Publicystyka filmowa
Ranking filmów Marvela – wyniki głosowania na najlepsze filmy MCU
Wybraliśmy najlepsze filmy z uniwersum Marvela
Jakie filmy z Uniwersum Marvela są najlepsze? Która z ekranizacji jest najlepiej oceniana?
Pewnie każdy z nas ułożyłby ranking dotychczasowych odsłon MCU inaczej. Ale gdybyśmy chcieli ocenić w miarę obiektywnie ekranizacje, to na jaki wynik moglibyśmy liczyć? Poszukiwaniu odpowiedzi służyło głosowanie, w którym udział wzięło prawie 250 osób. Wspólnie oceniliśmy w skali 1-10 wszystkie filmy Marvela, w sumie 13 tytułów. Na razie bez Doktora Strange, choć obiecujemy aktualizować ranking co jakiś czas, przy okazji kolejnych premier MCU.
*
13. Incredible Hulk
Średnia ocen: 5,514
Kolejna aktorska odsłona przygód Hulka, tym razem już pod konkretną kontrolą macierzystego wydawnictwa (poprzez Marvel Studios), na pewno nie jest złym filmem. To poprawny film akcji – z lepszym (Norton, Hurt, Roth) i gorszym aktorstwem (Tyler), niezłym tempem i kilkoma naprawdę błyskotliwymi rozwiązaniami.
Do dzisiaj jednym z moich ulubionych momentów z filmów Marvela jest ucieczka Bannera po dachach faweli, która ładnie nakreśliła fakt, że ten facet zaszczuty przez władze nie może w żaden sposób polegać ma cudownych mocach (bo ciężko wpisać w tę kategorię Hulkowanie), ale musiał nauczyć się przeżyć i natychmiastowo dostosowywać do każdych warunków.
Niestety, największą bolączką całości jest kontynuowanie cyklu po sukcesie Irona Mana, który przedefiniował konwencję filmu superbohaterskiego i przywrócił do niej „komiksowość” oraz humor. Niesamowity Hulk stoi w rozkroku pomiędzy archaiczną formułą i nowym otwarciem, gdy samo studio nie wiedziało jeszcze za bardzo, w którą stronę popchnąć wielki projekt Marvel Cinematic Universe. I rykoszetem dostał właśnie film Louisa Leterriera, któremu na każdym kroku brakuje czegoś do bycia produkcją wartą zapamiętania – nic dziwnego, że to właśnie ten tytuł ma najwięcej niewykorzystanych wątków (Abomination, Leader) i najmniejszy wpływ na cały współdzielony świat.
Ale jakaś produkcja musiała oberwać pustakiem podczas wielkiej budowy i padło właśnie na tą. Dodatkowo reżyser udowodnił, że pewnej granicy twórczej nigdy już chyba nie przeskoczy i zawsze będzie tylko wyrobnikiem. Jednak przy wszystkich ubytkach technicznych oraz (sporych) niedoskonałościach scenariuszowych, miło zobaczyć Hulka, który nareszcie coś porządnie dewastuje. [Radosław Pisula]
Mocno niedoceniany na tle reszty filmów MCU, a szkoda, bo poza dwoma znacznymi problemami, jest jednym z najlepszych filmów tego uniwersum. Pierwszym problemem drugiego podejścia Hollywood do postaci Hulka (mniejszym) są odrzucające od ekranu, słabiutkie efekty komputerowe. Drugim (o wiele większym) źle skompletowana obsada, . I niestety – prawie cała (poza gościnnymi występami Stana Lee i Lou Ferigno, lubię tylko Tima Rotha w roli Blonsy’ego). Reszta filmu to dobra, niegłupia rozrywka, płynnie przedstawiająca historię naukowca, który chce się pozbyć swojego alter ego. Całość jest idealnie podzielona na trzy akty, a każdy z nich kończy się coraz to większą sekwencją akcji.
