Connect with us

Publicystyka filmowa

USUNIĘTE sceny tak GŁUPIE, że trudno uwierzyć w ich powstanie

USUNIĘTE SCENY tak GŁUPIE, że ich powstanie wydaje się niepojęte! Odkryj, co uratowało filmy przed kompromitacją!

Published

on

USUNIĘTE sceny tak GŁUPIE, że trudno uwierzyć w ich powstanie

Montaż to być albo nie być każdej produkcji. Znaczenia wyborów podjętych przy cięciu i montowaniu materiału filmowego po prostu nie da się przecenić. W tym tekście nie chodzi jednak o konstrukcję poszczególnych scen ani o tempo całości. Tutaj chciałbym zrobić dwie rzeczy: pochwalić decyzje o wycięciu mniej lub bardziej fatalnych scen i zarazem zganić decydentów odpowiedzialnych za ich powstanie. Te wybory uratowały opisywane filmy przed naprawdę kompromitującymi momentami, a w jednym przypadku stawką był ostateczny wydźwięk całej produkcji. Oto zestawienie fatalnych scen, które na całe szczęście pozostały w montażowni i nie trafiły do finalnych wersji przywołanych dzieł.  

Advertisement

Gwiezdne wojny: Część III – Zemsta Sithów – Anakin mówiący językiem astromechów + śmierć Shaak Ti

Misja odbicia kanclerza z rąk Separatystów ma kilka głupkowatych momentów (z żałośnie jęczącymi droidami bojowymi na czele), ale dopiero po obejrzeniu tych scen rozumiemy, jak źle to wszystko mogło wyglądać. Po pierwsze, zatrzymanie całej akcji po to, by Anakin mógł na głos zastanawiać się nad znaczeniem beep wydanego przez R2D2, to pomysł dziwaczny sam w sobie.

Jakby tego było mało, młody Skywalker zdaje się wydawać identyczne beep własnymi ustami, co nie ma żadnego sensu, nawet w świecie Gwiezdnych wojen (niektórzy twierdzą, że on tylko odtwarza dźwięk z komunikatora i rusza ustami dla żartu, ale to równie głupie). Całą scenę pogrąża również wybitnie drewniane wypowiadanie kwestii przez Christensena i (nieco mniej, ale wciąż) McGregora.

Advertisement

Chwilę później dochodzi do alternatywnej wersji spotkania z generałem Grievousem, który wypada tu znacznie bardziej nieporadnie niż w finalnej wersji. Jego zabicie nieznanej dla większości widzów Shaak Ti wydaje się kompletnie zbędne i pozbawione ładunku emocjonalnego, także dla dwójki protagonistów, dowcipkujących jak gdyby nic. Fraza „śmierdzący Jedi”, która poprzedza mord, nie pomaga scenie i wydaje się wybitnie dziecinna. To jednak małe piwo w porównaniu z niesłychanie niezręcznym momentem ustalania planu przez otoczonych Jedi. Pomimo tłumu celujących do nich droidów, Anakin i Obi-Wan poświęcają prawie pół minuty na muskanie twarzy i kręcenie wąsem w próbie porozumienia się, co do wyjścia z tej podbramkowej sytuacji.

Z wielką chęcią zobaczyłbym ten moment z perspektywy stojącego jak kołek Grievousa albo któregoś z jego blaszanych poddanych. Dwaj panowie w końcu postanawiają wyryć dziurę w podłodze i uciec przez bak paliwowy wielkiego statku. Reszta tej sceny to kolejne kiepsko napisane i kiepsko zagrane dialogi i choć zamysł – ukazanie przyjacielskiej relacji obu bohaterów – jest dobry, tak jego mizerne wykonanie po prostu zdumiewa.

Advertisement

Terminator 3: Bunt maszyn – Ujawnienie genezy wizerunku T-800

Bunt maszyn niejednokrotnie zakrawa na komedię i zarazem parodię serii, ale to jest moment, w którym twórcy zdecydowanie odlecieli. Pokazane jest nam bowiem, komu T-800 zawdzięczają swoje szlachetne rysy. Nie jest to fatalny pomysł, a uczynienie oficera wojskowego twarzą nowej serii zabójczych maszyn ma sens.

