Publicystyka filmowa
Seriale, których fenomenu NIE ROZUMIEMY
SERIALE, KTÓRYCH FENOMENU NIE ROZUMIEMY to podróż przez najdziwniejsze hity telewizyjne, które zaskakują swoją popularnością i kontrowersjami.
Szybka piątka #115
Znacie to uczucie, kiedy ktoś poleca wam z całych sił serial, kolejne gremia przyznają mu coraz bardziej prestiżowe nagrody, całe narody przesiadują przed telewizorami, a wy… nie rozumiecie, o co całe to zamieszanie? Cóż, my też.
Odys Korczyński
- Przyjaciele – być jak przyjaciele – tak zapewne myślało wielu młodych ludzi łaknących niezależności i wiążących się z nią profitów. To jednak tylko filmowa mrzonka, w rzeczywistości nie jest tak śmiesznie, gdy trzeba zarobić na siebie samemu. Przyjaciele jednak dzięki temu nawiązaniu i dobrym targetowaniu grupy docelowej zyskali ogromną popularność. Są nieco podobni do Seksu w wielkim mieście, czyli serialu kierowanego do kobiet spragnionych niezależności i zamożnego stylu życia.
A w praktyce to nudnawy sitcom bez przerwy o tym samym, czyli z tą samą kanapą.
- Ekstradycja – co to był za hit video. W wypożyczalniach stały kolejki klientów. Mówiono, że od lat nie było tak dobrego serialu kryminalnego, a niektórzy twierdzili, że kręcimy iście po amerykańsku. Popularność Ekstradycji zasadzała się na zmianie w naszej postkomunistycznej rzeczywistości. Zachodnia zbrodnia dotarła do nas komercyjnie. Pojawił się Stan Tymiński, teczki, jawne było mieszanie się szemranego biznesu z polityką.
Ot, cały kapitalizm. Wszystko to przykryło przeciętność realizacyjną serialu Wojciecha Wójcika. Gdyby nie charyzmatyczny Marek Kondrat, zostałby jedynie cień filmu.
- Ranczo – rozumiem nakręcenie jednego sezonu, no maksymalnie dwóch, ale dziesięć plus jedenasty jeszcze nie opublikowany? Każda seria jest mniej więcej o tym samym, czyli o konflikcie braci. Jeden jest zły – oczywiście to cywil, przedstawiciel lokalnej władzy, a drugi dobry – ksiądz z lokalnej parafii. Jak się można było spodziewać, obecna ekipa z TVP zechciała go reaktywować.
Zmyślny, propagandowy zabieg.
- Zagubieni – historia Robinsona Crusoe fascynuje nas od dziesięcioleci. Stąd pewnie różne, mniej lub bardziej udane i bliskie jej klony. Zagubieni to serial po mistrzowsku realizujący serialową zasadę narracji, polegającą na maksymalnym rozwleczeniu historii np. poprzez retrospekcje, niekończące się wałkowanie jakiejś tajemnicy czy osobiste rozterki bohaterów. Dzięki temu mieszczącą się na jednej stronie fabułą można obdzielić kilkadziesiąt odcinków.
Okropna nuda.
- The Walking Dead – trudno w to uwierzyć, ale serial jest kręcony od 2010 roku i doczekał się 10 sezonów. Będzie z dziesięć lat, a zapewne i więcej z żywymi trupami. Trupy głupie i mądre, codzienne życie z trupami jako sąsiadami, relacje społeczne między trupami i tak dalej. Zrobiła się z tego mydlana opera. Trupy wciąż chodzą po staremu, gnijąc i słaniając się na nogach, a ludzie, jakby zatrzymani w czasie, walczą z nimi bez końca.
Czy trupy kiedyś się wyczerpią? W końcu liczba martwych ludzi była przecież ograniczona.
