search
REKLAMA
Seriale TV

WESTWORLD. „The Bicameral Mind”, czyli PUNKT ZWROTNY głośnego serialu science fiction

Najwyżej oceniany odcinek serialu science fiction, po którym nic już nie było takie samo.

Jakub Piwoński

8 października 2022

westworld 3
REKLAMA

W poprzednim odcinku #27: WESTWORLD. „The Bicameral Mind”, czyli PUNKT ZWROTNY głośnego serialu science fiction

To, do jak wielkich rozmiarów rośnie serial Westworld, przypomina dmuchanie balona. Nie można jednak powiedzieć, że początki były niewinne. Twórcy hitowego serialu HBO – Lisa Joy i Johathan Nolan – ruszyli z wysokiego C. Ich balon od samego początku posiadał spore pokłady powietrza w postaci niemałego budżetu, który został przekuty w wizualny rozmach. W 2016 roku, gdy Westworld rozpoczynało swoją przygodę z widzami, HBO od kilku lat miało już Grę o tron, więc można powiedzieć, że serial z przeciwnego bieguna gatunkowego – science fiction – wydawał się pewniakiem i już na starcie rozpalał emocje.

 

Ten powiew świeżości oraz bijących ze scenariusza wielkich ambicji twórców, chcących wykorzystać koncept zaczerpnięty z filmu Świat Dzikiego Zachodu do tego, by raz jeszcze podywagować o kondycji człowieka i jego styku z technologiami, w tym sztuczną inteligencją, budził zainteresowanie nie tylko widzów, ale i aktorów. Twórcom Westworld udało się bowiem zebrać imponującą obsadę, składającą się także z nazwisk aktorskich weteranów, jak Ed Harris czy Anthony Hopkins – osobistości dotychczas rzadko kojarzonych z fantastyką naukową. Pierwszy sezon nowego show HBO został zrealizowany za bagatela 90 milionów dolarów, co jak na tamte czasy było budżetem dość sporym (dla porównania, Gra o tron ruszała z pułapu około 20 milionów dolarów). Ambicje były spore, ze scenariusza aż wylewało się od przeróżnych kontekstów fantastyki naukowej, załoga nietuzinkowych aktorów zgłosiła się na plan – magia kina mogła zacząć działać.

Jak to jednak bywa z balonem, nieuważne jego dmuchanie wywołuje niespodziewany wybuch i tym samym koniec pewnej ciekawie zapowiadającej się przygody. Sezon pierwszy i po części także drugi można określić sukcesem artystycznym i komercyjnym. Posypały się wówczas nominacje do Emmy, które zamieniały się w same nagrody, nie tylko z działki oprawy wizualnej. Ostatnie dwa sezony to już dowód na to, że twórcy, mówiąc kolokwialnie, przeskoczyli rekina i w pewnym momencie ulegli zagubieniu, którym sami naznaczali swoich bohaterów. Ten tekst nie jest jednak kolejnym z serii tekstów krytykujących kierunek, jaki obrał Westworld. Chciałbym na moment cofnąć się do etapu finałowego odcinka sezonu pierwszego, gdyż jest to moim osobistym zdaniem, najlepszy etap przygody w tym zanurzonym w symulacji świecie.

Dlaczego? Bo jest dosadny i szokujący, to raz. A dwa, ma kulminacyjny charakter, przez co pewne tajemnice nabierają światła.

Wszystko, co lubimy w „Westworld”

Za reżyserię i scenariusz odcinka odpowiadają showrunnerzy Westworld ­– Jonathan Nolan i Lisa Joy, prywatnie małżeństwo. Postarali się, by zawrzeć w tej odsłonie wszystko to, co najbardziej w tej serii polubiliśmy. Technologiczny terror uzupełniony został zatem walką o własną tożsamość. Sztuczna inteligencja buntuje się przeciwko człowiekowi, wszczynając rewolucję, której skutki oglądać będziemy w kolejnych sezonach. Natomiast sam twórca całego zamieszania, niejaki Ford o twarzy Hopkinsa, postanawia w wyjątkowo zaskakujący sposób zejść ze sceny tego trzymającego w napięciu spektaklu. Powołał nową narrację, ale nie w taki sposób, w jaki byśmy się tego spodziewali.

