Felietony - Cykle
RELIGIA Z KOSMOSU. Refleksje po 1. sezonie WYCHOWANYCH PRZEZ WILKI, science fiction od Ridleya Scotta
W serialu WYCHOWANE PRZEZ WILKI Ridleya Scotta spotykają się nauka i religia w niecodziennej podróży przez kosmiczne dylematy.
Nie mam zamiaru pisać laurki Ridleyowi Scottowi, bo wiele rzeczy mógł wraz z Aaronem Guzikowskim zrobić o wiele lepiej. Nie pierwszy raz poszedł za głosem pewnego rodzaju tandety intelektualnej, bo obawiał się, że grono odbiorców jego najnowszego serialu zbyt się ograniczy. A Scott na jesieni swojego życia chciał wreszcie w pełni wejść w buty filmowego proroka, z nadzieją, że dotrze do tych odbiorców, którzy nigdy zbytnio się fantastyką nie interesowali, i coś w nich poruszy, nawet za cenę łopatologicznie podanej ideologii.
Wychowane przez wilki z jednej strony przypominają mi dość naiwny elementarz próbujący uczyć dorosłych racjonalnego myślenia i odrzucania zabobonów, podczas gdy ich edukacja ma już tak wielkie dziury, że nie da się ich niczym uzupełnić, a z drugiej szalenie odkrywczy i odważny filozoficznie serial powstały nie w tych czasach, w których powinien, a na pewno do końca niezrozumiały w naszej słowiańskiej, językowo-kulturowej grze. Niech więc zostanie kompromisowa ocena 7, chociaż za niektóre elementy wolałbym dać maksymalnie 4, a za niektóre nawet 10.
Zobaczmy więc, co się jednemu z moich ukochanych reżyserów udało, a na czym zupełnie poległ.
Nowy typ religijności?
Tak naprawdę nie nowy, a zapomniany czy też wyparty lub zręcznie podporządkowany i skonwertowany. Wychowane przez wilki na każdym kroku starają się przypomnieć nam, KIM byliśmy, nim zastąpiliśmy naturalną dynamikę wiary trzymającą za mordę religią.
Nie bez kozery mitraici wyglądają jak organizacja paramilitarna, wojskowy relikt plemiennego, małpiego korporacjonizmu uzasadnionego religijnie. Naszym głównym przewodnikiem w odnalezieniu źródeł ludzkiej skłonności do szukania niematerialnych przyczyn materialnych zjawisk powinien być najpierw Campion (Winta McGrath), a pod koniec sezonu Matka (Amanda Colin). Scott wraz z Guzikowskim i kilkoma innymi scenarzystami wymyślili sobie, że nakręcą ubrany w fatałaszki serialu lewicujący traktat moralizatorski na temat istoty człowieka. Mało tego, twórcy zaproponowali konkretną receptę, jak gatunek ludzki powinien się zachować, jeśli chce się ustrzec zagłady.
Ateizm jest jedyną, racjonalną drogą do pokoju. Świat w Wychowanych przez wilki został podzielony na złych i dobrych, z tym że w każdej frakcji, zarówno u mitraitów, jak i androidów, występują jednostki wyłamujące się z etycznej oceny ideologii.
I tak źli są głównie ci, którzy należą do wyznawców Sola – a może lepiej powiedzieć zniewoleni. Złe w sensie zepsutej moralności są jednostki decyzyjne – czyli tzw. episkopat mitraickiego kościoła. Reszta to (jak nazwał ich Marcus) barany, z którymi można zrobić, co się chce, oczywiście w imię Sola, i nawet nie trzeba być za bardzo sprytnym. Od razu do głowy przychodzi mi nasz polski punkt oporu wobec wszelkiej racjonalnej wiedzy – czyli miasto Kraśnik. W sumie zrzeszający samych singli polski episkopat także by pasował. I właśnie o te szeregi chodziło znanemu ze swoich laickich poglądów Scottowi, rzecz jasna w wydaniu bardziej światowym i multireligijnym. Chrześcijaństwo jest zaledwie jednym z krytykowanych elementów, chociaż najbardziej w naszej kulturze znanym, bo na nią od dawna wpływającym.
Pomyli się również ten, kto zarzuci twórcom serialu ślepy ateizm. Pewne wypowiedzi Matki, wygłaszane z iście propagandowym, czerwonym zacięciem, zwłaszcza na początku, mogłyby o tym świadczyć, jednak mało kto z nas jest tzw. twardym ateistą, dotyczy to również syntetyków. Można być nieprzejednanym antyteistą, a nawet negować istnienie Boga. Będzie to jednak zawsze krytyka ludzkich instytucji, wizji i pojęć, nie swoich najgłębszych emocji. Poczucia, że coś nas przekracza, nie wyrugujemy z siebie. Również do pewnego stopnia wiary w różnego rodzaju gusła, przesądy i niematerialne elementy rzeczywistości.
