po prostu za stary. Fabuła łączy ich z młodą sekcją policjantów (w jednej z ról Vanessa Hudgens, która niestety robi raczej jako atrakcja dla młodszych widzów, choć na tych podwalinach można w przyszłości zbudować coś większego), aby potem – rozdzielić ze sobą. Gdy jednak na przystojniachę z twarzą Willa Smitha zaczynają polować niebezpieczni Meksykanie, Burnett musi wrócić do kumpla i trochę postrzelać sportowo do ludzkich zbiorników na krew. Wszystko to przy akompaniamencie pisku opon, wielokrotnie przekroczonych dozwolonych prędkości, wybuchów (takich pięknych, z malutkimi grzybkami smolistymi, jak za czasów starej szkoły pirotechniki) i suchych żartów, głównie wylatujących z ust spuchniętego Martina Lawrence’a. Na szczęście facet sam delikatnie nabija się ze swojego statusu w Hollywood oraz wątpliwej kondycji fizycznej, co wypada uroczo jako przedłużenie pewnych cech postaci, które zostały zaakcentowane przed laty.

Wszystko powoli zaczyna nabierać sensu, bo to nie jest wcale tak, że Smith zgodził się w tym zagrać, aby kumpel miał na czynsz oraz zestaw powiększony, bo i jemu taki by się obecnie przydał. W pewnym momencie zapomnieć można, że ktoś tam sobie ten powrót dzielnych policjantów wykalkulował. Jawi się wtedy dwóch aktorów dobrze czujących się w swoim towarzystwie oraz intryga wprost z telenoweli, która – podobnie jak inny piękny przedstawiciel buddy cop comedy, czyli 21 Jump Street – jest pretekstem do opowiedzenia o prawdziwej, zahartowanej w ogniu przyjaźni i grzechach młodości. Słyszałem wielokrotnie, że na tym padole łez najlepiej jest iść do przodu (zasada ta powinna tyczyć się wielu reanimowanych ostatnio serii), a jeśli kumpel zabłądził życiówkowo po drodze, to już jego broszka. Bad Boys pochyla się nad tą sprawą i wyraźnie kręci głową – starych towarzyszy porzuca się tylko pod warunkiem, że wcale towarzyszami nie byli.

I nie ma w tej fantazji dla dużych chłopców niczego toksycznego, kiedy ci sami chłopcy się do swojej kwasoty przyznają. Niby świat stanął w miejscu, od kiedy zakończyła się poprzednia część serii, ale jest w tej strategii pewne piękno, bo w ciemnej plamie pomiędzy filmami przyjaźń zakwitła do tego stanu, że Smith i Lawrence bez zająknięcia realizują już te swoje naspeedowane słowotoki. A są one, na szczęście, nieco bardziej temperowane niż za czasów Michaela Baya (swoją drogą zaliczającego tutaj zabawne cameo), bo chłopakom najwyraźniej zależy bardzo, żeby zrozumieli ich współcześni widzowie. Cokolwiek, oby nie powrót do niebytu (Lawrence) oraz ścigania młodszej wersji siebie u Anga Lee (Smith). Bad Boys For Life jest wszak podobną pogonią za lepszą przeszłością, ale pozwalającą sobie na autoironię.

Adil Er Arbi oraz Bilall Fallah, którzy przejęli reżyserską schedę, nie gubią spójności opowiadanej anegdotki, wiedzą, dla kogo to wszystko, a przede wszystkim dbają, żeby widz rozumiał, co dzieje się na ekranie podczas scen akcji i że akcja = reakcja. I chociaż czasami zbliżają się to do absurdów porównywalnych z ostatnimi odsłonami Szybkich i wściekłych, to widać, że z podobną chęcią ekipa filmowa wchodziła na plan co Diesel oraz spółka. Można było przegrać tym projektem godność, a wygrało się być może nową serię. I dobrych kumpli. 

Ostatnio dodane