Publicystyka filmowa
GODLESS
W Dzikim Zachodzie, gdzie prawo jest fikcją, miniserial GODLESS snuje opowieść o bezprawiu, zemście i odwadze w mrocznych czasach.
Od jakiegoś czasu korporacja Netflixa coraz prężniej radzi sobie na serialowym rynku, z wolna zagrażając dotychczasowej pozycji HBO. I podczas gdy ten ostatni gigant z powodzeniem odcina kupony od już wypracowanych marek, Netflix z różnym, generalnie udanym skutkiem eksploruje kolejne tereny pod nowe cykle. W mającej swoją premierę 22 listopada tego roku miniserii Godless sięga do starego, dobrego Dzikiego Zachodu. Niestety czyni to z typowym dla XXI wieku podejściem…
Mamy rok 1884. Echa wojny secesyjnej dawno już zatem przebrzmiały i formujące się wciąż Stany Zjednoczone nawiedzają inne problemy, wśród których prym wiedzie zwłaszcza bezprawie. W Kolorado (zgrabnie udawanym tym razem przez Nowy Meksyk, gdzie toczy się wszak większość głównej akcji) symbolizuje je przede wszystkim licząca sobie ponad trzydziestu chłopa, okrutna banda Franka Griffina (wspaniały Jeff Daniels, który pomyka na dokładnie tym samym koniu, co kilka lat wcześniej jego imiennik w Prawdziwym męstwie). Krwawym tropem gangu podąża szeryf federalny John Cook (niezawodny Sam Waterston).
Tymczasem na obrzeżach zapomnianego przez Boga, górniczego miasteczka La Belle pojawia się ranny nieznajomy (solidny, „niezłomny” Jack O’Connell). Jak nietrudno się domyślić, od tej pory nad mieściną krążyć zaczną coraz czarniejsze chmury, a konotacje pomiędzy jednym a drugim nie pozostaną bez znaczenia…
Opis jest lekko enigmatyczny, ale serial to krótki, gdyż liczący sobie zaledwie siedem odcinków, zatem im mniej o nim wiemy, tym lepiej. Zresztą, paradoksalnie, to właśnie na samym początku Godless robi największe wrażenie. Jest tajemniczo, krwawo, posępnie i naprawdę mrocznie, a niektóre sekwencje – wliczając w to cały, mocarny prolog – robią spore wrażenie i bez problemu wbijają się w pamięć. Na tym etapie obietnica zawarta w hasełku reklamowym: „Welcome to no man’s land” („Witamy na ziemi niczyjej”) zostaje zatem spełniona z nawiązką. Tym większa szkoda, że im dalej w las, tym twórcy – a są nimi Scott Frank i producent Steven Soderbergh – coraz bardziej rozmieniają się na drobne, jakby zapominając o tym, jak znakomicie rozpoczęli swoją wędrówkę. I w jak doborowym towarzystwie…
Pierwszym, co bowiem rzuca się w oczy, to świetny, a przy tym dość nieoczywisty casting. To właśnie nim głównie Godless stoi, tym broni się na niemal każdej płaszczyźnie. Oprócz wspomnianej wyżej trójki perfekcyjnie obsadzonych panów, na ekranie podziwiać możemy talent kilku różnych pokoleń – Michelle Dockery (Downton Abbey), Scoot McNairy (Operacja Argo), Merritt Wever (Siostra Jackie), Jessica Sula (podobnie jak O’Connell zaczynająca karierę od serialu Kumple), Tantoo Cardinal (Tańczący z Wilkami), Kim Coates (Synowie Anarchii czy choćby Bezprawie Kevina Costnera), Erik LaRay Harvey (Luke Cage), Rob Morgan (Mudbound) oraz znany dotychczas głównie z To właśnie miłość Thomas Brodie-Sangster, którego cwaniakowaty, szybkostrzelny zastępca szeryfa stanowi prawdziwą wisienkę na tym torcie znakomitości i zarazem bodaj najfajniejszego (a przynajmniej najbardziej sympatycznego) bohatera serii.
