Felietony - Cykle
Dlaczego uważam, że finał JAK POZNAŁEM WASZĄ MATKĘ jest DOBRY
Finał JAK POZNAŁEM WASZĄ MATKĘ budzi kontrowersje, ale w moim odczuciu jest idealnym zwieńczeniem tej emocjonalnej opowieści o miłości i przyjaźni.
Jak zauważył mój redakcyjny kolega, o kończącym już siedem lat finale Jak poznałem waszą matkę napisano już niemal wszystko. Głównie złego. Nawet najwięksi fani serialu, jak we wspomnianym tekście, prześcigają się w krytycznej litanii na temat zwieńczenia dziewięciosezonowej opowieści Teda Mosby’ego. Te głosy zawsze rozumiałem, ale nigdy do nich nie dołączyłem. W przewrotny sposób zakończenie serialu wydaje mi się właśnie bardzo trafne i idealnie puentujące całą narrację.
Nie będę tu rozpisywał się na temat doświadczenia na linii widz–serial–bohaterowie, nie kusi mnie też analiza Jak poznałem wasza matkę w kategoriach uniwersalnego, filozoficznego przesłania na temat życia. Po dwóch pełnych przebiegach i wielokrotnym odświeżaniu poszczególnych fragmentów serialu spojrzę na kontrowersyjny finał jako na dopełnienie długiej opowieści, szukając w nim sensu w tym właśnie kontekście.
Dla porządku, zrekapitulujmy – w finałowym odcinku Ted Mosby, nasz nierzetelny narrator, spotyka w końcu tytułową matkę, Tracy. Trafiają na siebie po weselu Barneya i Robin, dwójki głównych bohaterów i odpowiednio komediowej siły napędowej i centrum romantycznych aspektów serialu przez zdecydowaną większość jego przebiegu. Cały dziewiąty sezon koncentruje się na przygotowaniach do tej chwili. Dosłownie – rozgrywając się w kilkadziesiąt poprzedzających wesele godzin, a metaforycznie – stopniowo budując obraz późniejszej relacji Teda i Tracy. Przed romantyczną kulminacją, skwitowaną słowami „i tak oto, dzieci, poznałem waszą matkę”, poznajemy w skrócie losy bohaterów, dowiadujemy się, że Tracy zmarła kilka lat przed rozpoczęciem opowieści, z kolei małżeństwo Barneya i Robin zakończyło się rozwodem.
Natomiast tuż po zwieńczeniu historii otrzymujemy epilog, w którym Ted, zachęcony przez dzieci, jedzie z symboliczną niebieską waltornią do samotnej teraz Robin, tworząc zamykającą Jak poznałem waszą matkę klamrę i puentując całą opowieść domniemanym powrotem Teda do Robin, w której kochał się przez kilka ładnych lat na naszych oczach.
Kontrowersje dotyczą tu dwóch rzeczy – po pierwsze nagłego (z punktu widzenia narracji) uśmiercenia Tracy, do której pojawienia się twórcy prowadzili przez osiem sezonów i którą z powodzeniem sportretowała w serii dziewiątej Cristin Milioti. Śmierć budzącej sympatię postaci niemal zawsze spotyka się ze sprzeciwem fanów, tym bardziej jeśli mowa o postaci de facto tytułowej, której obecność była wyczekiwanym ukoronowaniem całej sagi Mosby’ego.
Tutaj doszedł jeszcze gorzkawy posmak zjednoczenia Teda i Robin, który wielu widzów odbiera jako deprecjonowanie znaczenia Tracy w życiu Teda oraz przekreślenie rozwoju postaci. To z kolei wiąże się z drugim – i mam wrażenie, że dla większości fanów tym ważniejszym – głównym zarzutem wobec finału, czyli „rozbiciem” przez scenarzystów związku Barneya i Robin – związku z bardzo długą i burzliwą historią, którego celebracją miał być kończący się weselem sezon dziewiąty. Z pozoru zarzuty są słuszne – decyzja o śmierci matki i powrocie protagonisty do wyjściowej dziewczyny marzeń pachnie zagraniem pod publiczkę w stylu zjednoczenia Rachel i Rossa z Przyjaciół (skądinąd to uważam za prawdziwie złe zakończenie popularnego sitcomu), a także może rzucać cień na szczerość uczuć Teda do matki jego dzieci.