Stąd powrót w Wychowanych przez wilki do źródeł, bardzo uczuciowych, pierwotnych i jeszcze nienaznaczonych instytucjonalnym wyrachowaniem.
Taki czysty, pierwszy ze swego rodzaju na obcej planecie, jest Campion. Jego zachowanie wobec otoczenia jest harmonijne, elementarnie moralne, niemal bezinteresowne. Jednym z najważniejszych przejawów pierwotnie religijnego szacunku jest u Campiona ekologizm i traktowanie jako uduchowionych wszelkich istot żyjących wokół. Dlatego chłopiec sprzeciwia się zabiciu tajemniczego drapieżnika, którego Ojciec (Abubakar Salim) zamknął w spiżarni, żeby docelowo zaspokoić głód kolonistów. Dzieci z Arki patrzą na Campiona jak na szalonego odszczepieńca. Podobnie androidy, racjonalnie oceniające sytuację.
Zwierzęta nigdzie nie idą. Śmierć to dla nich koniec – jak mawia jedno z dzieci ukradzionych z Arki, chyba Paul, ale poprawcie mnie, jeśli pomyliłem go z Holly (Aasiya Shah). Twórcy wyraźnie piją tu do typowo chrześcijańskiego podejścia do wartości życia i poszanowania środowiska (na szczęście nie wszyscy chrześcijanie tak interpretują Biblię). Śmierć to koniec, a wyobrażenie wiecznego nieistnienia jest dla człowieka jednym z największych lęków, głównym motorem tworzenia religii jako takiej.
Człowiek jest panem, co wynika z pism (księgi Sola, Biblia, Koran itp.). Posiada tzw. mandat, żeby podporządkowywać, a jednocześnie niszczyć otoczenie, w którym się znajduje, stąd taki stosunek do zwierząt, ale i wszelkich innych, uznanych za niższe ze względu na brak duszy, form życia, w tym androidów oraz, jak pokazuje chociażby nasza europejska historia, nawet kobiet. Campion się temu sprzeciwia. Dla niego świat jest pełen „bogów”, tak jak w starożytności np. dla Anaksymenesa.
Wychowane przez wilki chcą więc namówić widza do przystanięcia i zastanowienia się, na czym w ogóle polega ów ciągle demonizowany ATEIZM, do którego wciąż w wielu środowiskach aż strach się przyznać dorosłym, a co dopiero odseparować dziecko od panującej presji religijnej w publicznej i jak mogłoby się wydawać, świeckiej edukacji. Ateizm jest w pojęciu Guzikowskiego i Scotta bardziej antyteizmem i animizmem, wspartymi chęcią odbudowania u człowieka opartej na szacunku relacji ze wszystkim, co żyje w otoczeniu.
Czy faktycznie zniszczenie instytucjonalnej religii jest warunkiem koniecznym, żeby gatunek ludzki się odrodził, przede wszystkim moralnie? Taki cel przyświecał ateistycznemu twórcy Matki, a ona z zaangażowaniem godnym androida, ale i człowieczego neofity, starała się zrealizować owo dążenie. Tego Guzikowski akurat nie jest pewien, chociaż w jego poniżej zacytowanej wypowiedzi pojawia się sugestia że wiara w bóstwo to pieprzenie. Jeśli jednak z tego pieprzenia wynika coś dobrego, to czemu to niszczyć?
And the ambition for the show. It’s taking the idea of faith in general and how it relates to our future as a species. What will we choose to have faith in? Looking at technology in the same light as you look at religion, you think that we could potentially put our faith in hopes that it will take us to wherever we’re supposed to go. And I don’t know the answer to that. I just know that [it seems as though] the human race needs purpose, things that will help unite us. And sometimes, even if you’re united through some bullshit [deity], but you’re still being united and you’re still doing things, positive things. The same goes for technology. But obviously there’s a flip side to both. A dark side to both. And I just love asking that question, thinking about what the future might hold.
Wartości a człowiek
Moralność – mitraici uzależniali wartość człowieka od jego wiary, podobnie istnienie podstawowych wartości. Jeśli nie miały one swojego uzasadnienia w pismach Sola, były automatycznie złe, nieczyste, godne potępienia. W porównaniu z Solem i wiarą w niego nie liczyło się tak naprawdę nic, nawet relacje rodzinne. Były one ważne, owszem, dopóki nie stawały w sprzeczności z wiarą.