Advertisement

Problem w tym, że rzeczony sierżant William Candy (grany przez Schwarzeneggera) jest kompletnym idiotą. Uśmiech wioskowego głupka, kreskówkowo przerysowany południowy akcent – trudno mi sobie wyobrazić lepszy sposób na zabicie grozy, którą T-800 wzbudzał w pierwszej i najlepszej części serii. Chcecie więcej? Jeden z ważniaków oglądających zapowiedź nowych maszyn do zabijania, stwierdza, że nie podoba mu się akcent Candy’ego, na co jeden z naukowców odpowiada mu głosem Schwarzeneggera: Naprawimy to. Jedno jest pewne – nic nie naprawiłoby szkód, jakie wyrządziłaby ta scena finalnej wersji Buntu maszyn.

Advertisement

Powrót do przyszłości – Obawy Marty’ego

Sukces Powrotu do przyszłości i jego sequeli to w dużej mierze zasługa sympatii, którą wzbudzają Marty i Doc. Z pewnością pozytywny obraz bohaterów mógłby nieco ucierpieć, gdyby pozostawiono w filmie rozmowę na temat udawanej randki Marty’ego z młodszą wersją jego matki. Doc sprzedaje mu bowiem dość obleśną radę, mrugając przy tym okiem i sprawiając wrażenie stereotypowego wuja z wąsem.

Marty zaczyna natomiast poważnie się obawiać czy całe to doświadczenie (które nazywa obmacywaniem własnej matki) nie zrobi z niego geja. Cała scena wywołuje zgrzytanie zębów i zarazem poczucie ulgi – całe szczęście, że nie zdecydowano się tego zachować.

Advertisement

Hobbit: Bitwa pięciu armii – Śmierć Alfrida

Niektórzy porównują trylogię Hobbita do prequeli Gwiezdnych wojen i nie można odmówić im racji w pewnych kwestiach. Nadmiar CGI, cukierkowatość i zatracenie magii oryginału – to niektóre z podobieństw. Kolejnym z nich jest fajtłapowata i mocno zbędna postać wprowadzona na potrzeby taniej komedii.

Tam mieliśmy Jar Jara, tutaj jest Alfrid. Porównując obu bohaterów można jednak poczuć wyrzuty sumienia w stosunku do niezdarnego Gunganina, gdyż w porównaniu z Alfridem to wspaniała i przezabawna istota, nie zasługująca na słowo krytyki. Alfrid jest bowiem tak żałosnym tworem, że niemal w pojedynkę rozwala on cały film, w którym postanowiono uczynić z niego tzw. comic relief. Od dialogów, przez grę aktorską i tandetny slapstick, aż po charakteryzację – to personifikacja słowa „żenada”. Większość scen z jego udziałem wypada jednakowo źle, a wisienką na tym zjełczałym torcie jest jego śmierć, którą wyciętą z wersji kinowej, po czym wrzucono do edycji rozszerzonej.

Advertisement

Panie, czego tam nie ma! Alfrid przebrany za kobietę (fani polskich kabaretów może docenią ten prześmieszny gag) i chowający się na katapulcie (wybitna kryjówka), troll wyglądający pięć razy gorzej niż w Drużynie pierścienia, laska Gandalfa, która psuje się jakby była sprzętem elektronicznym… Nawet nie chcę wiedzieć, co pomyśleli potomkowie Tolkiena, kiedy zobaczyli ten koszmar. Chcecie wiedzieć, jak to się kończy? Alfrid-idiota upuszcza monetę na mechanizm odpalający katapultę, a ta wystrzeliwuje go prosto do paszczy trolla, ratując przy tym bezbronnego bez swojej laski (wtf) Gandalfa. Wychodzi na to, że wielki czarodziej został ocalony przez wybryki skończonego jełopa, a całe Śródziemie byłoby w dupie gdyby nie Alfrid. Dramat.

https://www.youtube.com/watch?v=-fcJm1Slk2E

Advertisement

Pogromcy duchów – Duet bezdomnych

To był bardzo dziwny koncept. Bill Murray oraz Dan Aykroyd mieli bowiem się wcielić w dwóch pijanych bezdomnych, którzy spacerują parkiem i gadają o jakiś bzdurach. W zamierzeniu służyło to jako kontrast do ważnych wydarzeń reszty filmu, w praktyce wprowadzało zamieszanie.

