Felietony

Oscary bez HORRORÓW. Czy Akademia BOI SIĘ filmów grozy?

Autor: Michalina Peruga
opublikowano

Oscary przyznawane przez Amerykańską Akademię Sztuki i Wiedzy Filmowej, wzbudzają skrajne emocje, a mimo to wciąż są najpopularniejszymi nagrodami w świecie filmowym, darzonymi przez wszystkich największą estymą. Nie od dziś wiadomo, że za wygraną danego filmu stoją wybitni specjaliści od marketingu i miliony dolarów wydane przez studia filmowe. Według „Variety” i „New Yorkera” ilość pieniędzy wydawanych na kampanie oscarowe może wahać się od 3 do 15 milionów dolarów.

Chociaż bezpośrednie namawianie członków Akademii do głosowania na konkretny film jest oczywiście zabronione, wszelkie działania „miękkie” są dozwolone. Ważne jest, żeby stworzyć odpowiednią narrację i przekonać członków Akademii, że twój film jest wyjątkowy (nawet jeśli czegoś mu brakuje), a oddanie na niego głosu jest jedynym słusznym wyborem. Ten „oscarowy buzz” i odpowiednia aura wokół danego filmu, osiągnięta za pomocą imprez, specjalnych obiadów, reklamy i mailingu, którymi bombardowani są przed galą rozdania nagród członkowie Akademii, to klucz do sukcesu.

Czy to jest powód, dla którego horrory o budżetach niemogących się równać wielkim hollywoodzkim produkcjom z wielkimi nazwiskami tak rzadko trafiają do oscarowego wyścigu? Czy studia filmowe wolą inwestować w oscarowych pewniaków i tworzyć filmy wedle ustalonego lata temu schematu? Czy Akademia jest po prostu uprzedzona do horrorów?

to-my

Powodem nie może być przecież jakość filmów grozy ostatnich lat – to gatunek, który przeżywa zupełne odrodzenie, wypracowując nowe formuły i rewolucjonizując język kina (czego z pewnością nie można powiedzieć o Irlandczyku Martina Scorsese, tak wychwalanym przez krytyków i członków Akademii, bo nominowanym w tym roku aż w 10 kategoriach). Od paru lat obserwujemy wysyp wysokiej jakości horrorów, które pod płaszczykiem kina grozy eksplorują ważne tematy społeczno-polityczne: sposób radzenia sobie z traumą po śmierci bliskich, dyskryminację czarnoskórych czy kobiecą seksualność.

W 2014 roku Jennifer Kent nakręciła Babadooka, a David Robert Mitchell Coś za mną chodzi. W 2016 roku zobaczyliśmy irański Under the Shadow Babaka Anvariego i francuskie Mięso Julii Ducournau. W ostatnich latach formują się prawdziwie wielkie osobowości reżyserskie o niezwykle płodnych umysłach: Robert Eggers, Ari Aster i Jordan Peele.  W 2015, a potem w 2019 roku Robert Eggers dał nam wspaniałą Czarownicę: Bajkę ludową z Nowej Anglii i Lighthouse. Luca Guadagnino zrobił kapitalny, dojrzały remake Suspirii Dario Argento. Ari Aster zabłysnął w 2018 roku filmem Dziedzictwo. Hereditary, a w zeszłym roku powrócił z Midsommar. W biały dzień, podobnie jak Jordan Peele, którego To my zawojowało kina w 2019, a Uciekaj! z 2017 stało się zaledwie szóstym horrorem w ponad 90-letniej historii Oscarów, który zdobył nominację dla najlepszego filmu. Wydawało się wówczas, że to pierwszy krok naprzód i Uciekaj! faktycznie przebiło mur niechęci Akademii względem horrorów. Niestety od czasu tamtego rozdania minęły dwa lata, a nominacji dla filmów grozy nie przybyło (trafiła się jedynie nominacja za zdjęcia do Lighthouse dla Jarina Blaschkego), mimo że takie filmy jak Midsommar. W biały dzień czy To my prezentują poziom realizacji podobny do 1917 czy Historii małżeńskiej. Czyżby Akademia wciąż traktowała horror jako gatunek klasy B?

Kadr z filmu "Hereditary"

Brak nominacji dla horrorów, podobnie jak brak nominacji reżyserskich dla kobiet (a tych także było w ostatnim roku od groma: Greta Gerwig i Małe kobietki, Céline Sciamma i Portret kobiety w ogniu czy Lulu Wang i Kłamstewko), świadczy o stagnacji, jaka dopadła Akademię. Do tak powszechnej w oscarowych nominacjach dyskryminacji płciowej i rasowej dołącza dyskryminacja gatunkowa, choć na swojej stronie Akademia twierdzi, że celem Oscarów jest „honorowanie wybitnych artystycznych i naukowych osiągnięć” („Academy Awards of Merit shall be given annually to honor outstanding artistic and scientific achievements”). Skoro tak, jak można było pominąć świetną kreację aktorską Toni Collette w filmie Astera Dziedzictwo. Hereditary (która, co za paradoks, otrzymała przecież nominację za Szósty zmysł) czy absolutnie powalającą na kolana Lupitę Nyong’o w To my, brutalnie realistycznych Willema Dafoe i Roberta Pattinsona w Lighthouse czy Florence Pugh w Midsommar. W biały dzień (którą zdecydowano się nagrodzić jednak za dużo mniej ciekawą i wymagającą rolę w Małych kobietkach)?

Amerykańska Akademia otwarcie zignorowała jedne z najciekawszych produkcji minionego roku, kompletnie lekceważąc powstanie zupełnie nowego nurtu, nowej fali horroru, która wyróżnia się nie tylko znakomitymi i wartymi Oscara kreacjami aktorskimi, ale także kostiumami, scenografią, scenariuszem, reżyserią i montażem. Ostrożna, przestarzała, umacniająca autorytety, niedoceniająca nowatorstwa i różnorodności Akademia z każdym rokiem traci na autorytecie, a Oscary jako nagroda – jakąkolwiek wartość opiniotwórczą. Pozostaje już tylko sztuczny blichtr gali i drętwe żarty prowadzących.

Ostatnio dodane