Można w nim poczuć trochę pierwszego „Terminatora” i „Ultimatum Bourne’a”, a kolorystyka to miód dla oczu, nie to co filmu z drugiej fazy, którym ktoś zmniejszył nasycenie kolorów i kontrast. Szkoda, że już tutaj nie zatrudnili Marka Ruffalo do głównej roli. :/ [Tomasz Bor]
12. Thor: Mroczny świat
Średnia ocen: 5,704
Film nie jest słabszy ani też lepszy od poprzedniego. Trzyma ten sam poziom, który dla wymagającego widza, znającego od podszewki historię Asgardu, będzie ciężki do przełknięcia. Jeśli jednak ktoś nie za bardzo odnajduje się w świecie komiksów i chce obejrzeć „Thora” tylko dla rozrywki, to gwarantuję, że ją otrzyma. Alan Taylor nie starał się stworzyć poważnego, mrocznego filmu, bo przecież Thor to nie materiał na tego typu patos. Zack Snyder próbował to zrobić w „Man of steel” i według mnie poniósł totalną klęskę, próbując wykreować drugiego „Dark Knight” – wyszło tandetnie i kiczowato. Oczywiście uszczypliwi powiedzą, że „Thor: Mroczny świat” ma infantylną fabułę.
Ja powiem więcej – tam nie ma żadnej fabuły. W skrócie to wygląda tak: przybywa zły potwór (bardzo potężny), którego jakimś cudem Thor pokonuje. Oczywiście nie mogło zabraknąć amerykańskiego schematu, w którym przeciętny obywatel wpływa na ostateczny wynik batalii (w tej roli superinteligenta Jane Foster). Druga część przygód o nordyckim bogu spełnia swoją rolę kina rozrywkowego dla widza w każdym wieku. A czy nie o to chodzi w komercji? [Marcin Cedro, recenzja]
11. Thor
Średnia ocen: 6,064
Pierwsze plany dotyczące filmu o następcy tronu Asgardu powstały już na początku lat dziewięćdziesiątych, a reżyserią miał zająć się Sam Raimi. Realizację przekładano, zmieniały się osoby na stołku reżyserskim oraz obsada. Ostatecznie Thor powstał wiele lat później, bo dopiero w 2011 roku. Odpowiadać miał za niego Kenneth Branagh, czyli świetny aktor i specjalista od ekranizowania dzieł Szekspira w jednym. Decyzja dziwna, ale po pewnym czasie stwierdziłem, że w tym szaleństwie jest jakaś metoda.
Wydawało mi się, że komuś takiemu jak Branagh uda się opowiedzieć o superbohaterach w bardziej klasycznym, może nawet właśnie „szekspirowskim” stylu, tak, aby całość nie opierała się głównie na efektach specjalnych, ale raczej na historii. Końcowy efekt nie bardzo spełnił te oczekiwania, co nie oznacza, że Thor jest filmem złym.
Rękę Branagha widać przede wszystkim w wątku rodzinnej walki o tron. W ogóle postać Lokiego, świetnie zagrana przez Toma Hiddlestona, jest ogromnym atutem filmu – zniuansowana pod każdym względem, wiarygodna, uciekająca od czarno-białego podziału na bohaterów złych i dobrych, ale raczej plasująca się w najciekawszym dla każdego widza obszarze trudnej do oceny szarości. Hiddleston przed premierą Thora grał głównie w brytyjskiej telewizji, teraz jest zaś (zasłużenie) gwiazdą globalną. Z jeszcze lepszym skutkiem do pierwszej ligi przebił się niezbyt znany wtedy Australijczyk Chris Hemsworth, którego Thor to nie tylko kilogramy mięśni, ale też całe tony charyzmy.