Jacek Lubiński
- Stranger Things – niby fajne patrzydło, ale od samego początku to takie 80’s wannabe, które trąci fałszem właśnie dlatego, że tylko udaje tamten okres, zatracając gdzieś wyjątkowość filmów i seriali ówcześnie powstałych.
Obejrzałem pierwszy sezon i wcale nie miałem ochoty kontynuować tej przygody, bo właściwie nic mnie w niej nie porwało.
- Opowieść podręcznej – serial wyraźnie powstały pod konkretną tezę, z odgórnie narzuconym przekazem, któremu chce koniecznie sprostać. Zapadające w pamięć stroje bohaterek już chyba na stałe weszły do popkultury jako symbol ucisku, lecz serial jako taki pozostaje nieprzekonującym, mało wiarygodnym i ogólnie pustym w środku fenomenem, który mnie raczej odrzuca, niż zachęca.
- Klan (i inne telenowele) – chyba nigdy nie pojmę oglądania mydlanych oper jako takich. Niemniej o ile jeszcze kupuję Dynastię czy inne Dallas, tak już poziom oraz, tym bardziej, popularność Ryśków oraz Hanek wjeżdżających w kartony pozostaje dla mnie zagadką. Kompletna strata czasu.
- Daredevil (i inne seriale Marvela) – rzeczy, które cierpią na tym, że mają fajny pomysł wyjściowy oraz zawiązanie akcji i całkiem niezłe pierwsze odcinki, ale im dalej w las, tym bardziej staje się to wszystko zwyczajnie idiotyczne, niezgrabnie łączące pogaduszki o życiu z typowo telewizyjnymi scenami akcji i zupełnie niewykorzystujące swoich herosów.
Do tego ten mrok wciśnięty w bezpieczną ramówkę dla każdego, co szkodzi zwłaszcza Punisherowi, który przez większość czasu niańczy rodzinę innego faceta. Meh!
- Brooklyn 9-9 – urocze i energiczne. Ale to w sumie byłoby na tyle. Nie jest to ani nic specjalnie świeżego, ani przesadnie zabawnego, a i zagrane jest raczej na jednostajnej nucie. O ile więc niektóre żarty są naprawdę trafione, o tyle postaci i cała ta błazenada zaczynają po pewnym czasie drażnić, a ostatecznie szybko rozchodzą się po kościach.
Mikołaj Lewalski
- Teoria wielkiego podrywu – to być może najbardziej nieśmieszna komedia, jaką miałem okazję obejrzeć. Humor przez większość czasu jest boleśnie drętwy i nieudolnie pozujący na inteligentny, a fatalnie zaimplementowany śmiech z taśmy (coś, co Przyjaciele zrobili znacznie lepiej) potęguje uczucie zażenowania. Nie poznałem bohaterów na tyle dobrze, żeby się wypowiedzieć na ich temat, ale Sheldon wydaje się bardziej irytujący niż cała armia Jar Jar Binksów (czas na śmiech z taśmy, w końcu nawiązałem do kultury geekowskiej!)
- Downton Abbey – nie darzę tego serialu jakąś szczególną antypatią, po prostu kompletnie nie rozumiem zainteresowania, jakim darzone są perypetie angielskiej arystokracji.
Być może wynika to z mojej niechęci do natłoku zbędnych słów, którymi w tego typu produkcjach zalewają nas Brytyjczycy, ich pasywnej agresji i fałszywej uprzejmości przełamywanej nieśmiałym sarkazmem. Chociaż kto wie, może coś mi tu umyka?
- Sherlock – Benedict Cumberbatch i Martin Freeman tworzą prawdziwie wspaniały duet. Za samym serialem również przepadam, a lata temu byłem nim niezwykle podekscytowany. Z perspektywy czasu coraz bardziej czuję, jakbym (podobnie jak większość świata) dał się omamić świetnemu aktorstwu, które odwróciło moją uwagę od przeciętnej reszty.
