Seriale TV

CASTLE ROCK. Recenzja 1. sezonu

Serial czerpiący z twórczości Stephena Kinga, ale "kingowskości" dziwnie pozbawiony. Pomimo paru przebłysków geniuszu nie warto.

Autor: Krzysztof Walecki
opublikowano

Makieta miasta

Pierwsze pytanie, jakie warto sobie zadać po obejrzeniu pierwszego sezonu Castle Rock, powinno dotyczyć tego, jak mocno serial ewokuje twórczość Stephena Kinga, która jest przecież głównym źródłem inspiracji. Tytułowe miasteczko zostało wymyślone przez słynnego pisarza, w przeszłości umieszczającego akcję swych książek właśnie w Castle Rock. I rzeczywiście – w 10-odcinkowym sezonie znajdziemy wzmianki o morderczym bernardynie i Jacku Torransie, w więzieniu Shawshank spędzimy kilka epizodów, a jednym z naszych przewodników po tym świecie będzie Alan Pangborn, główny bohater Sklepiku z marzeniami. Ale im więcej tych znajomych elementów się pojawia, tym serial bardziej frustruje. Bo choć tytuł nosi nazwę miasta, to traktowane jest po macoszemu, bardziej jak makieta niż żyjący organizm; bo pomimo podobieństwa punktu wyjścia z twórczością Kinga narracja prowadzona jest w całkiem innej manierze niż u niego; w końcu, bo choć serial sygnowany jest nazwiskiem króla horroru, to, czego w nim brakuje, to właśnie groza.

Pozornie wszystko jest na swoim miejscu – wraz z odejściem starego dyrektora więzienia Shawshank (i jego szybkim, makabrycznym samobójstwem) ujawniony zostaje sekret placówki. W nieczynnym bloku jeden ze strażników znajduje uwięzionego w klatce młodego mężczyznę, który zachowuje się, jakby świata nie widział od lat, a jego jedyne słowa to „Henry Deaver”. Zostaje zatem wezwany Henry Deaver, obrońca skazanych na śmierć, a przy okazji dawny mieszkaniec Castle Rock, niezbyt popularny ze względu na swą zagadkową przeszłość. Ale szybko widzimy, że jego bezimienny klient ma złowieszczy wpływ na tych, z którymi się styka, a komentarz zza kadru nieżyjącego już dyrektora Shawshank jasno wskazuje, że człowiek z klatki to diabeł w ludzkiej skórze.

Problemem serialu, który ma czerpać z twórczości Kinga, jest szafowanie jej elementami bez chęci zrozumienia, na czym polega specyfika jego prozy.

Wiemy, co będzie później – stopniowy upadek miasta i społeczności, która wobec złego (pod postacią dziwnie wyglądającego człowieka bądź klątwy, która ma ciążyć nad Castle Rock) zaczyna niszczeć. Nie tu. To prawda, że odcinek czwarty kończy się szaleństwem jednej z postaci i jej krwawym pochodem, a nieco później nowo przybyłe małżeństwo szybko zamienia swój hotelik w miejsce ostatecznego spoczynku dla gości, ale są to dziwnie odosobnione przypadki, mające większy wpływ na głównego bohatera niż miasto. Nie oglądamy dezintegracji więzów międzyludzkich, tętniącego życiem miejsca, które nagle zaczyna przypominać wymarłą mieścinę, być może dlatego, że już w pierwszym odcinku Castle Rock jawi się jako smutna, pozbawiona perspektyw dziura. Coś w tym względzie chce zmienić handlująca nieruchomościami Molly Strand, lecz jej działania, po udanym występie w telewizyjnym programie, nie mają ciągu dalszego. Podobnie problem kobiety z używkami – choć ten jest wynikiem nieradzenia sobie z fantastycznym darem, jaki posiada, nie ma to większego przełożenia na fabułę, ani rozwój tej postaci. Innym razem spotykamy Jackie Torrance, siostrzenicę słynnego Jacka – czy mamy rozumieć, że geny dadzą o sobie w pewnym momencie znać i ona oszaleje, a następnie chwyci za wielki młot bądź siekierę, aby siać zamęt i śmierć? Nie tu, a przynajmniej nie do końca. Problemem serialu, który ma czerpać z twórczości Kinga, jest szafowanie jej elementami bez chęci zrozumienia, na czym polega specyfika jego prozy.