Aktorzy naprawdę dają radę i szkoda, że scenariusz nie w pełni wykorzystywał ich talent. Ta historia mogła być zdecydowanie ciekawsza, a może też i atrakcyjniejsza wizualnie – taki temat wyjściowy aż prosił się, aby wycisnąć z niego więcej. Thor zapewnia niezłą rozrywkę, ujmuje niektórymi postaciami czy wątkami, ale większość widzów zapomni o nim krótko po seansie. Nawet porównując film z innymi ekranizacjami komiksów o superbohaterach, sprawia wrażenie dość nijakiego – ani najlepszy, ani najgorszy, ot, niskie stany średnie z kilkoma przebłyskami. [Karol Barzowski]
Tragiczna baja. W całej masie niedorzeczności, tandety, skrótów, nieścisłości, ugrzecznienia, komiksowatości w najgorszym i najbardziej stereotypowym wydaniu, naiwności i klisz klisz, jedynie Hemsworth jest wart uwagi, bo widać, że koleś ma charyzmę, czuć w nim luz i widać biceps. W ogóle Hemsworth wygląda i brzmi jak facet, nie jakaś sfeminizowana popierdółka. Szkoda, że nie przeklina. Niemniej wszystko inne – na czele z Portman i jej pseudoromansem – jest o kant d. rozbić – nie klei się nic, wynika samo z siebie, a to mitologiczne uniwersum? Nie dość, że śmierdzące kiczem na odległość, to dodatkowo mocno jest odczuwalna obecność takich sobie fx, a tu przecież tak być nie powinno.
Trudno powiedzieć czy to rozczarowanie (bo oczekiwań nie miałem wielkich), jednak do „Iron Mana” czy „Hulka” się nie umywa, a te przeca są tylko na szkolne dostateczny+. [Rafał Oświeciński]
10. Iron Man 2
Średnia ocen: 6,110
Sequel „Iron Mana” spotkał się ze sporą krytyką i uchodzi za jeden z najsłabszych filmów MCU.
Nie zgadzam się z tym stwierdzeniem. Po kilku seansach uważam, że niewiele ustępuje on świetnej części pierwszej. Przegrywa z nią, oczywiście, zbyt małą i nieusprawiedliwioną ilością głównego bohatera, gorszą galerią czarnych charakterów (Vanko/Hammer) i nie najlepszym wątkiem umierającego Starka. Reszta – ten sam poziom co poprzednik, czyli bardzo fajna, superbohaterska rozrywka, do której lubię wracać. [Tomasz Bor]
9. Iron Man 3
Średnia ocen: 6,449
Najważniejszym aspektem Iron Mana 3 jest jego świeżość. Odchodzi w pewien sposób od stylistyki poprzednich filmów, przekładając lekko fiction nad science i takie głębsze zanurzenie w stylistyce komiksowej zwyczajnie się sprawdza. Twórca nic sobie nie robi z wyświechtanego schematu superbohaterskiej trylogii oraz bezceremonialnie bawi się oczekiwaniami widza, starając się zaskakiwać interesującymi rozwiązaniami. Zabawa twórców z treścią i formą stanowi następny ciekawy element produkcji. Mimo tego, że kombinowanie z postmodernistyczną hybrydyzacją często kończy się stworzeniem obrazu przypominającego monstrum Frankensteina, gdzie różne konwencje są poprzyszywane byle jak, to Black do perfekcji opanował żonglerkę gatunkami i umiejętne omijanie wynikających z tego pułapek.
Iron Man 3 to czysta, bezpretensjonalna, ale jednocześnie błyskotliwa zabawa. Pojawiają się oczywiście pewne zgrzyty i sytuacje, kiedy niewiarę trzeba zawiesić dosyć mocno. Można je jednak porównać do komara, który w piękny letni dzień truchta po skórze tymi swoimi chudymi odnóżami, po czym odlatuje bez ukłucia. A my o nim zapominamy, ciesząc się słońcem. [Radosław Pisula, recenzja]
8. Avengers: Czas Ultrona
Średnia ocen: 6,552
Bohaterowie, chemia między nimi, kreowanie i poszerzanie tego świata, sceny akcji, humor – wszystko jest na swoim miejscu i idealnie kontynuuje wątki rozpoczęte w poprzednich filmach uniwersum. Tylko co z tego, skoro „Czas Ultrona” jest tylko niezłym, potrafiącym znudzić nadmiarem atrakcji, kolejnym odcinkiem MCU, nie dającym prawie nic nowego od siebie? Wręcz przeciwnie, potrafi dobijać wtórnością i papugowaniem pierwszej części. [Tomasz Bor]
Przyzwoite kino rozrywkowe, perfekcyjnie zrealizowane, ale raczej pozbawione własnego charakteru, zbyt mocno splątane z pęczniejącym filmowym uniwersum, żeby mogło robić za samodzielną historię. Sceptyków raczej nie przekona do kina superbohaterskiego, ale fani wyjdą z kina zachwyceni. Mnie osobiście nieco rozczarował. Zawiera jednak tak wiele świetnych drobnych elementów: dialogów, choreograficznych i wizualnych pomysłów oraz fabularnych wolt, że zapewne jeszcze wiele razy wrócę do niego z przyjemnością. [Krzysztof Bogumilski, recenzja]
7.
