Publicystyka filmowa
6 AKTORÓW I AKTOREK, którzy nie powinni byli dostać Oscara
Oto analiza sześciu aktorów i aktorek, którzy zyskali Oscary, ale w tym zestawieniu nie zasłużyli na złotego rycerza. Zgadzasz się?
Tegoroczne rozdanie Oscarów zbliża się coraz większymi krokami, stale wzbudzając dyskusje na temat tego, kto powinien wygrać, a kto wrócić do domu z pustymi rękoma. Pozostając w temacie nagród Akademii, chciałbym zerknąć wstecz na ich laureatów w kategorii aktorskiej obu płci. Mianowicie zamierzam wskazać sześcioro wybranych zwycięzców, którym ja w danym roku Oscara bym nie dał.
Gwoli wyjaśnienia – nie uważam, że wymienione poniżej role są złe sensu stricto. Każda z nich to przykład dobrego aktorstwa utalentowanych artystów, jednak w moim mniemaniu nie na tyle dobrego, by uhonorować je złotym rycerzem w obliczu konkurencji. Przejdźmy do rzeczy.
Tommy Lee Jones – najlepszy aktor drugoplanowy, Ścigany (1993)

Jones po czasie stał się co prawda inspiracją dla komisarza Jerzego Ryby, ale trudno powiedzieć, by jego występ w Ściganym zasługiwał na Oscara w równym stopniu, co role wspólnie z nim nominowanych. Dla wyjaśnienia: konkurencją Jonesa byli w tamtym roku między innymi Ralph Fiennes i Leonardo DiCaprio, ścigający się o statuetkę odpowiednio za Listę Schindlera i Co gryzie Gilberta Grape’a.
Dwie wielkie role, do dzisiaj przytaczane jako jedne z najlepszych osiągnięć obu aktorów, podczas gdy o Jonesie, pomimo jego zwycięstwa, mówi się niewiele. Można zagrać na wysokim poziomie i nie wzbudzić jednocześnie żadnych większych emocji, podczas gdy ktoś inny skumuluje w roli tyle niuansów i wsiąknie w nią tak bardzo, że każdy gest, słowo i spojrzenie widz odczuwa niemal namacalnie. Przeraża mnie Fiennes w filmie Spielberga, DiCaprio rozczula w Gilbercie Grapie, Jones zaś jest – po prostu – policjantem ścigającym zbiega. W takiej sytuacji jemu akurat Oscara bym nie przyznał.
Denzel Washington – najlepszy aktor pierwszoplanowy, Dzień próby (2001)

Film, który sygnował Antoine Fuqua, jest dla mnie nieco problematyczny. Zapoznałem się z nim ze sporym opóźnieniem, wobec czego wysokie oczekiwania nie sprostały rzeczywistości i odbiło się to też rykoszetem na Washingtonie.
Nie twierdzę, że to słaby film ani tym bardziej rola, ale prawdę mówiąc, większe wrażenie zrobił na mnie jego ekranowy partner w osobie Ethana Hawke’a, swoją drogą bardzo niedocenianego aktora. Wewnętrzny konflikt tego bohatera uderzył mnie w stopniu znacznie większym niż nieco jednowymiarowa postać Washingtona. Druga kwestia jest taka, że w tamtym roku w kategorii aktora pierwszoplanowego był nominowany też Russell Crowe za Piękny umysł, który to w filmie Rona Howarda nie dość, że miał znacznie trudniejszą rolę, to jeszcze sprostał jej tak, że po seansie trudno wyrzucić jego występ z pamięci.
Jennifer Lawrence – najlepsza aktorka pierwszoplanowa, Poradnik pozytywnego myślenia (2012)

Fenomen Jennifer Lawrence od zawsze był dla mnie zjawiskiem niezrozumiałym. Jej prostolinijność, wielokrotnie przytaczana jako atut i świadectwo naturalności aktorki, paradoksalnie wydawała mi się wymuszona i fałszywa. Oscar za rolę w Poradniku pozytywnego myślenia niezmiennie stanowi dla mnie zaskoczenie. Lawrence jest w tym filmie poprawna, jasne – ma dobrą chemię z Bradleyem Cooperem i udanie przedstawia na ekranie złożoność charakteru swojej bohaterki – ale już na dłuższą metę niewiele z tej roli zostaje w głowie. Absolutnie nie uważam, żeby wtedy dwudziestodwuletnia Lawrence była w swojej kategorii lepsza niż jej starsze koleżanki po fachu, w tym chociażby Naomi Watts, która dała wspaniały popis w Niemożliwe, będącym zresztą dużo większym emocjonalnym roller-coasterem niż Poradnik. Ironiczne, że występ Lawrence w kontrowersyjnym mother!, gdzie jej rola stanowiła dużo większe aktorskie wyzwanie (któremu podołała!), został nominowany jedynie do Złotej Maliny.
Christoph Waltz – najlepszy aktor drugoplanowy, Django (2012)