Dlaczego ta para wygląda dokładnie jak dwójka głównych bohaterów? Czy to ich alternatywne wersje? Czy to duchy? Po co oni w ogóle są częścią tej historii? Te sceny prowokowałyby niepotrzebne pytania podczas seansu, ale nawet nie w tym problem – wypadają one zwyczajnie nieśmiesznie. Pewne pocieszenie stanowi fakt, że był to swoisty eksperyment reżysera i znanych z talentu do improwizacji aktorów. Nikt nie podchodził poważnie do idei wprowadzenia tych postaci do filmu, a pomysł dość szybko został przekreślony.

Advertisement

Hancock – Superorgazm

Sam pomysł pokazania problematyczności seksu uprawianego przez zwykłego śmiertelnika i osobę obdarzoną supermocami nie jest taki zły. Tutaj wypada to jednak jak głupkowata nastoletnia fantazja, a efektem jest dziwaczna i dość niezręczna (bardziej dla widza niż bohaterów) scena. Kiedy nawiedzona fanka namawia Hancocka, by ten po dżentelmeńsku przeleciał ją w swojej przyczepie, zapijaczony superbohater próbuje wyjaśnić jej, że to nie takie proste.

Kobieta nie słucha go i trudno jej się dziwić, facet nie jest zbyt przekonujący. Następnie słyszymy wybitnie fałszywe jęki rozkoszy i widzimy jak cała przyczepa lata na wszystkie strony, jakby w okolicy szalało przynajmniej 10,5 w skali Richtera (jakim cudem ta kobieta jeszcze jest w jednym kawałku?). W pewnym momencie Hancock ostrzega partnerkę o zbliżającym się finiszu, na co ta prawdopodobnie nie reaguje. Bohater w ostatniej chwili rzuca nią na drugi koniec przyczepy, a w suficie pojawiają się trzy duże dziury. Wszyscy dobrze wiemy, co je zrobiło, a zamiast poświęcać czas na niepasującą do reszty sceny próbę rozmowy między bohaterami, zadam pytanie, które musi nurtować i was: ile kobiet Hancock nieumyślnie zabił, zanim wyrobił sobie perfekcyjne wyczucie czasu i sygnałów wysyłanych przez jego ciało?

Advertisement

Terminator 2: Dzień sądu – Wizja przyszłości

Ta scena mogła położyć cały film. To zakończenie, w którym… Dzień sądu nie następuje a ludzie mają się świetnie. Obciachowa scenografia, potworna charakteryzacja Lindy Hamilton (większy potencjał na koszmary senne niż cała reszta filmu) i kiczowaty monolog – to wszystko traci jednak na znaczeniu w zestawieniu z fundamentalną prawdą – takie zakończenie nie ma najmniejszego sensu.

W świecie bez wojny z maszynami Kyle Reese nigdy nie zostaje wysłany do przeszłości a John Connor nie ma prawa się urodzić. Z drugiej strony nawet oryginalną fabułę pierwszej części trudno obronić pod kątem logiki, chyba że pomyślimy o alternatywnych linia… NIE, STOP. Nie dam się wciągnąć w wir szaleństwa, jakim jest rozpracowywanie czasowych harców w serii Terminator. To zakończenie okropnie gryzie się z pesymistyczną tonacją reszty filmu; właściwy sposób, by go zakończyć to niepewność, nie cukierkowość. Koniec tematu.