Wtedy najważniejszy stawał się Sol oraz wspólnota jego wyznawców. Miało to wyraźnie określony dla organizacji mitraitów cel, gdyż skonstruowanie w wyznawcach Sola takiej, a nie innej moralności stawiającej w sytuacji podbramkowej, granicznej na drugim miejscu wspólnotę rodzinną czy wartość życia jako takiego chroniło kościół Sola przed rozpadem. Bo co jest najwyższą siłą, dla której człowiek potrafi zanegować wszelką ideologię, struktury plemienne, religię, państwo, a nawet stanowione prawo? Związki uczuciowo-genetyczne to doskonała broń stworzona przez naturę przeciwko dosłownie wszystkim ludzkim instytucjom, dlatego albo się ją przeciągnie na swoją stronę, albo uzna za wroga.
Ileż trzeba mieć w sobie nienawiści albo wynikającej z indoktrynacji głupoty, żeby zapytać: Słabość do ukochanych ma narazić święte powołanie? – tak mówi jeden z mitraitów, o ile pamiętam, Lucius. Wreszcie tak mogą twierdzić wyłącznie fanatycy, których przyzwoitość jest skrzywiona z powodu patologicznie pojętej wiary w Sola, Boga czy inne bóstwa pochodzące zarówno ze świata sacrum, jak i profanum (pieniądze, władza).
W ten sposób na chęć ratowania swojego przybranego dziecka przez Sue i Marcusa zareagowali wyznawcy słonecznego boga, czy też tak naprawdę poddani Ambrose’a (Steve Wall). Postać z niego była wyjątkowo przebrzydła. Przypominał hegemonicznego władcę albo zatłuszczonego biskupa. Nosili go w czymś w rodzaju lektyki, podstawiali jedzenie pod nos. Nigdy nie był na wojnie, a bez przerwy o niej gadał, a gdy ktoś się mu sprzeciwiał, zasłaniał się tzw. „światłem Sola”.
Kiedy jednak przyszła zimna noc, nagle odsłonił swój strach. W panice, że umrze, nakazał przetrwańcom wziąć materiały wybuchowe i wysadzić tajemniczy obiekt, który do tej pory ich ogrzewał. Sytuacja stała się o tyle ciekawa, że podczas kłótni Marcusa z Ambrose’em tajemniczy wielościan znów się rozgrzał. Marcus zręcznie to wykorzystał. Oskarżył Eminencję o utratę wiary i popchnął Ambrose’a w kierunku gorącej powierzchni. Kapłan zaczął płonąć, a Marcus zręcznie wmówił innym, że to Sol ukarał ich przywódcę. Wiara w ciemnym ludzie została podtrzymana, tyle że Marcus również usłyszał jakiś głos.
Jest to jeden z ciekawszych fragmentów serialu, rzecz jasna nacechowany ideologicznie, ale zarazem trafnie przedstawiający mechanizm sterowania niewykształconym tłumem za pomocą wytłumaczalnych zjawisk, jakże dobrze znany z naszej kultury – kler, możnowładcy, polityczni tyrani.
Pasują tu jakże mocne słowa z książki Carlosa Ruiza Zafóna wypowiadane przez Fermína w powieści Cień wiatru: Głupi. To nie to samo. Zło zakłada jakąś moralną determinację, jakiś zamiar i pewną myśl. A głupiec nie pomyśli ani się nie zastanowi. Działa instynktownie, jak zwierzę, przekonany, że robi dobrze, że zawsze ma rację; dumny, że przypierdala, za przeproszeniem, każdemu, kto widzi mu się inny od niego samego… Źli ludzie jeszcze mają swoje miejsce na świecie, zbyteczni są skończeni głupcy.
Tylko czy Marcus, niewierzący oszust, jako prorok, nuworysz, neofita, parweniusz mógł wytrzymać ciężar władzy absolutnej nad umysłami poddanych i nie stać się podobny do pokonanego Ambrose’a? Czym lub kim był głos w jego głowie? Podszeptem Sola, a może działaniem tajemniczej i inteligentnej siły, która czuwała nad Matką – wytworem jej twórcy albo wręcz nim samym, tyle że o wirtualnej osobowości?
Wiele dni później, kiedy Marcus popadł już w zupełne szaleństwo, a niewielka grupka mitraitów poszła za nim szukać zaginionych dzieci, padł kolejny dowód na zwyrodnienie wyznawców Sola. Prawdziwy mitraita nigdy by się nie pomodlił za duszę nieczystego – stwierdził Lucius (Matias Varela). Swoją skłonnością do miłosierdzia Marcus w ostatnim momencie odsłonił się tak bardzo, że pozostali przy życiu mitraici pozbyli się go. Z jednej strony trudno nie przyznać im racji. Nareszcie zachowali się jak myślący ludzie, a nie barany. Z drugiej zrobili to w imię swojej krwiożerczej religii, co widać w wypowiedzi Luciusa.
W tym sensie Marcus miał rację, że nazwał ich bezwolnymi owcami. Jego nuworyszowskie szaleństwo religijne jednak musiało się skończyć porażką. Nie można odgrywać świętego, ukrywać swojej ateistycznej tożsamości i jednocześnie próbować wykorzystywać grupę, której się przewodzi, do własnych celów, nie do końca zgodnych z ich interesem religijnym. I tak z tego starcia dwóch fanatyzmów obronną ręką wyszedł bardziej doświadczony w ogłupianiu ludzi mitraizm.
Kobieta, ciąża i aborcja
Wbrew patriarchalnej kulturze Ridley Scott w swojej twórczości zawsze dawał ważne miejsce kobietom. Nie inaczej jest w Wychowanych przez wilki. To właściwie historia matek w przeróżnych wydaniach – android, oszustka-ateistka, zgwałcona mitraitka.
Na tych trzech filarach wspiera się serialowa wizja roli matki i konsekwencji z tego wynikających. Dzisiaj, w XXI wieku, należy znów określić, zdefiniować i zaakceptować, bo w większości funkcjonujących na świecie kultur mężczyźni mają istotny problem z przyznaniem niezależności kobietom w społeczeństwie. Boją się tego ze względu na władzę, którą kobiety mają poprzez macierzyństwo. Tak więc Scott i Guzikowski jako mężczyźni popłynęli zmierzyć się z tą górą lodową.
Dobrym wprowadzeniem do zrozumienia postępowania Matki (matek) jest Tempest (Jordan Loughran), nastolatka zgwałcona przez jednego z funkcjonariuszy kościoła Sola. Tempest nienawidzi swojego ciała oraz płodu, który się w nim zagnieździł. Najchętniej usunęłaby ciążę, co pomogłoby jej zapomnieć o traumie. Jak można się domyślić, dla krótkowzrocznej ideologii mitraitów jest to nie do pomyślenia, cokolwiek będzie z matką, a i z dzieckiem po urodzeniu, jeśli nie zostanie ochrzczone. Do krytyki inicjacji religijnej w serialu jeszcze wrócę.
W przypadku Tempest poruszony został ciekawy wątek aborcji płodu po gwałcie. I nie jest tak, jakby chcieli nasi realni obrońcy życia od poczęcia aż do narodzin spod znaku Fundacji Pro, że ateistyczne androidy to mordercy, gdyż będą chciały za wszelką cenę spędzić ciążę. Aborcja nigdy nie była sposobem na antykoncepcję nawet w pojęciu ludzi o światopoglądzie antyreligijnym. Była natomiast niesamowicie trudnym wyborem kobiety, dokonywanym przy spełnieniu określonych warunków medycznych oraz społecznych.
Zarówno te pierwsze, jak i te drugie w toku rozwoju cywilizacyjnego stają się coraz mniej konieczne. Kobiety naprawdę nie chcą dokonywać aborcji, jeśli nie muszą. Przyklejanie więc ateistom łatki aborcyjnych morderców jest jednym z wielu sposobów tworzenia wyimaginowanych wrogów przez wyspecjalizowane w kreacji stanów globalnego zagrożenia środowiska prawicowe. Nie inni są mitraici. Oni żywią się konfliktem w myśl zasady, że na wojnie można „zarobić” najwięcej wyznawców. Przewrotny Guzikowski, może za namowami Scotta, a może odwrotnie, zaproponował zupełnie inne podejście do problemu, kto wie, czy nie bardziej kontrowersyjne.
Serial Wychowane przez wilki w żadnym razie nie popiera aborcji w tym sensie, że nie określa go postępowaniem dobrym i godnym naśladowania, lecz koniecznym bądź niekoniecznym. Co ciekawe, wierzący z grupy Boga Słońca i ateistyczne androidy pod tym względem się zgadzają, że należy chronić życie od poczęcia, z tym że motywacje do tej ochrony są zupełnie inne. Wierzący w Sola uzależniają ochronę zarodka od obecnej w nim duszy, co jest modelem uzasadniania bazującym na błędzie regressus ad infinitum.
Matka zaś kieruje się raczej zmysłem praktycznym. Gatunek przebywający na skraju destrukcji, z kilkoma osobnikami na niego się składającymi, żyjący na obcej planecie, nie może zmarnować szansy na urodzenie nawet jednego kolejnego, chociażby pochodził z gwałtu. Obowiązek gatunkowy stoi wyżej niż nienawiść matki do płodu, a także do siebie, oparte na osobistych doświadczeniach. Matka jest o tym przekonana najpierw logicznie, a potem emocjonalnie. Aborcja jest więc weryfikowana czysto utylitarnie. Reasumując, w większości przypadków to kobieta ma prawo zdecydować, o ile nie wydarzy się graniczna sytuacja, np. konieczność przetrwania ostatnich przedstawicieli homo sapiens.
Wracając do Matki, gdy po raz pierwszy kładzie się w gondoli i wchodzi w tryb wizualizacji, pozornie nic się nie zmienia. Za każdym razem jednak wraca, aż umyka jej gdzieś ten moment, że zaczyna odczuwać przyjemność oraz potrzebę przebywania ze swoim stwórcą. Matka nareszcie odkrywa cel. Twórca jest dla niej dobry, wręcz zalotny. Ceni ją, podziwia, okazuje emocje. Matka po raz pierwszy doświadcza ludzkich namiętności.
To leżenie w gondoli i wirtualne romansowanie z twórcą, aż do momentu seksualnej kulminacji z otwierającym się sklepieniem, wiele jej daje. Z jednej strony uczy robota, jak być człowiekiem, a z drugiej destabilizuje racjonalny osąd. Indywidualnie wykreowana rola matki w Matce zaczyna brać górę nad celem ochrony gatunku ludzkiego na Keplerze 22b. Scena ponownego spotkania z twórcą jest kluczowa wraz z kilkoma innymi sekwencjami, w czasie których Matka poznaje swoją przeszłość, projektodawcę i zadanie.
Mimo ogromnego znaczenia dla fabuły i świetnej estetycznej realizacji, muszę wspomnieć, że jest to jedna z najbardziej naiwnych metaforycznie scen. Otwierające się sklepienie na gwiazdy (tandetna metafora orgazmu), najpierw delikatny deszcz, a potem lejące się po ścianach strugi płynu o mlecznym kolorze i kauczukowej konsystencji, pokrywająca ciała transgatunkowych kochanków jak sperma – chyba że miała to być androidzia krew?
Bycie matką uniezależnia, a przynajmniej powinno, gdy zostaje nią kobieta ceniąca sobie indywidualność. Android, który dowiedział się o swojej unikalności, tym bardziej poczułby się jedyny, ważny i kluczowy dla procesu stwórczego. Żaden Bóg już nie może wejść mu w drogę. Paradoksalnie, zostając matką, Matka udowadnia sama sobie, że ateizm jest jedynym wyjściem, a mitraityczne pojęcie Sola niezłą hochsztaplerką. Ważne są słowa, które wypowiada do Matki Sue (Niamh Algar): – Gdy ludzie nie chcą uwierzyć w swoje szczęście, muszą stworzyć Boga, by mieć komu za nie dziękować. Sue nie mogła mieć dzieci po poronieniu, dlatego tak pokochała Paula. Obydwie z Matką są osobliwymi rodzicami. Matka – android nieposiadający praw człowieka, najpierw wychowuje zabrane z Ziemi embriony, a gdy jedynie Champion przeżywa, kierowana chęcią zemsty niszczy Arkę i kradnie z niej część dzieci. Reszta wraz z kolonistami spod znaku Sola ginie. Potem za sprawą tajemniczego planu ateistycznego stwórcy Matki w jej brzuchu zaczyna rozwijać się płód oparty na węglu. Trzeba go karmić krwią, jak jakiegoś demona. Pewnie tak potraktowaliby go mitraici. Sue zaś najpierw zgładziła wraz z Marcusem prawdziwych rodziców Paula, żeby dostać się na Arkę, a potem przyjęła na siebie rolę biologicznej matki z całą odpowiedzialnością za dziecko.
Nie było ono dla niej już przepustką do lepszego świata, a JEJ dzieckiem – rekompensatą za bezpłodność. Dla Marcusa również, dopóki mitraizm i rola wybranego przez Sola nie pomieszała mu w głowie.
Stanowisko matki więc, o której mówi film, często funkcjonuje poza biologicznym pokrewieństwem, a dokładniej wykracza daleko poza akt prokreacji. Winy Sue i syntetycznej Matki-nekromancerki zostały zepchnięte na drugi plan, gdyż bez ich opieki dzieci pozostające pod ich pieczą po prostu by nie przeżyły. Okazuje się, że na Keplerze 22b pragmatyzm i racjonalny osąd górują nad ziemską moralnością, i to zarówno tą ateistyczną jak i mitraityczną. Matka, kobieta i aborcja są pojęciami, rolami oraz obowiązkami zdefiniowanymi pragmatycznie. Czy jest więc miejsce na feministycznie pojętą wolność? Tempest z jednej strony chciała usunąć ciążę, a z drugiej była zbulwersowana, gdy okazało się, że zwierzę, które zabiła, było samicą z embrionem w brzuchu.
Ta ambiwalentność w zachowaniu postaci Tempest i Matki jest wyraźnym ostrzeżeniem, żebyśmy tak pochopnie nie szafowali moralnymi ocenami stosowanymi wobec tych kobiet, które musiały usunąć ciąże, zwłaszcza mając na względzie to, jakie dziecko Matka faktycznie urodziła.
Jest jeszcze jedna sprawa. Odkąd Matka stała się brzemienna, jej pozycja w społeczności dzieci wyraźnie wzrosła. Uznały one, że zapłodniony android jest przejawem cudu dokonanego przez Sola i należałoby spisać nowe pisma. Wszystko pasuje. Kobieta zapłodniona wirtualnie, niemal jak Maryja przez Ducha Świętego. Jaskinia obok tajemniczej jamy wybrana na miejsce urodzenia. Kogo? Mesjasza? Eksperymentalnego gatunku, który w jakiś sposób uratuje Keplera 22b? Jedno jest pewne. Dla Matki kopulowanie, owszem, było przyjemne, lecz porównała je do intensywnego uczenia się czy też wchłaniania nowych danych, koniecznych do zbudowania płodu – pamiętna rozmowa z Ojcem, kiedy on niespodziewanie jak na androida okazuje jej zazdrość o nowe dziecko i sposób jego uzyskania.
W istocie tak jest. Płodzenie dzieci nie jest żadnym cudem, a powtarzalnym mechanizmem replikacyjnym, polegającym na wymianie ogromnych ilości danych zawartych w matrycach DNA. Za cud uznawane jest często post factum, z powodów czysto emocjonalnych i ludzkich skłonności do myślenia magicznego. Gorzka jest refleksja Guzikowskiego, jak bardzo można się pomylić, myśląc po ludzku. Gdyby zarówno Campion, jak i pozostałe dzieci zobaczyły, czym jest embrion Matki, mogłyby zwątpić w domniemane podszepty Sola. Oczywiście nie ma tu przypadku. Najwidoczniej Kepler 22b potrzebował tego typu organizmu.
Inicjacja religijna
Powiedz, co chcą usłyszeć – mówiła Tempest do Campiona, gdy ten odmawiał wyrażenia chęci ochrzczenia się. Ona także nie wierzy, tyle że to ukrywa, bo nie może inaczej. Tak rodzi się religijne zakłamanie, wpajane od zarania i tak znane z naszych czasów. W kościołach nikt się nim nie przejmuje. U mitraitów w filmie również. Byle rachunek wierzących im się zgadzał. Motywacja jest drugorzędna, wręcz najlepiej, żeby jej nie było, bo jaką chęć wiary ma nieświadome niczego dziecko.
Lepiej, żeby takie było. Wtedy łatwiej je zniewolić albo oszukać. Liczy się zewnętrzny przejaw wiary w postaci bezmyślnie klepanej modlitwy, posłuszeństwa, pracy dla instytucji itp. Wypuszczą cię, tylko daj się ochrzcić – mówił Paul. Jakbym słyszał kler sprzed czasów rewolucji przemysłowej.
Sama ceremonia chrztu Campiona jest pokazana jako apogeum zakłamania. Złote kielichy, gdy dookoła bieda i głód, wyniosłe słowa, groźby wobec dziecka, byle tylko odbył się rytuał, a na dodatek ołtarz zrobiony z kamieni nagrobnych po braciach Campiona. Scott wraz z Guzikowskim postanowili zagrać, jak to się mówi potocznie, grubo. Inaczej zapewne analogia ze współczesnym nam chrześcijaństwem mogłaby być zbyt niejasna do odczytania. Owe zakłamane rytuały doprowadziły mitraitów w końcu do wojny religijnej, bo zapewne ateiści nie mogli już zdzierżyć ich fanatyzmu i chęci podporządkowywania sobie życia innych. Ziemia umarła, lecz nieoczekiwanie na obcej, niegościnnej planecie pojawiła się szansa naprawienia błędów. Czyżby Scott i Guzikowski wieszczyli i nam jakąś wojnę kultury laickiej z religią?
Może faktycznie nauka już niedługo osiągnie taki poziom, że stanie się realnym zagrożeniem dla istnienia instytucji typu kościoły, zbory, meczety itp. Być może też właśnie tak się stało w Wychowanych przez wilki. Z drugiej strony coś tu w prezentacji mitraitów nie gra, bo nie przypominają technologicznej potęgi zdolnej stworzyć nekromancerów. Są raczej grupą fanatyków ze staromodnymi mieczami w rękach. Naprawdę potrafiliby wygrać ogólnoplanetarny konflikt zbrojny z zaawansowaną cywilizacją Ateistów? Wydaje się to raczej nierealne.