Inteligentny erudyta władający kilkoma językami, uroczy i zabójczy, w zależności od potrzeby. Gdy chce, potrafi wzbudzić dozę sympatii, by za chwilę pociągnąć za spust bez mrugnięcia okiem. Hans Landa czy King Schultz? Właśnie do tego sprowadza się moja wątpliwość związana z przyznaniem Waltzowi statuetki za rolę w Django. To na wielu płaszczyznach ta sama rola, co w Bękartach wojny, tylko że tutaj Tarantino postawił ją po stronie tych dobrych. Nie umniejsza to oczywiście samemu występowi.
Wzbudza jednak wątpliwość, czy na miejscu Waltza – tak w gronie nominowanych, jak i wygranych – nie powinien w tamtym roku stanąć wspominany już Leonardo DiCaprio. Aktor w tym samym filmie stworzył postać szaloną, nieprzewidywalną i wzbudzającą gigantyczne emocje samą obecnością na ekranie, a z całą pewnością bardziej godną zapamiętania. Wraca tutaj kwestia, o której pisałem przy okazji Jonesa – lubię, gdy poziom aktorstwa jest wysoki do tego stopnia, że wzbudza wręcz chemiczną reakcję i powoduje stale przyspieszone bicie serca – w Django DiCaprio wywołuje taki właśnie efekt. Waltz też… tyle że jedynie w Bękartach wojny.
Emma Stone – najlepsza aktorka pierwszoplanowa, La La Land (2016)
La La Land nie zachwycił mnie w aż takim stopniu, jak zrobił to z większością świata, ale bardzo doceniam jego warstwę audiowizualną, ze szczególnym wskazaniem na cudowną paletę barw, nieraz tworzącą iście magiczną atmosferę.
Wstrzemięźliwy jestem za to w głoszeniu peanów na cześć Emmy Stone i Ryana Goslinga. To nie kwestia uprzedzeń – lubię oboje tych aktorów i doceniam wysiłek włożony przez nich w pracę na filmem Chazelle’a, ale mimo wszystko to nie ich role są tym, co stanowi o udanym seansie. Jak w przypadku wszystkich innych propozycji, wybór opiera się na subiektywnych odczuciach – te są takie, że Stone, jako laureatka, nie zachwyciła mnie ani aktorsko, ani tym bardziej wokalnie. Prawdę mówiąc, prędzej zaakceptowałbym nagrodzenie aktorki za zeszłoroczną Wojnę płci, a przyznanego jej faktycznie Oscara wolałbym w tamtym rozdaniu przekazać Amy Adams za Nowy początek – fakt, że ta niezwykle zdolna aktorka już tyle razy musiała się obejść smakiem na oscarowych galach, woła o pomstę o nieba.
Casey Affleck – najlepszy aktor pierwszoplanowy, Manchester by the Sea (2016)

Na zamknięcie wybór, który może oburzyć część z was, ale moim celem absolutnie nie jest wywołanie taniej kontrowersji. Pisałem już przy jakiejś okazji, że Manchester by the Sea to chyba jeden z moich największych filmowych zawodów ostatnich lat. Spodziewałem się ponad dwugodzinnej emocjonalnej podróży, która wstrząśnie mną od środka, tymczasem finalny produkt wywołał jedynie wzruszenie ramionami. Zrzucam to na karb zupełnego rozminięcia się mojej wrażliwości ze środkami zastosowanymi przez Kennetha Lonergana. W obliczu tej sytuacji w obszarze rozczarowań znalazła się również powszechnie doceniana rola młodszego z braci Afflecków.
Prezentowany przez niego aktorski minimalizm nie pozwolił mi na jakiekolwiek zżycie się z nim czy współczucie. Rozumiem, że otępienie i obojętność jego bohatera wynikają z fabuły, ale Affleck popada w marazm do tego stopnia, że sprawia niekiedy wrażenie, jakby był po prostu znudzony obecnością na planie. Wobec tego, niestety, nudził również mnie i zupełnie nie przekonał taką interpretacją. Stąd też ten wybór.
Ograniczyłem się do sześciu, choć podobnych przypadków mógłbym oczywiście wymienić jeszcze więcej. Pole do popisu zostawię jednak czytelnikom – dajcie znać, jakie są wasze typy aktorów i aktorek którym zamiast dać, zabralibyście Oscara.
korekta: Kornelia Farynowska