Advertisement

Jurassic World – Kamuflaż Claire

Jak ja się cieszę, że wycięto to w diabły. Wysmarowanie się odchodami dinozaurów w celu zamaskowania ludzkiego zapachu to niegłupi plan działania. Niestety pojawia się tu kretyński gag, w którym Claire traktuje ten pomysł zbyt dosłownie i babrze się tym świństwem od stóp do głów. Bohaterka chce poprzez to udowodnić Owenowi, że niestraszne jej niewygody i rozmaite obrzydliwości, a twórcy idą za ciosem i ukazują wspomnianą czynność babrania w sposób nacechowany. .. erotyzmem. Ostatecznie wychodzi na to, że oglądamy pokręconą scenę flirtu między Owenem i Claire, a ja jestem niezwykle ciekaw dyskusji poprzedzającej wywalenie tego kuriozum z filmu.

Advertisement

Gwiezdne wojny: Przebudzenie Mocy – Wyrwana ręka

Galaktyka to takie małe miejsce – kto by pomyślał, że Unkar Plott tak łatwo trafi na Rey, która uciekła z „jego statkiem” z Jakku? Szczerze wątpię, by Han i Chewie zostawili na pokładzie jakikolwiek nadajnik, który mógłby sprowadzić obleśnego złomiarza na ich ślad.

No ale nic to, nie takie przypadki widzieliśmy. Mój problem z tą sceną wynika z jej zakończenia, w którym to Chewie staje w obronie Rey i wyrywa rękę Unkarowi. Nie mam żadnego problemu z ukaraniem złomiarza, ale ta nagła brutalność wydaje się kompletnie nie pasować do tonacji sekwencji w kantynie (a właściwie to tonacji całego filmu). Bezpośrednie pokazanie oderwania kończyny, wrzaski Unkara – czuję tu po prostu zgrzyt i nawet nie uważam tej sceny za szczególnie głupią, raczej zbędną. Przed premierą filmu o Hanie Solo cieszyłem się z wycięcia tej sceny, ale ubolewałem nad utratą okazji do pokazania tej wspomnianej w Nowej nadziei umiejętności Wookiech. Na szczęście rzeczona produkcja naprawiła to i w znacznie bardziej adekwatny sposób wprowadziła do filmowego kanonu słynne wyrywanie rąk.

Advertisement

Kto wrobił królika Rogera? – Świński łeb

Oskarżony o szemraną próbę kradzieży bielizny bohater (Eddie grany przez wspaniałego Boba Hoskinsa) zostaje uprowadzony przez antagonistę, a następnego dnia wypuszczony z przerażającym rysunkowym świńskim łbem nałożonym na głowę.

Advertisement

Zdeformowany animowany ryj na dorosłym mężczyźnie wygląda jak połączenie sennego koszmaru i wizji na kwasie – z pewnością zafundowałoby to traumę niejednemu dziecku. Eddie podejmuje bardzo interesującą decyzję i bierze prysznic z użyciem potencjalnie niezwykle szkodliwej terpentyny (już sobie wyobrażam nieświadomych młodocianych naśladowców Eddiego), czego efektem jest rozpuszczenie się świńskiej głowy i kadr rodem z Coś Carpentera. Już same te obrazy są mocno niepokojące – dodajmy do tego fakt, że rysunkowy łeb wygląda na żywy i czujący byt, a otrzymamy naprawdę nieprzyjemną scenę, zwłaszcza w filmie dla młodszej widowni.

Advertisement

*Bonus: Transformers: Zemsta upadłych – Akademik i więcej mamy Sama

To durny film pełen durnych scen. Tutaj należałoby wyciąć przynajmniej czterdzieści minut materiału i wcale nie byłoby to gwarantem zauważalnej poprawy. Postanowiłem wyróżnić rozbudowaną sekwencję w akademiku, ponieważ uważam ją za fascynujące świadectwo kompletnego odrealnienia Michaela Baya.

To reżyser, który kręci wielomilionowe widowisko o odwiecznej wojnie między dwiema frakcjami robotów i gdzieś w trakcie tego procesu uznaje, że przeznaczy tysiące dolarów na nakręcenie, jak zidiociała matka protagonisty rozbija się naćpana po akademiku.

Advertisement
Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *