Connect with us

Recenzje

AUTOR WIDMO. Lepszy od „Pianisty”, gorszy od…

W filmie AUTOR WIDMO Roman Polański zabiera nas w mroczny świat tajemnic, gdzie prawda i fikcja splatają się w nieoczekiwany sposób.

Published

on

A teraz coś z zupełnie innej beczki: MONTY PYTHON

Roman Polański nie jest reżyserem zbyt płodnym. W ostatnim dziesięcioleciu nakręcił zaledwie trzy fabuły; podobnie w poprzednim. Szczyt jego aktywności reżyserskiej przypadł na lata 60. i 70. i na ten czas datują się jego największe artystyczne osiągnięcia, dzięki którym przebojem wdarł się do panteonu największych twórców filmowych. Jego z rzadka pojawiające się filmy fabularne są w związku z tym szczególnie wyczekiwane. W przypadku Autora widmo atmosfera została dodatkowo podgrzana wrześniowym aresztowaniem reżysera, związanym ze skandalem obyczajowym sprzed trzydziestu z górą lat, które spowodowało, że częściowo postprodukcja filmu i montaż kierowane były przez Polańskiego najpierw z więzienia, a potem z aresztu domowego w Gstaad.

Advertisement

Stało się to również podstawą do spekulacji na temat potencjalnej jakości przygotowanego przez niego materiału. Zupełnie bezpodstawnie, jak się okazało, bo najnowsze dzieło Polańskiego to prawdopodobnie jego najlepszy film od czasu obsypanej nominacjami do Oscara Tess. Nie, nie jest to pomyłka – w mojej opinii Autor widmo jest filmem lepszym nawet od oscarowego Pianisty.

Ghost-writer (za Wikipedią) – zawodowy pisarz, który wynajmuje się do pisania książek, artykułów, raportów bądź innych tekstów, które oficjalnie przypisuje się innym osobom.

Najnowsza fabuła Polańskiego to polityczny thriller oparty na bestsellerowej powieści Roberta Harrisa, The Ghost. Znając zarówno powieść, jak i jej ekranizację, trudno uniknąć porównań między jednym a drugim, ale w tym przypadku srodze zawiodą się poszukiwacze rozbieżności – autorem scenariusza, obok reżysera, był bowiem sam Harris i poza usunięciem kilku pobocznych, mniej znaczących wątków film pozostaje zaskakująco wierny literackiemu pierwowzorowi, co zresztą wychodzi mu na zdrowie, bo powieść to niemal gotowy scenariusz, który w rękach takiego reżysera mógł się zamienić (i zamienił się) w prawdziwą perełkę.

Advertisement

Jest to historia murzyna (taki jest polski odpowiednik ghost-writera), zagranego przez Ewana McGregora, wynajętego po śmierci swojego poprzednika do napisania wspomnień byłego premiera Wielkiej Brytanii, Adama Langa (Pierce Brosnan). Sytuacja zaczyna się komplikować, kiedy Adam Lang zostaje publicznie oskarżony o zbrodnie wojenne, a na dokładkę okazuje się, że śmierć poprzedniego ghost-writera mogła nie być do końca przypadkowa.

Choć cała fabuła filmu ukierunkowana jest na poznanie prawdy, do której zbliżamy się niewielkimi krokami, nasz ghost-writer nie jest klasycznym poszukiwaczem – nie jest to gatunek człowieka, którego celem jest dotarcie do sedna, krzyżowiec na wiecznej krucjacie o prawdę. To raczej zdolny rzemieślnik bez większych ambicji, everyman wciągany w wir rzeczywistości trochę wbrew własnej woli – kolejne kroki na drodze do prawdy robi dosyć niechętnie, zmuszany przez sytuację. To osadza go w Hitchcockowskiej tradycji przeciętniaków lądujących w przerastających ich okolicznościach, ale równie doskonale wpisuje się w sposób opowiadania o bohaterach, w którym lubuje się sam Polański (by wspomnieć Frantic, Chinatown czy Lokatora). Choć ghost-writer pozostaje głównym bohaterem i na jego poczynaniach skupiamy zasadniczą część uwagi, to emocjonalną osią filmu jest relacja między panem i panią Lang. Ich małżeństwo stanowi pewną polityczną całość, trochę mariaż z rozsądku, w którym on odgrywa rolę charyzmatycznego lidera, świetnego mówcy, doskonale radzącego sobie z mediami i przełamującego bariery między ludźmi, a ona, nieprzystosowana i wybuchowa, przebywająca zawsze w cieniu, w gruncie rzeczy pozostaje politycznym mózgiem męża i głównym strategiem – osobą, bez której kariera Adama byłaby niemożliwa.

Advertisement

Analogii do tej politycznej pary doszukiwali się komentatorzy (przede wszystkim powieści) w małżeństwie Blairów i nietrudno zauważyć, że pogłębia ją jeszcze Polański, podrzucając tropy, które w sposób oczywisty wiodą do wniosku, że mowa jest o rzeczywistym eks-premierze Wielkiej Brytanii. Trudno również nie dopatrzyć się podobieństw sytuacji, w jakiej znalazł się reżyser, ograniczony w swoich podróżach do krajów bez umowy ekstradycyjnej ze Stanami Zjednoczonymi, do oskarżonego o zbrodnie wojenne Adama Langa, zmuszonego przewrotnie do pozostawania na terytorium USA.

