Recenzje

LIGHTHOUSE – RECENZJA filmu. Pochłaniający niepokój

"Ja, jak słońce światłością, otoczony nędzą:/Otom jest cierpień ludzkich wcielonym obrazem…./Biada! Biada!… O matko rodzicielko, ziemio" - "Prometeusz", Kazimierz Przerwa-Tetmajer

Autor: Jan Tracz
opublikowano

Conradowskie dywagacje o strachu

Światło latarni. Od pierwszych sekund oślepia nas swoim blaskiem, a bohaterowie z dnia na dzień coraz bardziej go pożądają. Otoczone gęstą mgłą, tworzy niepokojącą atmosferę pustki i nieustającej tęsknoty. Potężne fale obijające się o skały wywołują w nas uczucie paniki. Boimy się podobnie jak ci marynarze, objęci ciemnością totalną. Poddusza nas strach, że już nigdy nie będzie nam dane zobaczyć słońca. Wtedy pojawiają się pierwsze refleksje związane z latarnią. Jej soczewka to przecież jedyne źródło światła w okolicy. Potrzebujemy go, by nie zwariować, by nie zgubić się w natłoku myśli, których nie sposób wyrazić. Pragniemy je ukraść, mieć tylko dla siebie; pod koniec traktujemy je z najwyższą świętością. Latarnia staje się naszym małym jądrem ciemności.

Stan psychologiczny naszych delikwentów jest na granicy obłędu. Gdy dochodzi do momentów kulminacyjnych, wyzwalają się wszelkie poukrywane metafory.

Niepokój bijący z najnowszego filmu Roberta Eggersa w niesłychany sposób pochłania widza. Dwaj strażnicy, którzy zajmują się latarnią położoną na małej, skalistej wysepce, od początku odczuwają to, co widz – nerwowe podniecenie. Nie chcą tam przebywać, to przecież ucieleśnienie wszelkich koszmarów. Paradoksalnie jednak pragną być częścią tego zatrważającego doświadczenia. W końcu zgodzili się na to, mniej więcej wiedząc, na co się piszą. Napięcie rośnie z minuty na minutę, rzeczywistość miesza się z sennym koszmarem, fatamorgana urzeczywistnia się w najmniej odpowiednich momentach. Stan psychologiczny naszych delikwentów jest na granicy obłędu. Gdy dochodzi do momentów kulminacyjnych, wyzwalają się wszelkie poukrywane metafory.

Eggers

Młodociany Ephraim Winslow (chuderlawy, blady Robert Pattinson) i podstarzały Thomas Wake (wybitny Willem Dafoe) to skrajnie odmienni bohaterowie o zupełnie innych historiach. Ephraim dopiero rozpoczyna swoją przygodę w zawodzie, natomiast Thomasa można nazwać wilkiem morskim z krwi i kości. W ich relacji szczególnie wyczuwa się respekt – kontrastując doświadczonego fachowca z młodym, nic niewiedzącym o życiu człowiekiem, z którego można „czytać jak z otwartej książki”, twórcy starają się oddać ich znaczące różnice: czy to w podejściu do życia, czy to w stosunku do wykonywanej pracy. Doprowadza to do konfliktów, coraz częstszych i przybierających na sile, a my czekamy na ich apogeum. Możemy to także podpiąć pod autotelizm autorski – dający z siebie wszystko Pattinson nie ma szans w konfrontacji z aktorskim mistrzem Dafoe. Ten drugi, wcielający się w marynarza gadułę, obleśnego typa znającego swoją wartość, prędko pokazuje nam, kto tutaj trzyma pieczę nad wszystkim. Wake jest archetypem nieznośnego marynarza, takim Marlowem z powieści Josepha Conrada, choć nie jestem pewien, czy ma równie dobre serce.

Akwatyczne motywy tylko dopełniają uczucie, iż znajdujemy się w szczelnie zamkniętym i oddalonym zakątku świata. W morskim piekle.

Czarno-biała estetyka fenomenalnie współgra z morską bryzą, co nadaje The Lighthouse zagadkowy klimat, bardzo w stylu Conrada. Tutaj większość rzeczy jest jak w jego lekturach – historie o syrenach i fantastycznych stworzeniach, przeżuty przez życie marynarz, szorstki i nieprzyjemny zapach ulatniającego się człowieczeństwa. Trzeba docenić reżyserską koncepcję tego filmu, bo efekt wprowadza widza w niemy zachwyt. Opryskliwe kadrowanie i niecodzienne ruchy kamery łączą się w dramatyczną całość, a akwatyczne motywy tylko dopełniają uczucia, iż znajdujemy się w szczelnie zamkniętym i oddalonym zakątku świata. W morskim piekle.

Pattinson

Znalazło się też miejsce dla reinterpretacji mitu o Prometeuszu. Sępy zostają zastąpione mewami, a Pattinson wciela się w rolę bohatera, który szuka swego celu w świecie bez ludzi. Z czasem Dafoe jawi się nam bardziej jak jakiś szatański Zeus niż sympatyczny Marlow. Obaj bohaterowie dążą do jednego – do zyskania światła z latarni, które może być ostatnią nadzieją na spełnienie ich chimerycznych pobudek o uratowaniu siebie z gęstego obłędu. Nienawiść Winslowa wobec starszego kolegi rośnie z klatki na klatkę. Nie jest on dopuszczany do cennego źródła światła – zabrania mu tego jego przełożony, zawłaszczając skarb wyłącznie dla siebie. Ephraim pragnie prometejskiego ognia i zrobi wiele, by go zdobyć, choćby miał zwariować. A może już to zrobił, a samo znaczenie latarni nie jest tak duże, jak mogłoby się z początku zdawać?

Choć The Lighthouse brakuje nieco do arcydzieła kompletnego, jawi się nie tyle jako zaskoczenie, co film wszechstronny i piekielnie nieświątobliwy, gdzie makabra jest na porządku dziennym, a mityczna poetyka utrzymuje się do samego końca. Ephraim Winslow od początku odczuwa strach, tylko o tym nie wie. My również.

Ostatnio dodane