Zresztą także i pod tym względem trudno kręcić nosem, bo Netflixową prerię zaludnia na najdalszym nawet planie cała gama ciekawych, niejednoznacznych i różnorodnych postaci – generalnie standardowa dla gatunku galeria indywiduów, w których jednakże wprawny scenariusz i stojące za nimi twarze pozwalają tchnąć prawdziwe życie oraz głębię. Ten „sielski” obrazek uzupełnia także wprawna, ciesząca oko strona techniczna, na czele ze scenografią (Carlos Barbosa, David J. Bomba i Carla Curry), kostiumami (Betsy Heimann), zdjęciami (Steven Meizler) oraz muzyką (Carlos Rafael Rivera, acz warto nadmienić, że producentem ścieżki dźwiękowej jest sam T Bone Burnett). Do tego dochodzi jeszcze zgrabna, klimatyczna czołówka oraz kilka momentów prawdziwej chwały, których nie powstydziliby się zarówno John Ford, jak i Sam Peckinpah.
Niestety gdzieś w połowie Godless szybko zaczyna coraz bardziej zgrzytać, wytracając przy okazji tempo i ostatecznie podzielając casus niedawnego Tabu, czyli stając się przestylizowaną do granic błahostką. Siedem i pół godziny czasu ekranowego to stosunkowo niedużo jak na telewizyjne standardy. Jednak głównej intrygi nie starcza tu nawet na połowę tego, więc Godless robi się z każdym kolejnym odcinkiem coraz bardziej nieznośnie rozwleczone, nużące i pełne nieprzystających do siebie wątków, które rozmywają clou historii.
Bezsensowny jest tu zresztą podział materiału na wahające się od 40 do 80 minut epizody, z których przynajmniej dwa stanowią jedynie puste wypełniacze, nijak nie popychające akcji do przodu. Dość napisać, że na te siedem rozdziałów przypada aż pięć wątków romantycznych (!), a z nich jakiekolwiek zaczepienie w fabule i głębszy sens ma tak naprawdę tylko jeden.
Co gorsza z jakichś przyczyn twórcy postanowili przemycić do XIX-wiecznego świata współczesne troski. Nieraz więc w Godless mimochodem poruszone zostają WAŻNE kwestie feministyczne, rasowe i seksualne. Nie byłoby w tym oczywiście nic złego, gdyby nie fakt, że z reguły mają się do głównej intrygi jak pięść do nosa – dosłownie. A połączone z odgórnie bezpiecznymi schematami i niemal kompletnym brakiem tak zwanego mięsa wypadają naprawdę kiepsko. Warto tu bowiem wspomnieć, że Dziki Zachód w wersji Netflixa jest dziki jedynie z nazwy. Tutaj każdy drab zaczyna zdanie od „yes, ma’am”, a kończy je „thank you, ma’am”; niemal wszyscy osobnicy rodzaju męskiego stojący po stronie dobra są niedorajdami lub postępują jak debile; ci źli są źli, bo tak i już, wobec czego nie przeszkadza im w przerwie pomiędzy plądrowaniem wiosek wspomagać potrzebujących; a otwarcie prowadzone związki pomiędzy osobami tej samej płci lub dwóch różnych ras pozostają bez żadnych konsekwencji. A skoro tak, to po co w ogóle je poruszać?
Zresztą w Godless wielokrotnie akcja nie tylko nie wywołuje reakcji, ale też próbuje się upiec zbyt wiele pieczeni na jednym ogniu, co pokazuje, że nie był to tak do końca przemyślany projekt. Skutkuje to tym, że z pomiędzy przejmujących i/lub mrożących krew w żyłach scen potrafi wyskoczyć czysta komedia, a „dorosłą” opowieść o (między innymi) zemście, pieniądzach i przeznaczeniu przerywa radosna historyjka o… dorastaniu i pierwszej miłości. Tym samym serii zwyczajnie brakuje konsekwencji w utrzymaniu dramaturgii oraz rozwoju postaci. To, co w teorii miało budować relacje danego świata lub zahartować charaktery, odbija się im czkawką, marnuje ich potencjał (także obsadowy) i neguje jakąkolwiek wiarygodność.