Okropny patos i nadęcie, z każdym kolejnym sezonem coraz częściej zakradające się na ekran, dziury fabularne i gwałty na logice – to jedna z tych produkcji, które w pewnym momencie zaczynają sprawiać wrażenie zakochanych w sobie.
- Gra o tron – kolejny serial, który sam oglądałem od początku do samego końca. Uważam jednak, że przebłyski geniuszu tej produkcji HBO skończyły się w sezonie trzecim, a dalej był on tylko i aż dobrą rozrywką (do czasu). Pierwsze miejsca w internetowych rankingach i głosy twierdzące, że to największe osiągnięcie w historii telewizji (poza produkcyjnym rozmachem) to jakieś nieporozumienie.
To po prostu świetnie nakręcone fantasy, które kiedyś raczyło nas porządnym scenariuszem i wiarygodnym rozwojem bohaterów. To trochę za mało, żeby konkurować chociażby z takim Breaking Bad.
- Rick i Morty – NIE BIJCIE, NIE KRZYCZCIE, TO NAPRAWDĘ DOBRY SERIAL. Chociaż większość wydarzeń z dotychczasowych sezonów uleciała mi z głowy bardzo szybko po seansie i bez jakiejś powtórki nie będę miał zielonego pojęcia, o co chodzi w zbliżającej się serii. Oglądając Ricka i Morty’ego, bawiłem się bardzo dobrze, ale na próżno tu szukać poziomu satyry South Parka czy głębi i dramatyzmu BoJacka Horsemana. To udana i zwariowana produkcja, która w moich oczach nie zasługuje na uwielbienie, z jakim się spotyka.
Tomasz Raczkowski
- Rodzinka.pl – naprawdę nie rozumiem, co jest w tym serialu, co przyciąga i utrzymuje przy sobie widzów. Ba, nie rozumiem nawet, czym ten serial jest – sitcomem?, zbiorem skeczy?, satyrą?, parodią komedii rodzinnych? Ogrywany w nieskończoność banał o konflikcie pokoleń nigdy nie był tu nawet bliski bycia ani prawdziwym, ani zabawnym.
Na dokładkę aktorzy (bez wyjątku wszyscy, nawet gdzie indziej świetni Jacek Braciak i Agata Kulesza) nie tyle grają tu „po bandzie”, co zaczynają grać daleko poza nią i budują (powiedzmy) postacie wyjątkowo niesympatycznie przerysowane. Choć trudno mieć do nich pretensje, że nie przykładają się do tak jałowego tekstu. Ale mogliby przynajmniej nie krzyczeć.
- Pitbull – ten serial jest w porządku. Ma swoje zalety, ma swoją charakterystyczną estetykę i wyróżniającą go spośród gatunkowego zbiorowiska bliskość realiów. Ale równocześnie dzieło Patryka Vegi ma swoje wady – mówiąc wprost, jest momentami niechlujny, a pod zużywającym się dość szybko superrealizmem niewiele jest porządnej jakości dramaturgii czy intrygi.
Lubię Pitbulla (sezony 1–2, trzeci jest zupełnie niestrawny), ale nie rozumiem obwoływania go najlepszym polskim serialem z nurtu kryminalno-gangstersko-policyjnego.
- Wspaniałe stulecie – będę jednym z pierwszych, którzy przyznają, że historia Imperium Osmańskiego (podobnie jak wielu innych mocarstw praktycznie nieobecnych w naszych podręcznikach historii) jest fascynująca. I rozumiem, że gdy nagle dostajemy rozbudowaną wizję telewizyjną tych serialowych dziejów, może to zaintrygować. Ale chyba nie do stopnia, w którym nawet ci widzowie, którzy na ogół stronią o telenoweli, z wypiekami śledzą ni mniej, ni więcej, tylko operę mydlaną w historycznych kostiumach? Fenomen Wspaniałego stulecia w Polsce jest dla mnie zagadką, bo trudno mi uwierzyć, że aż tak zadziałał tu mechanizm fascynacji egzotyką.
