Recenzje

MAŁE KOBIETKI. Być sobą, być rodziną

"Małe kobietki" to niezmiennie opowieść o dojrzewaniu, niezależności i niezniszczalnej sile rodzinnej miłości, z wyraźnym autorskim podpisem Grety Gerwig i jej wspaniałej obsady.

Autor: Dawid Konieczka
opublikowano

„Spotkało mnie wiele przykrości, dlatego piszę wesołe historie” — takim cytatem z Louisy May Alcott rozpoczyna się najnowsza adaptacja Małych kobietek. Widać wyraźnie, że Greta Gerwig bardzo wzięła sobie do serca słowa autorki pierwowzoru literackiego, bo jej film, podobnie zresztą jak książka, na której bazuje, to bardzo ciepła opowieść o dojrzewaniu, niezależności, a przede wszystkim niezniszczalnej rodzinnej miłości. Jednocześnie reżyserka uniknęła formalnej anachroniczności, odnajdując własną artystyczną drogę.

Gerwig nie idzie na łatwiznę w postaci adaptowania prozy Alcott rozdział po rozdziale, odhaczając kolejne perypetie bohaterek. Reżyserka prowadzi równolegle dwa nieustannie przenikające się plany czasowe oparte na dwóch częściach Małych kobietek, wydawanych odpowiednio w latach 1868 i 1869. Zaczynamy od wydarzeń późniejszych, w których cztery siostry March — Jo, Meg, Amy i Beth — rozeszły się już po świecie, podążając własnymi ścieżkami życiowymi. Dorosłość nie jest jednak dla tytułowych małych kobietek szczególnie łaskawa. Charyzmatyczna buntowniczka Jo (Saoirse Ronan) bezskutecznie stara się zaistnieć w świecie literackim, ułożona Meg (Emma Watson) zmaga się z biedą, z której przez całe życie próbowała się wyrwać, przebywająca w Europie zadziorna Amy (Florence Pugh) przekonuje się, że nigdy nie będzie wybitną malarką, a cicha i nieśmiała Beth (Eliza Scanlen), jedyna, która pozostała w domu rodzinnym, coraz bardziej podupada na zdrowiu.

Saoirse Ronan, Emma Watson i Eliza Scanlen w Małych kobietkach

Pierwsza część książkowych Małych kobietek służy więc Gerwig za punkt odniesienia do trudności, z jakimi zmagają się jej bohaterki. Wydarzenia sprzed siedmiu lat, o których raz po raz przypominają sobie siostry March, naznaczone są bowiem ogromnym ładunkiem nostalgii. Nawet kłopoty, z którymi rodzina się zmagała, w tym ubóstwo, tęsknota za ojcem przebywającym na wojnie i niepewna przyszłość, z perspektywy czasu nie wydają się tak straszne. Gerwig, dzięki zdjęciom, scenografii i kostiumom, wyraźnie sygnalizuje zmiany nastroju w obu liniach fabularnych i sercach bohaterek, lawirując między ciepłymi, słonecznymi barwami przeszłości a chłodnymi błękitami bieżących problemów, nieoświetlonych już tak skrupulatnie; swoje trzy grosze do emocjonalnej estetyki Małych kobietek dokłada także Alexandre Desplat, niezawodny jak zawsze.

Przeszłość nie pełni tu jedynie funkcji eskapistycznej dla bohaterek rozpamiętujących, jak to kiedyś było. Dzięki równoległemu prowadzeniu wątków autorka Lady Bird jest w stanie doskonale oddać wielość tematów obecnych w prozie Alcott. Obserwujemy więc, jak marzenia dorastających dziewcząt mają się do ich bieżącego położenia, jak zmieniały i zmieniają się nadal ich charaktery oraz podejście do tego, co to znaczy być kobietą. Swoją drogą, w tej ostatniej kwestii reżyserce zdarza się od czasu do czasu wyciągać zza pazuchy feministyczną maczugę. Na szczęście robi to na tyle rzadko i mimo wszystko dość sensownie z punktu widzenia akcji, że nie zaczyna uwierać.

Najważniejsze pozostaje jednak to, jak wiele siły daje miłość najbliższych, mimo różnych życiowych zawirowań. W tym względzie Małe kobietki poruszają najbardziej — niezależnie od tego, czy siostry March dzielą tysiące kilometrów, czy jedna drugiej zrobi na złość, czy staną oko w oko ze śmiercią bliskiej osoby, zawsze mogą na siebie liczyć, a świadomość, że jest ktoś, w kim ma się oparcie, pozwala przetrwać najtrudniejsze chwile. Retrospekcje zajmują u Grety Gerwig bardzo ważne miejsce, pokazując, że szeroko rozumiana miłość — siostrzana, matczyna, przyjacielska — może przetrwać wszystko.

Timothee Chalamet i Florence Pugh w Małych kobietkach

Fundamentem zarówno powieści Louisy May Alcott, jak i jej filmowej adaptacji pozostają jednak bohaterowie i osiągnięcie tak świetnego efektu końcowego nie byłoby możliwe, gdyby reżyserka nie zebrała na planie tak kapitalnej obsady. Cały zespół aktorski spisuje się tu rewelacyjnie (może poza Emmą Watson), ale na pierwszy plan wybijają się Saoirse Ronan i Florence Pugh. Pierwsza czuje się nadzwyczaj swobodnie w roli zadziornej i nieokrzesanej Jo, skrywającej ogromne pokłady wrażliwości i współczucia, a wraz z ciekawszym niż zwykle Timothéem Chalametem tworzy niepowtarzalny tandem. Amy zaś w interpretacji Pugh bywa dziecinna, mściwa, domagająca się uwagi, a gdy mijają lata, wszystko to wciąż da się wyczuć pod fasadą trochę wyniosłej, z pozoru dojrzałej kobiety.

Miejmy nadzieję, że Oscary trochę osłodzą Grecie Gerwig i jej fantastycznej ekipie sezon nagród, bo zdecydowanie na to zasługują.

Zresztą drugi plan Małych kobietek też ma się kim pochwalić. Meryl Streep, wcielająca się w marudną, dumną ciotkę, zalicza tu wyborny komediowy występ, a jeśli Laura Dern ma w tym roku dostać Oscara — a wszystko na to wskazuje — to dużo bardziej uzasadniona byłaby statuetka właśnie za rolę matki rodziny March niż zaserwowaną w Historii małżeńskiej grę na tzw. autopilocie, będącą w zasadzie złagodzoną powtórką Wielkich kłamstewek.

Szkoda, że przy Złotych Globach Małe kobietki zostały niemal całkowicie zignorowane, zwłaszcza patrząc na to, jak przeciętne filmy doczekały się nominacji w najważniejszych kategoriach. Miejmy nadzieję, że Oscary trochę osłodzą Grecie Gerwig i jej fantastycznej ekipie sezon nagród, bo zdecydowanie na to zasługują. Mimo że moralizatorska powieść Louisy May Alcott wyraźnie się już zestarzała pod względem formalnym, to poruszane w niej wątki nie wymagają szczególnej aktualizacji — tegoroczna adaptacja filmowa również nie powinna się zbyt szybko przedawnić, pod żadnym względem.

Ostatnio dodane