Tak samo rozwój Robin i Barneya wydaje się krokiem wstecz, odbierającym sens rozwojowi tych postaci na przestrzeni sezonów. Kluczem jest tu dla mnie zwrot „z pozoru” – bo w rzeczywistości te zarzuty uważam za niezasadne. Mówiąc wprost, uważam, że takie, a nie inne zakończenie Jak poznałem waszą matkę jest pod wieloma względami znakomitą puentą, zgodną zarówno ze sposobem budowania postaci, jak i z realizowaną przez scenarzystów konwencją opowiadania o życiu.
Zacznijmy od śmierci Tracy. Jakkolwiek szokująca i zakomunikowana w ledwie kilkanaście sekund, śmierć tytułowej matki nie była „królikiem z kapelusza” – kobieta zmarła po długiej chorobie, w czasie której według Teda ich miłość stała się głębsza niż kiedykolwiek. Nie spadł na nią fortepian ani helikopter. Spotkała ją rzecz, która spotyka co chwilę tysiące ludzi, także młodych, na całym świecie. Co więcej, jak zwrócili uwagę post factum fani serialu, śmierć Tracy była zwiastowana pewnymi niuansami w trakcie ósmego i dziewiątego sezonu – nieuzasadnionymi, niemającymi kontekstu łzami Teda, uwagą Tracy na temat przegapienia wesela córki, przejmującym wyobrażonym monologiem Teda o tym, że chciałby spędzić kilkanaście dni więcej z Tracy czy przejmująco smutnym wydźwiękiem sceny, w której nasz narrator po raz pierwszy słyszy śpiew przyszłej żony.
Z wiedzą na temat tego, jak serial się skończy, wiele z pozoru błahych elementów finałowej serii zyskuje głębszy sens, a narracja staje się bardziej wielowymiarowa. Co więcej, fabuła zyskuje niejako podwójny wydźwięk – cały sezon dziewiąty to długie pożegnanie z serialem, a także Teda z dawnym życiem. Jak się okazuje, futurospekcje ukazujące jego szczęśliwy związek z Tracy są także formą pożegnania narratora z ukochaną kobietą.
Śmierć Tracy niczego więc nie przekreśla ani nie dewaluuje. Wręcz przeciwnie – końcowa przewrotka wzbogaca fabułę i dodaje jej zarówno emocjonalnego ciężaru, jak i realizmu. Jak poznałem waszą matkę odczarowuje do pewnego stopnia wyidealizowany świat sielskiego życia i romansów znany z telewizji. Przede wszystkim wzięciem treści w nawias opowieści przywoływanej po latach, ale także jakościowym pisaniem charakterów i losów postaci. Carter Bays i Craig Thomas tworzą sitcom, w którym nie zawsze na końcu czeka happy end, ludzie naprawdę się ranią, chorują i umierają, nie tylko ze starości.
I tak samo w tym świecie ludzie niekoniecznie dostają od losu jedną jedyną miłość życia, która jest tą słuszną. Tym właśnie jest zejście się Teda i Robin, przypomnieniem, że życie się zmienia. Ted zakochuje się w Robin, wychodzi z tego uczucia, angażuje w kolejne, potem stara się na nowo odnaleźć szczęście. Pamiętajmy także, że sama Tracy przechodzi w serialu proces wyjścia z traumy utraty bliskiej osoby, co można traktować jako paralelę do procesu, który przeżywa Ted, opowiadając dzieciom historię łączącą dwie kobiety, które prawdziwie kochał, i oswajającego się z myślą, że może żyć dalej. Powrót do Robin nie jest przekreśleniem jego miłości do Tracy, ale efektem pracy pamięci, dokonywanej na przestrzeni dziewięciu sezonów, która to praca dąży do ponownego uzmysłowienia sobie, że możliwe jest życie pomimo tragedii, że Ted może być szczęśliwy bez Tracy.
Również życiowym realizmem jest dla mnie, także nagły z punktu widzenia narracji, rozwód Barneya i Robin. Muszę w tym miejscu zaznaczyć, że o ile, z tego, co wiem, większość fanów gorąco kibicowała temu związkowi, o tyle ja nigdy do końca nie kupiłem romansu socjopatycznego kobieciarza i niezależnej, pełnej ambicji i charakteru dziewczyny. Ich związek, napędzany podobieństwem charakterów i erotycznym napięciem miał swoje miejsce w okolicach czwartego, piątego sezonu, jednak później, w wątku prowadzącym ostatecznie do ich ślubu, wydawał mi się nieco wymuszany – zarówno przez scenarzystów, jak i Barneya, w równym stopniu zafiksowanych na koncepcji tego, że Robin jest idealną dla niego partnerką.
