Felietony

RELIGIA Z KOSMOSU. Refleksje po 1. sezonie WYCHOWANYCH PRZEZ WILKI, science fiction od Ridleya Scotta

Autor: Odys Korczyński
opublikowano

Nie mam zamiaru pisać laurki Ridleyowi Scottowi, bo wiele rzeczy mógł wraz z Aaronem Guzikowskim zrobić o wiele lepiej. Nie pierwszy raz poszedł za głosem pewnego rodzaju tandety intelektualnej, bo obawiał się, że grono odbiorców jego najnowszego serialu zbyt się ograniczy. A Scott na jesieni swojego życia chciał wreszcie w pełni wejść w buty filmowego proroka, z nadzieją, że dotrze do tych odbiorców, którzy nigdy zbytnio się fantastyką nie interesowali, i coś w nich poruszy, nawet za cenę łopatologicznie podanej ideologii. Wychowane przez wilki z jednej strony przypominają mi dość naiwny elementarz próbujący uczyć dorosłych racjonalnego myślenia i odrzucania zabobonów, podczas gdy ich edukacja ma już tak wielkie dziury, że nie da się ich niczym uzupełnić, a z drugiej szalenie odkrywczy i odważny filozoficznie serial powstały nie w tych czasach, w których powinien, a na pewno do końca niezrozumiały w naszej słowiańskiej, językowo-kulturowej grze. Niech więc zostanie kompromisowa ocena 7, chociaż za niektóre elementy wolałbym dać maksymalnie 4, a za niektóre nawet 10. Zobaczmy więc, co się jednemu z moich ukochanych reżyserów udało, a na czym zupełnie poległ.
Nowy typ religijności?

Tak naprawdę nie nowy, a zapomniany czy też wyparty lub zręcznie podporządkowany i skonwertowany. Wychowane przez wilki na każdym kroku starają się przypomnieć nam, KIM byliśmy, nim zastąpiliśmy naturalną dynamikę wiary trzymającą za mordę religią. Nie bez kozery mitraici wyglądają jak organizacja paramilitarna, wojskowy relikt plemiennego, małpiego korporacjonizmu uzasadnionego religijnie. Naszym głównym przewodnikiem w odnalezieniu źródeł ludzkiej skłonności do szukania niematerialnych przyczyn materialnych zjawisk powinien być najpierw Campion (Winta McGrath), a pod koniec sezonu Matka (Amanda Colin). Scott wraz z Guzikowskim i kilkoma innymi scenarzystami wymyślili sobie, że nakręcą ubrany w fatałaszki serialu lewicujący traktat moralizatorski na temat istoty człowieka. Mało tego, twórcy zaproponowali konkretną receptę, jak gatunek ludzki powinien się zachować, jeśli chce się ustrzec zagłady. Ateizm jest jedyną, racjonalną drogą do pokoju. Świat w Wychowanych przez wilki został podzielony na złych i dobrych, z tym że w każdej frakcji, zarówno u mitraitów, jak i androidów, występują jednostki wyłamujące się z etycznej oceny ideologii.

I tak źli są głównie ci, którzy należą do wyznawców Sola – a może lepiej powiedzieć zniewoleni. Złe w sensie zepsutej moralności są jednostki decyzyjne – czyli tzw. episkopat mitraickiego kościoła. Reszta to (jak nazwał ich Marcus) barany, z którymi można zrobić, co się chce, oczywiście w imię Sola, i nawet nie trzeba być za bardzo sprytnym. Od razu do głowy przychodzi mi nasz polski punkt oporu wobec wszelkiej racjonalnej wiedzy – czyli miasto Kraśnik. W sumie zrzeszający samych singli polski episkopat także by pasował. I właśnie o te szeregi chodziło znanemu ze swoich laickich poglądów Scottowi, rzecz jasna w wydaniu bardziej światowym i multireligijnym. Chrześcijaństwo jest zaledwie jednym z krytykowanych elementów, chociaż najbardziej w naszej kulturze znanym, bo na nią od dawna wpływającym.

Pomyli się również ten, kto zarzuci twórcom serialu ślepy ateizm. Pewne wypowiedzi Matki, wygłaszane z iście propagandowym, czerwonym zacięciem, zwłaszcza na początku, mogłyby o tym świadczyć, jednak mało kto z nas jest tzw. twardym ateistą, dotyczy to również syntetyków. Można być nieprzejednanym antyteistą, a nawet negować istnienie Boga. Będzie to jednak zawsze krytyka ludzkich instytucji, wizji i pojęć, nie swoich najgłębszych emocji. Poczucia, że coś nas przekracza, nie wyrugujemy z siebie. Również do pewnego stopnia wiary w różnego rodzaju gusła, przesądy i niematerialne elementy rzeczywistości. Stąd powrót w Wychowanych przez wilki do źródeł, bardzo uczuciowych, pierwotnych i jeszcze nienaznaczonych instytucjonalnym wyrachowaniem.

Taki czysty, pierwszy ze swego rodzaju na obcej planecie, jest Campion. Jego zachowanie wobec otoczenia jest harmonijne, elementarnie moralne, niemal bezinteresowne. Jednym z najważniejszych przejawów pierwotnie religijnego szacunku jest u Campiona ekologizm i traktowanie jako uduchowionych wszelkich istot żyjących wokół. Dlatego chłopiec sprzeciwia się zabiciu tajemniczego drapieżnika, którego Ojciec (Abubakar Salim) zamknął w spiżarni, żeby docelowo zaspokoić głód kolonistów. Dzieci z Arki patrzą na Campiona jak na szalonego odszczepieńca. Podobnie androidy, racjonalnie oceniające sytuację.

Zwierzęta nigdzie nie idą. Śmierć to dla nich koniec – jak mawia jedno z dzieci ukradzionych z Arki, chyba Paul, ale poprawcie mnie, jeśli pomyliłem go z Holly (Aasiya Shah). Twórcy wyraźnie piją tu do typowo chrześcijańskiego podejścia do wartości życia i poszanowania środowiska (na szczęście nie wszyscy chrześcijanie tak interpretują Biblię). Śmierć to koniec, a wyobrażenie wiecznego nieistnienia jest dla człowieka jednym z największych lęków, głównym motorem tworzenia religii jako takiej. Człowiek jest panem, co wynika z pism (księgi Sola, Biblia, Koran itp.). Posiada tzw. mandat, żeby podporządkowywać, a jednocześnie niszczyć otoczenie, w którym się znajduje, stąd taki stosunek do zwierząt, ale i wszelkich innych, uznanych za niższe ze względu na brak duszy, form życia, w tym androidów oraz, jak pokazuje chociażby nasza europejska historia, nawet kobiet. Campion się temu sprzeciwia. Dla niego świat jest pełen „bogów”, tak jak w starożytności np. dla Anaksymenesa.

Ostatnio dodane