Grę między tymi właśnie postaciami wykorzystuje Polański do budowania napięcia, które ujście znajduje dopiero w finale. Zresztą stopniowanie napięcia, podrzucanie kolejnych elementów układanki dokładających się do obrazu całości to bodaj najmocniejsza strona filmu – reżyser precyzyjnie dozuje widzowi kolejne poszlaki, budując klimat niepewności i narastającego zagrożenia. Polański nie jest reżyserem celującym ani w bombastycznych efektach, ani specjalnie szybkiej narracji – bardziej interesują go bohaterowie niż rwąca do przodu akcja. Tutaj te właśnie cechy jego stylu znalazły doskonałe zastosowanie – akcja i rysunek bohaterów znajdują się w idealnej równowadze, dzięki czemu nie mamy wątpliwości co do psychologicznego prawdopodobieństwa podejmowanych przez nich decyzji.

Advertisement

Nie jest to zresztą jedyna cecha filmu, która lokuje go wśród typowych dla reżysera klimatów. Pierwsze dwa akty filmu rozgrywają się w opuszczonym po sezonie amerykańskim kurorcie na Wschodnim Wybrzeżu. W filmie nie zostaje to wprawdzie powiedziane, ale możemy się domyślać, że chodzi o Martha’s Vineyard – wyspę, która latem rojąc się od turystów, po sezonie pustoszeje pozostawiając bezludne, malownicze plaże i wydane na pastwę wiatru i sztormów letnie rezydencje milionerów. W jednej z takich rezydencji rozgrywa się właśnie akcja filmu. Spoglądając na filmografię Polańskiego łatwo tu dostrzec analogię do wcześniejszych jego dokonań: klimat odosobnienia, odcięta od świata rezydencja, ograniczone możliwości poruszania się – znajdziemy tu wiele ze Wstrętu, Dziecka Rosemary, Lokatora czy Matni. Również bohaterowie są bardzo charakterystyczni dla twórczości reżysera: klasyczny emocjonalny trójkąt, do którego dołącza tym razem nieświadomy destruktor, który staje się katalizatorem zmian. Polański znów po mistrzowsku rozgrywa relacje między bohaterami, choć tym razem jest w tym mniej niż zazwyczaj psychodramy, którą możemy obserwować choćby w Matni czy Śmierci i dziewczynie.

Niemniej wciąż najmocniejsze sceny filmu to te, w których dochodzi do dialogowego starcia twarzą w twarz między bohaterami (by wspomnieć tu znakomitą, kipiącą od emocji i erotycznego napięcia sekwencję obiadu Ruth Lang z ghost-writerem czy pojedynek słowny w samolocie między postaciami McGregora i Brosnana). Polański do ostatnich minut nie pozwala widzowi również zorientować się, w jakim stopniu opresja głównego bohatera jest efektem jego narastającej psychozy związanej z sytuacją i napięciem, a w jakim podyktowana jest realnymi przesłankami. Ciekawostką jest fakt, że w filmie bodaj ani razu nie wspomina się imienia czy nazwiska postaci zagranej przez McGregora – do końca pozostaje duchem, osobą pozbawioną personaliów, co dodatkowo podkreśla wrażenie, że jest on jedynie bezimiennym, nieistotnym pionkiem w większej grze, której rozszyfrowanie może się okazać groźne dla niego samego.

Advertisement

Polański postawił na aktorów – wyjadaczy i cała obsada sprawdziła się więcej niż dobrze, choć poza jedną rolą trudno powiedzieć o którejkolwiek z kreacji, że jest wybitna. Ewan McGregor, Kim Catrall i Pierce Brosnan są poprawni, choć mam wrażenie, że obsadzenie zamiast tego ostatniego kogoś w typie Jeffa Bridgesa czy Kevina Spaceya mogłoby z tej w sumie niewielkiej roli uczynić prawdziwą perłę. Jedynie Olivia Williams w roli Ruth wybija się zdecydowanie ponad pozostałych aktorów, kreując postać zgorzkniałej żony eks-premiera – kipiące w niej emocje widać gołym okiem – oscarowa rola.

Nie sposób pominąć również doskonałej ścieżki dźwiękowej napisanej do filmu przez jednego z najbardziej wziętych ostatnio kompozytorów muzyki filmowej, Alexandre’a Desplata. Jest to amalgamat jego najlepszych dokonań z poprzednich lat – Desplat stworzył muzykę „słyszalną”, która nie tyle komentuje wydarzenia na ekranie, co daje im charakterystyczny muzyczny kontrapunkt. Jestem gotów pójść o zakład, że równie dobrze sprawdzi się poza ekranem.

Advertisement

Autor widmo nie jest może filmem na miarę Dziecka Rosemary czy Chinatown, ale pozostaje świetnie nakręconym thrillerem, który nie tylko nie lekceważy inteligencji widza, ale pozwala w równym stopniu delektować się znakomicie poprowadzoną rozgrywką między postaciami, jak i zgrabną fabułą. Przy tym został on zrealizowany „po bożemu”, w pełnym klasy stylu, którego możemy doświadczać coraz rzadziej – żadnego podprogowego montażu, żadnego operatora z ADHD z kamerą na stałe przyrośniętą do ramienia, co przy dzisiejszym sposobie „serwowania” filmów jest zaletą samą w sobie.

Reżyserowi udało się w doskonałej równowadze zachować walory rozrywkowe i inteligentną treść. Jednym słowem, Autor widmo to pierwszy od wielu, wielu lat film Polańskiego, którym udowadnia, że jest w znakomitej formie i jako twórca nie powiedział jeszcze ostatniego słowa.

Advertisement

Tekst z archiwum film.org.pl.

Advertisement
Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *