News
MARSJANIN miał pierwotnie inne zakończenie – producenci hitu SCI-FI wymusili dokrętki
Można śmiało powiedzieć, że na przestrzeni lat dokrętki dorobiły się naprawdę fatalnej reputacji. Choć nie zawsze, czego przykładem Marsjanin.
Można śmiało powiedzieć, że na przestrzeni lat dokrętki dorobiły się naprawdę fatalnej reputacji. W momencie, gdy widzowie słyszą, że jakiś blockbuster znowu zbiera swoją obsadę, zazwyczaj zakładają, że coś poszło nie tak. I co tu dużo gadać, przeważnie tak jest. Choć nie zawsze, czego przykładem Marsjanin, mega hit sci-fi Ridleya Scotta.
Producent Marsjanina Simon Kinberg podczas panelu Collidera na Comic-Conie w San Diego, ujawnił, że film pierwotnie kończył się bez inspirującej przemowy Marka Watneya do nowej grupy kandydatów na astronautów. Kinberg wyjaśnił, że oryginalna wersja kończyła się spokojniej, zanim Watney wejdzie do sali. Jednym słowem film miał dać widzom łagodny, końcowy akord. Widzowie testowi jednak chcieli bardziej zdecydowanego domknięcia po ponad 2h śledzenia walki astronauty o przetrwanie na Marsie.

Matt [Damon] widzi mały liść na ziemi, wstaje i idzie na zajęcia, a widownia czuła, że potrzebuje domknięcia w wątku postaci, i myślę, że może potrzebowała też poczuć, dlaczego w ogóle odbyła tę podróż. Duża część naszej pracy jako producentów polega czasem na przekonaniu naprawdę potężnych filmowców, by zrobili coś wbrew własnej woli, dla dobra filmu.
Scena ostatecznie dodana w dokrętkach pokazuje Watneya uczącego przyszłych astronautów i wyjaśniającego, że kiedy stajesz w obliczu przytłaczających przeciwności, przetrwanie sprowadza się do rozwiązania jednego problemu, a potem następnego, etc. Nadaje to jego zmaganiom szerszy sens, jednocześnie pokazując, jak doświadczenie na Marsie ukształtowało resztę jego życia.
Film wypadł bardzo dobrze w oczach widzów (ponad 630 milionów dolarów w box-office), jak i krytyków (91% na Rotten Tomatoes), ale w porównaniu z pierwotnym łagodnym akordem, wymuszone przez producentów zakończenie wydaje się jednak nieco łopatologiczne. Więcej wiary w widza, panie Kinberg!

