search
REKLAMA
Felietony

“Dzieci gorszego boga”, czyli czy SCIENCE FICTION to rozrywka dla niedojrzałych?

Czytanie i oglądanie fantastyki grozi cofnięciem się w rozwoju intelektualnym.

Odys Korczyński

24 marca 2023

REKLAMA

W jednym z odcinków programu Xiegarnia (dokładnie w 295.) Agata Passent wprost stwierdziła, że czytanie fantastyki grozi cofnięciem się w rozwoju intelektualnym. Zasugerowała to Maxowi Cegielskiemu, kiedy ten niezbyt roztropnie przyznał się, że bardzo dawno temu czytał coś o Conanie, a teraz sięgnął po prozę Roberta M. Wegnera. O ironio Wegner był głównym gościem tego żenującego pokazu wiedzy polskiej śmietanki literackiej. Taka jest więc opinia polskiej intelektualistki, której sąd się liczy i rozsiewa jak nowotwór, infekując całe nasze środowisko krytyków literackich i filmowych. Piszę więc o science fiction jako gatunku dla niedojrzałych umysłowo trochę sarkastycznie, bo to miano ukute głównie przez krytyków literackich, którzy niewiele wiedzą zarówno o fantasy, jak i science fiction. Nie mam na myśli jakiegoś konkretnego filmu z gatunku SF. Krytycy filmowi oczywiście podchwycili tego typu stereotypowe opinie i tak fantasy i science fiction stały się dziećmi gorszego boga albo wykwitami niedojrzałych umysłów pisanymi dla dzieci.

Co z tego wynika? Przede wszystkim to, że literatura dziecięca jest gorsza, a dorosłość to ten stan, którego wszyscy pragną, bo jest wyrazem szczytu rozwoju człowieka jako istoty myślącej. Patrząc na sposób myślenia pani Passent i pana Cegielskiego, śmiem powątpiewać, czy ich dorosłość jest aby naprawdę intelektualnie dojrzała. Posiadanie dziecięcej wyobraźni to zaleta w każdym wieku, a oznaką smutnej dorosłości jest właśnie to trzymanie się utartych szlaków, niechęć do eksperymentowania i odkrywania nowego, nawet jeśli niesie to ze sobą ryzyko i przede wszystkim wyśmiewanie tego, czego się nie zna, zamiast się otworzyć na zrozumienie tego.

Szeroko pojęta fantastyka nie miała łatwych początków. Niekiedy bardzo szmatławe pisma, gdzie ją publikowano, utożsamiane były ze złym stylem, czemu przeciwstawiała się tzw. prawdziwa literatura z wielkich czasopism i wydawnictw. Nawet jeśli więc niektórzy pisarze chcieli iść w ślady H.G. Wellsa, to mogliby zniszczyć sobie kariery za sprawą takiego nieodpowiedzialnego zachowania. Kilkadziesiąt lat temu jeszcze to nie był jeszcze na to czas w zachodniej literaturze, chociaż wielu twórców i krytyków literackich nieprzerwanie przez lata podniecało się np. mitologią, która jest prekursorem dla literatury fantasy, podobnie zresztą jak epos rycerski. Sytuacja na szczęście zaczęła się zmieniać, a pisarze otwierać na nowe. To efekt zmian w kulturze Zachodu. Sytuacja wśród krytyków nadal jednak przypomina beton, tak zresztą jak zawsze w tym środowisku wzajemnej humanistycznej adoracji. Mało tego, da się zauważyć uporczywe trwanie przy pewnym zakresie pojęć, które traktuje się jako niezmienne niezależnie od epoki funkcjonowania języka, w której są stosowane.

A objawia się ono m.in. właśnie postawą krytyków typu Agata Passent. Przypomina mi się teraz jeden z moich ulubionych pisarzy, który „pełnometrażowej” powieści nigdy nie napisał, chociaż gdyby to zrobił, być może byłaby to najlepsza powieść fantastycznonaukowa na świecie. Pisał za to opowiadania, niektóre tak krótkie, że można by je zmieścić na połowie strony formatu A6. A mimo to tętniły od karkołomnych pomysłów, jakie tylko wyobraźnia ludzka może wytworzyć. I zgadnijcie, jak krytycy z uporem maniaków klasyfikują pisarstwo Jorge Louisa Borgesa – realizm magiczny. Brzmi dumnie, mądrze i wyjątkowo niefantastycznie. Bo jakżeby można było powiedzieć o Borgesie, że był pisarzem uprawiającym zwykłe fantasy z elementami science fiction? Wielu pisarzy z tzw. dopuszczonego jako ten wart uwagi nurtu uprawia horror, fantastykę i SF, tyle że krytycy boją się nazwać ich twórczość po imieniu. Dwoją się więc i troją, żeby wymyślić coraz bardziej surrealistycznie brzmiące określenia dla pisarstwa np. Kazuo Ishiguro. Emblematyczne jest zwłaszcza jedno – transowość, na oznaczenie science fiction psychologicznego. Wiem, że miało być o filmach science fiction, ale źródło tej klasyfikacji niżej niż inne gatunki bije w literaturze, a raczej w jej ocenie przez pewną grupę twardogłowych krytyków, którzy – co jest kuriozalne – wypowiadają się na temat literatury fantasy i SF, nie znając jej, bo sporadycznie ją recenzują. Z góry uznają ją jednak za gorszą, bo jest gatunkowa.

Sytuacja z filmem SF jest nieco podobna, chociaż film łatwiej obejrzeć niż przeczytać 500 stron tekstu i to jeszcze analitycznie, recenzencko. A więc wyobraźmy sobie pewną analogię, bo najlepiej pracować na konkretnych przykładach. 18-latek, którego ojciec przedwcześnie umarł na udar, zmagający się z uzależnieniem od narkotyków i masturbacji jest OK, ale ten sam 18-latek zmagający się z tymi samymi problemami, tyle że latający gdzieś w kosmosie i programujący automatyczne ładowarki rudy tytanu już jest gorszy. Tylko dlatego gorszy, że funkcjonuje w obrębie świata przedstawionego, którego żaden z takich krytyków nie może doświadczyć i w gruncie rzeczy mało o nim wie ze względu na swoje wykształcenie.

Nie ufamy zwykle rzeczom, których nie znamy, a odcięcie nauk humanistycznych od ścisłych nie wychodzi na dobre humanistom. Tracą oni przez to cenne umiejętności użytkowe w życiu, bo pisanie powinno raczej posiłkować się wiedzą tak szeroką, jak to tylko możliwe. Należałoby raczej zmienić system edukacji i do obowiązków humanistycznego wykształcenia wprowadzić podstawowy kanon nauk ścisłych, czyli fizyki, chemii, medycyny z naciskiem na anatomię i fizjologię oraz matematyki. Może wtedy coś by w humanistycznych umysłach drgnęło, bo oprócz umiejętności policzenia sobie proporcji, co przydaje się w nad wyraz zaskakujących momentach codziennego życia, jak również wiedzy, z ilu aktonów składa się mięsień naramienny i jak go ćwiczyć, żeby się równomiernie rozrastał, otworzyłyby się one na kino technologicznie abstrakcyjne i futurologiczne. Niekiedy ta ściana niewiedzy na temat sedna narracji bazującej na twardej tezie naukowej do sfalsyfikowania blokuje ludzki gust, a tak naprawdę psychikę przed uznaniem, że coś się nam podoba. Lepiej się obronić bezpieczną postawą i uciec w ślepą krytykę, co ma swoje ewolucyjne uzasadnienie. Nie twierdzę, że wąskie humanistyczne wykształcenie jest jedyną przyczyną irracjonalnego deprecjonowania kina science fiction, lecz z pewnością jest jedną z nich, a u niektórych krytyków obawiam się, że niestety najważniejszą, jeśli zacznie się analizować logikę ich myślenia, która nie jest racjonalna, a typowo ucieczkowa.

Mam też takie wrażenie, że w ostatnim dziesięcioleciu twórcy science fiction nieco ulegli temu trendowi oceny fantastyki jako gatunku dla mniej dojrzałych i zaczęli mieszać go z filmem obyczajowym, żeby był przystępniejszy dla wszystkich, których męczy tematyka związana z fizyką, chemią, DNA itp. Wychodzą z tych mariaży nieraz rzeczy bardzo ciekawe i zakrawające na fantastykę psychologiczną, jednak warto zastanowić się nad motywami. Czy taki nurt w SF i jest dla niej naturalny, czy może jest nieco sztuczną, nienaturalną dla futurologii jej adaptacją ze względu na chęć uzyskania wyższej pozycji na drabinie gatunkowej?

