Seriale TV

ALTERED CARBON. Recenzja drugiego sezonu serialu science fiction

Druga seria cyberpunkowego hitu rozczarowuje. Kręcona po kosztach nie ma już tego polotu, co w pierwszym sezonie.

Autor: Jakub Piwoński
opublikowano

Zmiany na gorsze

Popularność pierwszego sezonu Altered Carbon (także w Polsce) wynikła głównie z dwóch rzeczy. Nie dość, że serial w końcu rozciągnął przyjemność obcowania z cyberpunkowym światem na długie godziny, to jeszcze charakteryzował się przy tym nad wyraz intrygującym pomysłem wyjściowym. Mówiąc w skrócie, technologia daje tu nieśmiertelność, co generuje rozległe zmiany społeczne i… utrudnia prowadzenie śledztwa. Dodajmy do tego charyzmatycznego bohatera, intrygę, brutalność i seks, a wynikiem tego będzie jeden z silniej oddziałujących seriali science fiction ostatnich lat.

Ale muszę nieskromnie przyznać się do tego, że choć bardzo łatwo było mi zachłysnąć się tą pozytywną aurą produkcji Netflixa, to jednak w miarę upływu odcinków równie łatwo poczęło dominować we mnie znużenie. Czym? Po części fabułą, której w pewnym momencie wyczerpały się baterie, a po części stylistycznym natłokiem, dającym do zrozumienia, że przyszłość skąpana będzie w neonowej pstrokaciźnie. Szedłem jednak za bohaterem o twarzy Joela Kinnamana, bo zdołałem go polubić i ciekawiło mnie, jaki finał znajdzie draka, w którą on sam się wplątał.

Wiadomym było, że ten futurystyczny kryminał będzie kontynuowany, gdyż luźno oparty został o serię książek Richarda Morgana, liczącą trzy tomy. Z ochotą zasiadłem zatem do wyczekiwanego przeze mnie drugiego sezonu, ale, prawdę mówiąc, nie mogę tego seansu zaliczyć do udanych. Kontynuacja Altered Carbon rozczarowuje. Po tych ośmiu odcinkach, których obejrzenie wymagało ode mnie nie lada wytrwałości, wiem już na pewno to, co kiełkowało we mnie w trakcie oglądania sezonu pierwszego – że choć fabuła ma interesującą obudowę, ożywiającą iście transhumanistyczne założenia, to jednak swymi naiwnymi, a niejednokrotnie niedorzecznymi ruchami została wyprana z wszelkiej głębi. To po prostu zakamuflowany B-klasowiec, który tylko udaje coś ambitniejszego, budzący w dodatku częsty niesmak patetycznymi linijkami.

Nie wiem, czy jest sens dokładnie przytaczać to, o czym opowiada drugi sezon cyberpunkowego serialu Netflixa, gdyż generalnie da się to sprowadzić do stwierdzenia, iż kryminał ustąpił miejsca… melodramatowi. Odpowiednio brutalnemu rzecz jasna. Zamiast podjęcia kolejnego śledztwa, Takeshi Kovac musi tym razem zawalczyć o swój byt, przyjmując misję, której obietnicą jest ponowne spotkanie z Quellcrist Falconer – dawną emisariuszką, sprzymierzeńczynią i miłością. Sęk w tym, że akcja dzieje się trzydzieści lat od wydarzeń ukazanych w pierwszym sezonie, a Takeshi Kovac zdołał zmienić powłokę. Tym razem wciela się w niego znany z filmów MCU Anthony Mackie.

Choć aktor ten stwarza wrażenie całkiem sympatycznego faceta, to jednak w drugim sezonie Altered Carbon stanowi bodaj najsłabsze ogniwo. Dzięki niemu zrozumiałem, że to, co podtrzymywało moją uwagę w pierwszym sezonie, wiązało się głównie z charyzmą Kinnemana, razem z którym chciałem babrać się w brudzie zepsutego świata przyszłości. Mackie ma na swej twarzy wypisaną łagodność i nie pasuje do postaci o tak niejednoznacznym charakterze. Jest przy tym drętwy, nijaki i nawet nie stara się oddać dramatu postaci przygniecionej beznadzieją wiecznego życia, zagwarantowanego przez technologię. Nie czuć też absolutnie żadnej łączności między nim a bohaterem, którego zdołaliśmy polubić przy pierwszym zetknięciu z Altered Carbon.

Nie udało mi się dogrzebać do konkretnych danych, ale wiem, że budżet został w stosunku do sezonu pierwszego drastycznie zmniejszony. I co tu dużo mówić, widać to gołym okiem, w czym także upatruję ogromnego minusa tej produkcji. Akcja zazwyczaj rozgrywa się w zamkniętych pomieszczeniach, przez co można się domyślać, iż gros zdjęć przeprowadzono w studiu. Nie ma tu bodaj ani sekundy widoków z lotu ptaka, zwykle stanowiących przerywnik i ukazujących miejsce akcji z dystansu, budujących przy tych szerszą perspektywę. Nie ma tu bogatych dekoracji, miejsc i przestrzeni, które oddawałyby złożoność i koloryt tego dekadenckiego świata przyszłości. Skąpany w wiktoriańskiej stylistyce hotel znamy już z pierwszego sezonu, więc nie sposób, by robiło to jeszcze na nas wrażenie. Chciałoby się zobaczyć więcej z tego świata – pojazdy, domy, ludzi – ale najwyraźniej zabrakło na to pieniędzy.

Jakiś czas temu obejrzałem pierwszy odcinek nowego sezonu Westworld, konkurencyjnej dla Netflixa cyberpukowej produkcji stacji HBO, czym zresztą podzieliłem się z wami na łamach portalu. I muszę powiedzieć, że wizualny majestat tego serialu jest wciąż powalający, twórcy dbają w nim o najdrobniejsze szczegóły, co przekłada się na wiarygodność świata przedstawionego. Diabeł w tym wypadku zawsze tkwi w szczegółach. Altered Carbon w porównaniu do Westworld wygląda jak teatr telewizji. Jak tak dalej pójdzie i serial w dalszym ciągu będzie realizowany po kosztach, to nie wiem, czy jest sens w jego kontynuacji. Szkoda, potencjał w treści i formie był tu przecież ogromny.

Ostatnio dodane