Nie byliby zdolni ze swoimi zamkniętymi umysłami stworzyć nowoczesnej cywilizacji. Jak wiemy z naszego rzeczywistego poletka, większość kluczowych dla nauki odkryć odbyła się poza religiami (i wbrew nim), a dokonali ich ludzie albo indyferentni wobec bogów, albo jawnie kwestionujący ich istnienie. Religie instytucjonalne zaś zawsze stały na drodze naszego cywilizacyjnego i kulturowego rozwoju – zupełnie jak mitraici.
Ktoś musiał im pomóc, i tak się w rzeczy samej stało. Technologię produkcji nekromancerów zaczerpnęli z tajemniczych pism Sola. Głównie chodzi tu o oczy wykorzystujące ciemne fotony. Nie rozumieli jej, nie byli w stanie sami zaprojektować, za to skopiowali i wykorzystali. To tylko wzmocniło ich fanatyzm. Musieli nawet zaprojektować nekromancerowi odpowiednią pozę (krzyż), żeby jego mordercze działanie lepiej odzwierciedlało karę boską. Czyżby to przytyk twórców serialu do jednego z najbardziej znanych symboli religijnych? Guzikowski tego nie potwierdził, chociaż powiedział, że Matka jest nawet kimś więcej niż Bogiem:
The original conception of it didn’t really change much, in the sense that it’s a superweapon, the modes of weaponry that she uses. Ridley definitely came up with the blonde’s appearance. The way she does her curve, that kind of Christ pose flying, that’s [what] Amanda actually naturally did when we had her up on the center of the cable, instead of what she ended up doing when she was really flying around. Some of it came through that process, from the very beginning in the script we had the supersonic sound that blows people up. I always was terrified as a kid just by nature, looking into the eye of something, you could be hurt.
I loved that idea and wanted to manifest that in mother a little bit. But anyway, she’s more akin to a nuclear bomb than she is to the kinds of Androids we’ve seen in other kinds of films and TV. She represents something larger, both God and the devil, the beginning and the end. A little bit more of that.
Ktoś musiał przewidzieć, że tak się stanie, że zniewoleni psychicznie wyznawcy Sola od razu połączą daną im technologię z drapieżną ewangelizacją. Ktoś inteligentny musiał logicznie ocenić, że gatunek zamieszkujący Ziemię wyczerpał możliwości rozwoju i należy zacząć od nowa, nieważne ilu niewinnych ludzi zginie. Ocena została uśredniona, sprowadzona do przetrwania całości. Całkiem możliwe więc, że mitraizm powstał poza orbitą naszej rodzinnej planety najpierw jako metoda tresury gatunku ludzkiego, a potem element sterujący genocydem. Jednym z dowodów na to są tajemnicze zdarzenia na Keplerze 22b. Nowa, skromna populacja Keplera także doświadczała dziwnych zdarzeń. Wydaje się, że nie są na planecie sami. Ktoś przecież cały czas podszeptywał coś Marcusowi. Próbował wykorzystać jego pozycję do ochrony Matki, której zadanie niekoniecznie polegało na opiece nad Campionem i resztą dzieci. Jak się dowiadujemy później, to był jedynie weryfikujący test.
Wilki z Keplera 22b a nasza przyszłość
W naszej rzeczywistości wilki nie uchodzą za dobre zwierzęta. Boimy się ich, a myśliwi najchętniej by je masowo zabijali. Mało kto wierzy, że są dobre. Gdy się je jednak bliżej pozna, okazuje się, że są zwykłymi zwierzętami, drapieżnikami, a nie nośnikami demonów, wcielonego zła czy jakiejkolwiek negatywnej symboliki folklorystycznej lub religijnej. Analogia z androidami jest jak najbardziej trafiona. Wilkom odmawia się od wieków elementarnych praw, nawet tych resztek, jakie mają zwierzęta domowe czy gospodarskie, niemal identycznie jak syntetykom w przyszłości zaprezentowanej w Wychowanych…, a takim prawem oraz elementem wolności jest zdolność, realizacja potrzeby i możność wychowania swoich dzieci.
Ujęcie płaczącej Matki stojącej wśród gruzów Arki, kiedy dopiero co dowiedziała się, że w jej brzuchu rośnie dziecko, jest symbolicznym obrazem naszej międzyplanetarnej przyszłości oraz sugestią, żebyśmy zawsze byli otwarci na to, co nieoczekiwane. Zarówno wiara, jak i technologia mają dawać nam wolność, a nie być narzędziami do zniewalania innych. Wilki również powinny mieć swoje miejsce między nami, skoro się tam pojawiły.