Co więc mogła mieć na myśli Agata Passent, kiedy zapytała Maxa Cegielskiego, czy nie czuje, że się cofa w rozwoju lub ma problem z dojrzałością, skoro sięga po fantastykę, chociaż robi to bardzo rzadko, wręcz sporadycznie? Mogła np. odnosić się do toksycznych fandomów, których członkowie niejednokrotnie tracą kontakt z rzeczywistością przez swoje hobby, a raczej coś więcej niż pasję – fandomy to zbiorowe obsesje, a nie dojrzałe interesowanie się jakimś gatunkiem filmowym. Wątpię jednak, czy tego typu intelektualiści aż tak głęboko analizują popkulturę. Pani Passent miała tu raczej na myśli całą grupę widzów i czytelników, na zasadzie oceny ich poprzez stereotypy. Czy zatem widzowie kochający fantastykę naukową i fantasy mają problemy z tożsamością i są mniej inteligentni? Do tej pory tego nie zauważyłem, ale jestem z tych, którzy uwielbiają SF, a jak wiemy, głupi zwykle głupoty nie dostrzega. Niedojrzały jest więc ten, kto ma tendencję do kierowania swojej wyobraźni ku przyszłości, do projektowania, jak może nasza cywilizacja wyglądać za lat 100 i więcej, jakie problemy będą nas czekać, jeśli faktycznie uda nam się stworzyć inny, równie myślący co my, gatunek. Wreszcie najwidoczniej niedojrzały jest ten, dla którego nauki szczegółowe znaczyć mogą więcej niż bezkresne i bezpłodne rozważania na temat teraźniejszego życia, co jak wiemy od setek lat, do niczego nie prowadzi, a w sytuacjach granicznych się wręcz nie liczy. Liczą się umiejętności przetrwania, liczenia, analizy logicznej, sprawność fizyczna i instynkt, jak również umiejętność takiego zaprojektowania swojego miejsca w przyszłości, że okaże się ono nieodzowne, jeśli znajdziemy się w sytuacji, że ktoś będzie musiał wybierać między nami a kimś innym na postapokaliptycznej drabinie społecznej przydatności.

Tak więc kto wie, czy to umiłowanie science fiction nie przyniesie nam kiedyś wymiernych korzyści, kiedy nasz świat stanie na jakiejś nieodwracalnej krawędzi. Wtedy może ci „niedojrzali” z „dziecięcymi” osobowościami, zajawieni na punkcie „dnia sądu”, będą jedynymi, którzy poradzą sobie z rzeczywistością.

Dlaczego więc tak traktuje się fanów science fiction i generalnie ten gatunek? Odpowiedź jest prosta. Science fiction traktuje o rzeczach, które zwykle nie istnieją, są fantazją, a dorosłość utożsamiana jest jedynie z tym, co istnieje, co jest MOŻLIWE. Reszta przynależy do dziecięcej wyobraźni, a ona traktowana jest przez wielu intelektualistów jako coś gorszego, półprodukt człowieczeństwa. Stąd ten, kto lubi kino science fiction, jest niedojrzały; a i ono samo to bajki dla niedojrzałych dzieci i takich samych dorosłych.

Odys Korczyński

Odys Korczyński

Filozof, zwolennik teorii ćwiczeń Petera Sloterdijka, neomarksizmu Slavoja Žižka, krytyki psychoanalizy Jacquesa Lacana, operator DTP, fotograf, retuszer i redaktor związany z małopolskim rynkiem wydawniczym oraz drukarskim. Od lat pasjonuje się grami komputerowymi, w szczególności produkcjami RPG, filmem, medycyną, religioznawstwem, psychoanalizą, sztuczną inteligencją, fizyką, bioetyką, kulturystyką, a także mediami audiowizualnymi. Opowiadanie o filmie uznaje za środek i pretekst do mówienia o kulturze człowieka w ogóle, której kinematografia jest jednym z wielu odprysków. Mieszka w Krakowie.

zobacz inne artykuły autora >>>

REKLAMA