Nie mniej zaskakujące jest jednak ujawnienie tożsamości Człowieka w Czerni, granego przez Eda Harrisa. To główny antagonista serialu, odpowiednik postaci z filmowego pierwowzoru. W tamtej wersji wcielał się w niego Yul Brynner. Joy i Nolan zapragnęli jednak dopisać tej postaci jakąś psychologię, zamiast robić z niego zwykłego robota. W serialu dowiadujemy się, że Człowiek w Czerni to tak naprawdę starsza wersja Williama, postaci odwiedzającej park, granej przez Jimmiego Simpsona. Poznaliśmy go wcześniej, w żaden sposób nie zdając sobie sprawy z tego, w jakim czasie fragment jego historii się rozgrywa. Do tego momentu.

Tytuł odcinka – The Bicameral Mind – oznacza dosłownie dwuizbowy umysł. Jest to odniesienie do hipotezy o ewolucji świadomości, która służy tu jako podtekst w całej serii. W miarę postępu akcji tzw. gospodarze, czyli sztuczna inteligencja o twarzy człowieka, budzą w sobie świadomość o własnym istnieniu. Dzieje się tak z Maeve, dzieje się tak z Dolores. Wątek tej drugiej styka się w kulminacyjnym momencie ze stwórcą. Postać chwyta za broń i unicestwia Anthony’ego Hopkisna, dając symboliczny wyraz osiągnięcia przewagi nad człowiekiem, buntując się przeciwko nałożonym przez niego ograniczeniom symulacji, w której granicach przyszło jej żyć.

Ciekawostkę stanowi fakt, że przytaczana scena, którą nakręcono na Paramount Ranch w kwietniu 2016 roku, była niemałym wyzwaniem dla aktorki wcielającej się w Dolores – Evan Rachel Wood. Musiała bowiem wielokrotnie wycelować prawdziwy pistolet w tył głowy Hopkinsa i pociągnąć za spust. Chociaż broń była rozładowana, nadal było to dla niej niezwykle stresujące doświadczenie, ponieważ, jak podkreślała w wywiadach, była świadoma stale istniejącego ryzyka wypadków z bronią palną. Zapewne byłaby jeszcze bardziej zestresowana, gdyby scenę tę kręcono po ubiegłorocznym incydencie na planie filmu Rust z Alekiem Baldwinem.

Omawiany i wychwalany przeze mnie odcinek to najlepiej oceniany odcinek w serwisie IMDb w całej historii serialu. Otrzymał zawrotnie wysoką średnią ocen wynoszącą 9.7. Odcinek załapał się także na pozytywne recenzje od krytyków, którzy w szczególności chwalili występ Anthony’ego Hopkinsa. Odważne tezy science fiction, klimat filmów spod znaku mystery oraz związanymi z nimi zwrotami akcji, a także świetne aktorstwo dały tu rezultat. Westworld składał obietnicę tajemniczego widowiska, które w odpowiednim czasie zaskoczy nas rozwiązaniami fabularnymi – w tym momencie obietnica zostaje spełniona.

Szkoda tylko, że po raz pierwszy i ostatni w kontekście całej serii. The Bicameral Mind to dla mnie najlepszy moment serialu HBO, ale zarazem moment, po którym serial przeskakuje rekina, bo wszystko, co dzieje się później, jest już jawnym obniżeniem lotów. Szkoda, bo ten spektakl krył w sobie mnóstwo ciekawej treści, ważkiej symboliki, stanowił coś w rodzaju najważniejszego fantastyczno-naukowego komentarza we współczesnym, telewizyjnym SF. Żeby sobie tego wrażenia nie psuć, osobiście proponuję oglądać serial właśnie do finału sezonu pierwszego, a potem odpuścić, by nie psuć sobie dobrego wrażenia wylewającą się z późniejszych epizodów łopatologią.

Jakub Piwoński

Jakub Piwoński

Kulturoznawca, pasjonat kultury popularnej, w szczególności filmów, seriali, gier komputerowych i komiksów. Lubi odlatywać w nieznane, fantastyczne rejony, za sprawą fascynacji science fiction. Zawodowo jednak częściej spogląda w przeszłość, dzięki pracy jako specjalista od promocji w muzeum, badający tajemnice początków kinematografii. Jego ulubiony film to "Matrix", bo łączy dwie dziedziny bliskie jego sercu – religię i sztuki walki.

zobacz inne artykuły autora >>>

REKLAMA