- Teoria wielkiego podrywu – próbowałem zaprzyjaźnić się z tym serialem, ale się poddałem. Nie chodzi nawet o poziom żartów, które bywały nawet niezłe, ale Teorii… brakuje tego, co cechować powinno dobry sitcom – grupy bohaterów, z którymi można się zżyć i wśród których po kilku odcinkach czuć się można jak u dobrych znajomych. Tymczasem tutaj twórcy tak „podkręcili” dziwactwa głównych bohaterów, że stracili oni ludzki urok. Nawet Charlie Harper z poprzedniego dużego projektu Chucka Lorre, choć był chodzącą karykaturą, był też na pewnym poziomie fajnym gościem, do którego czuło się sympatię.
Postacie z Teorii wielkiego podrywu tylko irytują.
- Ucho prezesa – początkowe epizody były nawet zabawne jako skecze. Ale im dłużej to trwało, tym bardziej było to nudne. Właściwie gdzie tu satyra, jeśli postacie polityków i zdarzenia przepisane są wprost, z imienia, nazwiska i przebiegu z aktualnych gazet i newsów? Co jakiś czas w tym mało błyskotliwym komentarzu do bieżących zdarzeń pojawiał się dobry żart, ale po jakimś czasie przestało mi się chcieć je wyławiać z tej ociężałej od dosłowności kryptolaurki dla tytułowego wodza.
Filip Pęziński
- Jak poznałem waszą matkę – obejrzałem ten popularny sitcom kilka lat po premierze ostatniego odcinka, i to obejrzałem od deski do deski, bawiąc się przy tym miejscami całkiem nieźle. Wciąż jednak nie rozumiem jego fenomenu, bo to rzecz miejscami bardzo mnie męcząca przez a) tezę, że albo znajdziesz sobie drugą połówkę i założysz z nią rodzinę, albo NIGDY nie będziesz szczęśliwy, b) okropny, obecny w każdym odcinku seksizm i c) przedstawianie różnych form wykorzystywania oraz stalkingu jako czegoś pozytywnego/zabawnego.
No i ten żenujący finał.
- Gra o tron – kolejny po Jak poznałem waszą matkę serial, który obejrzałem w całości (a zatem czemu marudzę?!), tym razem premierowy. Tydzień po tygodniu, rok po roku. Niestety, zgodzę się z kolegą Mikołajem, że zapał twórcom szybko się wyczerpał (ja uważam, że jeszcze czwarty sezon był bardzo dobry), a szybko produkcja zawędrowała w stronę nieznośnej, nudnej głupoty. Wszystkie nagrody świata, potężny fandom i nazywanie dzieci imieniem Królowej Smoków? A przestańcie. To niezłe fantasy, nic więcej.
- Teoria wielkiego podrywu – jako rozkochany w popkulturze nerd miałem nazwać serial idealnym, po kilku próbach nazwałem nieoglądalnym, antyśmiesznym zakalcem.
Ciarki zażenowania przechodzą mnie za każdym razem, gdy słyszę słowo „bazinga”. W naszym zestawieniu występuje po raz trzeci. I dobrze!
- Green Arrow (i cała reszta serialowego świata DC) – nie, po prostu nie. Kiczowata, źle napisana i kiepsko zagrana interpretacja świata komiksów DC. Nawet produkcje względnie udane (Flash!) szybko wędrowały w stronę absurdu i tandety, które nie pozwalały nazwać ich nawet guilty pleasure. Dlaczego wciąż powstają kolejne sezony kolejnych tytułów? Nie mam pojęcia. Nawet dla fana pierwowzorów nie powinien to być akceptowalny poziom rozrywki.
- Agenci T.A.R.C.Z.Y. – powstało sześć sezonów tego serialu, które razem dały nam 123 odcinki. Ja wytrzymałem PÓŁTORA. Można być fanem Kinowego Uniwersum Marvela, ale serial wciąż jest nieoglądalny.