Można oczywiście próbować odwrócić znajome sytuacje i motywy, aby zaprezentować coś świeżego, lecz Sam Shaw i Dustin Thomason, twórcy Castle Rock, kryją się ze swoimi najlepszymi pomysłami aż do samego końca sezonu. Tajemnica uwięzionego mężczyzny zostaje odkryta tak późno, że brakuje już czasu, aby cokolwiek interesującego z tym zrobić. Gdy w finale dochodzi do konfrontacji między nim a głównym bohaterem, ciekawsze od pojedynku (zakończonego zresztą elipsą) wydają się pytania o genezę zła. Grający więźnia Bill Skarsgård posiada pasywno-demoniczne oblicze, ale to wcale nie znaczy, że jest diabłem od urodzenia. Odcinek dziewiąty, w całości poświęcony jego bohaterowi, każe nam spojrzeć na całą fabułę zupełnie inaczej – to nie mityczny Zły rujnuje człowieka, lecz człowiek swymi czynami doprowadza do powstania Złego. Ale nawet ta myśl może zostać obalona, gdyż twórcy serialu ostatecznie wolą mnożyć pytania, niż chcieć na nie odpowiedzieć. Nie ma się czemu dziwić – jednym z producentów jest J.J. Abrams, odpowiedzialny w przeszłości za chociażby Zagubionych, gdzie liczyło się dzianie się, niekoniecznie z głową.

Być może tu leży największy problem, jaki mam z Castle Rock. Nie jest to serial dla fanów Stephena Kinga, lecz fanów seriali. Gdzie niespełna godzinna projekcja każdego odcinka służyć ma przede wszystkim jako podbudówka pod następny, a następny pod jeszcze kolejny itd. Brak tu wyraźnej dramaturgii, bo tam, gdzie kiedyś dzieło miało początek, rozwinięcie i zakończenie, teraz liczy się tylko to środkowe, a zakończenie odłożone jest na kolejny sezon. To nie kłopot, jeśli serial jest zajmujący, ale i na tym poletku Castle Rock przegrywa – wszystko jest tu powolne, pozbawione nerwu, przesadnie poważne, od samego początku czytelne. A gdy tajemnica jest nudna, nieważne, jak dobre będzie jej rozwiązanie.

Szkoda zwłaszcza dobrych aktorów, którzy albo nie mają czego grać (Jane Levy jako Jackie Torrance pojawia się i znika, a jej postać jest jakby dolepiona do głównej fabuły), albo męczą się w swych rolach (grający Henry’ego André Holland jest zbyt obojętny jak na głównego bohatera, a i Melanie Lynskey nie wie, jak ożywić swoją Molly). Wspomniany już Skarsgård, nie tak efektowny jak w zeszłorocznym To (to był Stephen King!), budzi uzasadnione obawy wyłącznie przez to, jak wygląda i spogląda spode łba. Bez szwanku wychodzą za to Scott Glenn i Sissy Spacek – on łączy szorstkość podeszłego wieku z zaskakującym ciepłem i troską, czyniąc z Pangborna prawdziwe serce serialu, ona zaś (legendarna Carrie z pierwszej ekranizacji Kinga) błyszczy przede wszystkim w odcinku siódmym, ukazującym jej zaburzoną perspektywę, lęk i niepewność przed tym, co jej postać myśli i czuje. Tylko dla tego jednego odcinka warto wymęczyć poprzednie sześć Castle Rock. Pozostają jednak jeszcze trzy.

King powiedział kiedyś, że nie pisze horrorów, tylko dramaty psychologiczne, które przy okazji są horrorami. Castle Rock próbuje tego samego, lecz chybia celu zarówno jako wnikliwy portret ludzi w zetknięciu nie tylko z nieznanym, ale zwłaszcza codziennością, jak i opowieść grozy. Ta jest tu w śladowych ilościach. I jeśli nowy serial mówi cokolwiek prawdziwego o twórczości Stephena Kinga, to chyba tylko, że niełatwo jest go kopiować. Diabeł tkwi w szczegółach.

Ostatnio dodane