Najlepszym przykładem jest tu chyba Coates, który gra właściwie to samo, co zawsze, czyli rasowego sukinsyna gotowego zabić własną matkę za parę dolców. Niestety ta reputacja nie przekłada się nijak na czyny. Co prawda podobną rolę aktor zagrał już u wspomnianego Costnera (gdzie nawet ubrany jest tak samo!), jednak tam wiązało się to z ważnym twistem i zerwaniem z przyzwyczajeniami, a tutaj to po prostu kolejny pusty kapelusz w obsadzie. I bynajmniej niejedyny plączący się po ekranie bez większego celu.
Dzięki oparciu narracji na bezustannych retrospekcjach, twórcy z łatwością palą także swój największy skarb – niesamowity klimat. To, co początkowo pozostaje jedynie w domyśle, wydatnie podsycając oczekiwania, kreując napięcie i specyficzną aurę wokół najważniejszych bohaterów oraz pobudzając wyobraźnię, koniec końców zostaje nam wyłożone w najdrobniejszych szczegółach za pomocą łopaty (serio, w niektórych scenach zabrakło jedynie strzałek, które mogłyby upewnić nas w tym, że na pewno nic nie przegapiliśmy). Zero jakiegokolwiek podtrzymania tajemnicy – zamiast tego czysta sztampa, mnóstwo wygodnych rozwiązań scenariuszowych, zbiegów okoliczności i, przede wszystkim, rosnąca z każdą minutą przewidywalność dalszego ciągu.
Zresztą główny wątek i tak okazuje się pozbawiony konkretnej puenty, błahy i jałowy niczym ziemia, po której stąpają mieszkańcy La Belle. A całość nie ma tylko nie przekazuje sobą nic konkretnego, nie niesie żadnych typowych dla gatunku mądrości, ale wręcz nie ma za grosz sensu.
Przysłowiowym gwoździem do trumny jest tu zresztą wyczekiwana od samego początku ostateczna konfrontacja, czyli coś, co mogło uratować sytuację oraz rozwiać wszelkie wątpliwości, ale zamiast tego boleśnie spada z hukiem z konia, zabijając na dobre wszystkie dotychczasowe pozytywne odczucia. Finał jest po prostu idiotyczny – jakąkolwiek logikę wydarzeń i psychologię postaci porzuca na rzecz ferii efektownych popisów kaskaderskich, budzących grozę swą bezmyślnością decyzji bohaterów, bijącej po oczach CGI krwi oraz kompletnie zbędnego slo-motion. Wespół z nastrojowym, ale ckliwym i wręcz rutynowym epilogiem dopełnia obrazu kolejnej zaprzepaszczonej szansy na naprawdę niecodzienne doświadczenie.
Przykro to pisać, lecz Godless sromotnie rozczarowuje i zamiast budzić długotrwałe emocje, szybko rozmywa się w towarzyszącej mu poniekąd od pierwszych kadrów „mgle” (w tych ostatnich właściwie udającą ocean – sic!).
Największą wartością serialu jest zatem możliwość jeszcze większego docenienia klasycznych, powstałych niby współcześnie, ale jakby w zupełnie innej erze poprzedników, gdzie zasługi nie miały żadnego znaczenia, a po faktycznie opuszczonej przez Boga prerii pomykali prawdziwie twardzi ludzie (w tym również kobiety), którzy nic nikomu nie musieli udowadniać i zamiast popisowego kręcenia bronią młynków po prostu z niej strzelali – najczęściej bez ostrzeżenia i celnie. W Godless huk wystrzałów potrafi momentami nieść się naprawdę daleko. Jednak co z tego, skoro większość kul trafia w płot i po całej kanonadzie jedynie łeb pęka, nie serce.
korekta: Kornelia Farynowska