Zawsze jednak stanie się coś takiego, co zdestabilizuje planetarny ład, tak jak to stało się na Keplerze 22b. Pojawiły się na nim istoty niechciane, wybryk uwstecznionej ewolucji. Może dlatego była planecie potrzeba tzw. świeża krew w postaci dziecka Matki? I tak filozoficzna epopeja na temat człowieka, którą niewątpliwie są Wychowane przez wilki stała się na końcu traktatem o powstawaniu gatunków. W istocie przecież niewiedza na temat genezy homo sapiens jest jedną z głównych inspiracji do pisania wszelkich ziemskich mitów religijnych.
Teatralna estetyka
Zastanawiam się, czy potrzebne w serialu były te wszystkie retrospekcje. Przyznam się, że nie mam pomysłu na inne rozwiązanie doinformowywania widza co do przeszłych wydarzeń, ale z drugiej strony te, które zaproponowali twórcy, burzyły akcję. Miały inny klimat oraz rytm. Nie chodzi o to, że gorszy. Wręcz przeciwnie, lepszy, i to jest najgorsze. Bo generalnie Wychowane przez wilki cierpi na typową przypadłość seriali – serialowość.
Trochę na swój własny użytek nazywam tak dwie główne cechy negatywne seriali odróżniające je od filmów pełnometrażowych: monoplanowość oraz rozwlekłość. Obydwie są bolączkami Wychowanych… w pewnym sensie nie z winy reżyserów. Seriale po prostu takie są i chyba nic tego nie zmieni, niemniej to przeszkadza, gdy produkcja aspiruje do miana mądrego traktatu ratującego gatunek science fiction od pretensjonalności.
Odcinków mogło być powiedzmy z 5 (miniserial), a mniej rozwlekłej akcji umieszczonej w chacie i wokół chaty, w której zamieszkali Matka, Ojciec i dzieci. Co ważniejsze, można by serial tak ułożyć, żeby plany zmieniały się i już nie wracały (przynajmniej tak często) wraz z rozwijaniem się historii. A tak ma się wrażenie, że za każdym razem, gdy po raz wtóry akcja znów rozgrywa się w wiosce, całość niemiłosiernie zwalnia – staje się takim teatrem umieszczonym w filmie. Miniserial Dzień trzeci np.
ustrzegł się tego typu naleciałości poprzez bardzo specyficzną metodę kręcenia, odzwierciedlającą sen na jawie. Wychowane przez wilki nawiązały stylistyką do lat 50., lecz najwidoczniej to nie pomogło. Ogólnie można stwierdzić, że jest ładnie, estetycznie. Dwie różne czołówki wraz z charakterystyczną, nieoczywistą muzyką wyglądają i brzmią wręcz świetnie, zaś jakość efektów specjalnych ani nie boli, ani nie wprawia w zachwyt – jest poprawna, do oglądania, po prostu zadowalająca.
Miałem jednak nadzieję, że akurat w tym temacie pojawi się coś zapierającego dech w piersiach. Aktorzy przyłożyli się do swoich ról. Nie ma się czego przyczepić, oprócz może Amandy Colin, i to w dwóch kwestiach – denerwującej emfazy, z jaką głosi swoje poglądy, oraz mimiki i pozy ciała.
Odbiór serialu
W komentarzach natknąłem się na taką wynikającą trochę z dulszczyzny niechęć przed pisaniem o takiej, a nie innej wymowie serialu, jakby ona nie istniała. Bo co ludzie powiedzą, zwłaszcza w dzisiejszym, naszym nieco postfaszystowskim, słowiańskim klimaciku. Bo to przecież tylko zwykły, rozrywkowy serial, a nawet gdyby zawierał jakieś ateistyczne wtręty, to lepiej o tym nie wspominać.
Więc na przekór wspominam, bo takie reakcje czytelników wynikają z innego rodzaju niezrozumienia filmu – tego emocjonalnego, a nie intelektualnego, na dodatek podszytego nabytą w toku socjalizacji ideologizacją wyznawanych wartości bez refleksji nad ich etyczną genezą. Tak, tak, wartości mają genezę, zmieniają się wraz z czasem, tak jak np. biologiczne zdolności adaptacji do środowiska u zwierząt czy też zasady prawne. Np. kiedyś obowiązywał penalizowany do granic rozsądku zakaz bluźnierstw przeciw świętościom religijnym, a dzisiaj przemienił się w nadmiernie wykorzystywane prawo chroniące coś tak abstrakcyjnego jak „uczucia” religijne. O tym również jest najnowszy serial Scotta, o irracjonalności w postrzeganiu świata i na tej podstawie tworzeniu racjonalnych osądów.
