Felietony

KLĄTWA PROMETEUSZA. Co zobaczymy w 2. sezonie WYCHOWANYCH PRZEZ WILKI

Autor: Odys Korczyński
opublikowano

Pierwsze sezony seriali, zwłaszcza tych z aspiracjami, niejednokrotnie charakteryzują się tym, że twórcy zaczynają wiele pozornie ze sobą sprzecznych wątków i mieszają je ze sobą, a widza pozostawiają bez żadnych jasnych odpowiedzi. W przypadku Wychowanych przez wilki również tak jest. Niektórzy na to narzekają. Chcieliby już odpowiedzi przede wszystkim na jedno pytanie: CO Z TYM WĘŻEM? A ja bym chciał się dowiedzieć, co ma wspólnego najnowszy serial Scotta i Guzikowskiego z Prometeuszem. Już widzę to przerażenie w oczach co poniektórych „wielbicieli” sequela Obcego.

W drugim sezonie spodziewałbym się więc daleko idącej retrospekcji, z której dowiemy się czegoś więcej o pierwotnym ekosystemie Keplera 22b.

Przyznam się, że zupełnie nie zwróciłem uwagi na wielkie, gadzie szkielety na Keplerze 22b. Owszem, ich kości bielały na powierzchni planety zapewne od dawna, intensywnie wchodziły w wiele kadrów, jakby sugerując, że mają większe znaczenie niż można sądzić, ale zarówno Matka i Ojciec, jak i mitraici niezbyt się nimi interesowali. I tu każdy widz powinien się zrobić podejrzliwy, bo jak można nie zainteresować się, kim były te istoty, zwłaszcza tak naturalnie wyeksponowane. Teraz, po zakończeniu sezonu już wiem, że nie były to smoki ani tym bardziej jakiś prymitywny element fauny Keplera z prehistorycznych czasów. Prawdopodobnie była to rasa istot rozumnych, obdarzonych osobliwymi zdolnościami wykraczającymi poza nasze klasyczne (Newtonowskie) rozumienie fizyki, która z jakiegoś powodu wyginęła. W drugim sezonie spodziewałbym się więc daleko idącej retrospekcji, z której dowiemy się czegoś więcej o pierwotnym ekosystemie Keplera 22b.

Zupełnie natomiast nie zgadzam się z porównaniem Matki do Dawida dokonanym przez Keitha Diningera („Screen Rant”). Nawet jeśli Matka z czasem osiągnęła ten poziom zaawansowania mentalnego, żeby móc urodzić własne dziecko, tzw. płód oparty na węglu, to wciąż pozostała narzędziem. Jej dynamika fizyczna w żadnym wypadku się nie zmieniła. Mówiąc za Arystotelesem, weszła jedynie z potencji w akt. Za sprawą odpowiedniego programu została zaktywizowana. Matka nie wymyśliła swojej roli, natomiast Dawid nie dość, że ulepił sam siebie w sensie moralnym, odrzucając ludzką etykę, to jeszcze stworzył Ksenomorfa na drodze wielu trudnych eksperymentów. David był więc twórczy, a Matka odtwórcza. Porównanie ich do siebie jest po prostu niesprawiedliwe dla bohatera Prometeusza. Mam więc nadzieję, że Ridley Scott nie pójdzie tą drogą, próbowałby bowiem porównać – co prawda pięknie ubarwioną – stonkę do pazia królowej.

Co innego z Inżynierami. Ich znaczenie dla fabuły Wychowanych przez wilki jest niebagatelne. Nie przyszłoby mi to do głowy, gdyby nie pewna scena w ostatnim odcinku pierwszego sezonu. Po kłótni z Ojcem, który nieoczekiwanie okazał się zazdrosnym androidem, Matka wyszła w nocy do lasu. Zatrzymała się na skraju jednego z dziwnych kraterów rozsianych po całej planecie. Cały czas zastanawiała się, czy powinna urodzić to osobliwe dziecko. Przez chwilę wydawało się, że chce się zabić. Być może jej sztuczna natura wykształciła coś w formie intuicji, która podpowiadała jej, że to nie będzie „zwykłe” dziecko. I wtedy pojawiła się ta człekokształtna istota z czymś w rodzaju młotka w ręce. Chciała zabić Matkę. Ta jednak jako nekromancerka potrafiła się przed nią obronić. Matka zabiła istotę, a na jej ręce pozostała krew. Dla mnie jako widza najważniejsze jednak było nie to, że tajemniczy mieszkaniec Keplera 22b krwawił, ale to, jak wyglądał. Nie był tak wysoki jak zaprezentowani w Prometeuszu Inżynierowie, lecz za to miał niesamowicie podobną do nich twarz z charakterystyczną sinawą, półprzezroczystą skórą. Właściwie można powiedzieć, że to był raczej taki karłowaty, uwsteczniony Inżynier.

Ojciec, który pojawił się na miejscu zdarzenia, z dość tajemniczą pewnością stwierdził, że człekokształtni mieszkańcy Keplera ewoluowali, ale wstecznie. Mało tego, w torbie nieżywej istoty znalazła się nieoczekiwanie czaszka Neandertalczyka i to nie pochodząca z Ziemi, tylko z Keplera. Pewne jest więc, że ludzie kiedyś na Keplerze żyli. Ponadto Matka zasugerowała, że czaszka mogła być czymś w rodzaju relikwii, a istota, którą zabiła, jest zdegenerowaną formą człowieka. Coś się więc na Keplerze wydarzyło, że ludzie stali się tam gatunkiem zagrożonym. Może Kepler był jedną z Inżynierskich planet, gdzie eksperyment nie wyszedł? A co, jeśli Inżynierowie również są efektem działania znacznie inteligentniejszej od nich rasy lewitujących węży? Obawiam się, że niezbyt przepadający za abstrakcją widzowie mogą zareagować na ten pomysł podobnie jak reagują na Prometeusza albo tłumaczenie genezy Ksenomorfa, który przecież nie powinien jej posiadać, gdyż traci przez nią swoją straszność.

Ostatnio dodane