Kiedy oglądałem ostatnio cały serial w całości, odniosłem silne wrażenie, że Barney – po swojemu skądinąd – osacza Robin, manipuluje nią i wykorzystuje moment jej życiowego kryzysu, by nakłonić do małżeństwa, które jest bardziej jego marzeniem (obsesją) niż czymś, czego chce ona. W przekroju, ten związek – co zresztą pokazywał sezon dziewiąty, tyle że okrywając warstwą sticomowego lukru – opierał się na tzw. chemii, a nie głębokim partnerstwie. Oboje mieli problemy z byciem parą w takim sensie jak parą-drużyną byli Marshall i Lily, nie potrafili też dogłębnie przepracować swoich problemów, uciekając się raczej do wybiegów udowadniających ich „fajność” (being awesome), wykorzystując seksualne przyciąganie i ignorując oczywistą dla mnie różnicę, podważającą ich szczęśliwą przyszłość – Barney poszukiwał wcielenia swojej matki, konserwatywnego związku ze stabilizacją, podczas gdy Robin dążyła do samorealizacji i oczekiwała od bycia z kimś raczej wsparcia i zrozumienia niż konieczności przyjmowania ról (to prawdopodobnie skłoniło ją później do upatrywaniu w rozumiejącym i skłonnym do poświęceń Tedzie właściwego mężczyzny).
W obliczu ich niechęci/niezdolności do merytorycznej komunikacji była to duża skazaz na szczęśliwym ślubnym obrazku, której zaskakująco dużo fanów nie chce widzieć (zapewne uwiedziona ideą „perfekcyjnej pary” i charyzmą Barneya).
Niepowodzenie małżeństwa ma więc jak najbardziej sens w kontekście rozwoju postaci i całego przebiegu ich wątków na przestrzeni serialu. To, że „dosłownie cały sezon prowadził do ich ślubu”, też nie jest ze strony twórców jakimś kardynalnym grzechem. Ten zabieg pracował na impakt, jaki wywołuje informacja o rozwodzie, i bardzo dosadnie podkreśla, że w życiu, niekoniecznie wszystko jest bajką, a bajkowe momenty nie muszą kończyć się życiem długo i szczęśliwie.
Finał nie zaburza wydźwięku całego serialu, bo ten jest opowieścią nie tyle o przeznaczeniu czy „byciu kowalem własnego szczęścia”, co historią o nieprzewidywalności, nieustannej zmienności życia i jego nie zawsze pięknym obliczu. Że to przecież sitcom, powiecie? Owszem, ale wyjątkowość Jak poznałem waszą matkę polega właśnie na tym, że przełamuje konwencję sitcomu. W dalszych sezonach to dużo bardziej dramat z elementami komediowymi niż serial oparty na humorze.
Twórcy postawili na rozwój postaci i dokonali dość karkołomnego eksperymentu, starając się jak najmocniej nagiąć konwencję serialu komediowego do pełnokrwistej opowieści o ludziach i ich emocjach. Sztuka ta w dużej mierze im się udała, a klasyczny finał, w którym Ted i Tracy, Barney i Robin i Lily i Marshall żyją długo i szczęśliwie, nie pasowałby do konwencji.
Przyznam, że finał ma swoje mankamenty techniczne – kluczowe przewrotki są wprowadzane trochę zbyt pospiesznie, przez co brakuje tak kluczowej w tym serialu ekspozycji. Owszem, jak zaznaczyłem wyżej, zakończenie jest wprowadzane i uzasadniane wcześniej, ale ostatni odcinek sprawia wciąż wrażenie zbyt raptownego. Przegląd przez przyszłość bohaterów trwa bardzo krótko, można więc poczuć żal – oto oglądaliśmy kilka sezonów budowania układanki, która rozsypuje się w parę chwil (choć w czasie świata przedstawionego zajęło to nawet więcej czasu). Być może scenarzyści źle rozłożyli akcenty ostatniej serii, zbyt słabo podbijając pewne elementy i nie decydując się na dramaturgiczną wywrotkę nieco wcześniej.
Z tego, jak sądzę, bierze się niezadowolenie wielu widzów. Zachowując spójność opowieści, twórcy zaburzyli tempo własnej narracji, co zemściło się na nich odbiciem dużo większej, niż zakładali (jak sądzę), grupy widzów od finałowych odcinków. Dla mnie jednak Jak poznałem waszą matkę to jeden z lepszych seriali popularnych, oferujących o wiele więcej treści psychologicznej i życiowej niż większość sitcomów czy nawet seriali fabularnych. I zakończenie jest jednym z koronnych ku temu powodów.