Kapitan Ameryka: Pierwsze starcie
Średnia ocen: 6,555
To film znakomicie wyważony, zrealizowany bez zadęcia, ale z poszanowaniem dla materiału wyjściowego. Powagę przełamuje lekki, nienachalny humor, a patos jest zręcznie neutralizowany przez campową stylistykę. Wszystko to wymieszane umiejętnie, pewną ręką, bez zgrzytów i nagłych przeskoków, z naprawdę fanie oddanymi latami czterdziestymi w tle.
Chris Evans świetnie odnajduje się w roli młodego Amerykanina, który bardzo chce bronić swojego kraju, ale ze względu na chorowitość i nikłą posturę zostaje odrzucony w kolejnych komisjach rekrutacyjnych (swoją drogą, komputerowy Evans-chuderlak wygląda zaskakująco prawdziwie) i równie dobrze wypada później jako umięśniony i waleczny Kapitan, stojący na czele brygady żołnierzy. Geneza postaci została zresztą przedstawiona modelowo, a główny bohater to ktoś, komu chce się kibicować od pierwszej do ostatniej sceny. [Grzegorz Fortuna, recenzja]
6. Ant-Man
Średnia ocen: 7,014
Gdy dowiedziałem się, że w postać Scotta Langa a.k.a. Ant-Mana wcieli się Paul Rudd, byłem pewien, że to będzie dobry film. I nie rozczarowałem się – może Peyton Reed nie jest wirtuozem reżyserii, a sama historia nie ma takiego potencjału jak Iron Man czy Kapitan Ameryka, ale Ant-Mana ogląda się znakomicie właśnie dzięki właściwym decyzjom obsadowym.
Rudd zapewnia odpowiednią lekkość opowieści o chyba najmniej poważnym bohaterze w MCU – no bo jak inaczej nazwać gościa, którego „mocą” jest specjalny kostium, umożliwiający zmniejszenie się do mikroskopijnych wręcz rozmiarów i komunikację z mrówkami?
Zaletą Ant-Mana jest to, że w przeciwieństwie do kilku innych filmów Marvela zupełnie nie udaje wielkiej, poważnej produkcji, ale na pełnym luzie opowiada o byłym złodzieju, który niespodziewanie otrzymuje szansę na odkupienie rozlicznych grzeszków. Dobrze w roli Hanka Pyma, geniusza i wynalazcy kostiumu Ant-Mana, sprawdza się Michael Douglas, świetnie na drugim planie wypadają Michael Peña i raper T.I. Jedynie Corey Stoll w roli głównego „bad guya” zupełnie nie przekonuje i ani na chwilę nie zbliża się do poziomu innych marvelowskich antagonistów, choć pojedynki Yellowjacketa i Ant-Mana naprawdę robią wrażenie.
Film Reeda to przykład filmu niepozornego, zrobionego jakby od niechcenia, ale pokazującego, jak wielki potencjał tkwi jeszcze w komiksowych archiwach Marvela. Oby Paul Rudd i jego kostium otrzymali jeszcze wiele czasu ekranowego, bo zdecydowanie na niego zasłużyli. [Dawid Myśliwiec]
5. Iron Man
Średnia ocen: 7,633
Pierwszy i wciąż najlepszy film kinowego uniwersum Marvela. Gdy wyszedł na ekrany powalał swoją świeżością w tym gatunku. Jego ton był niezwykle lekki, rozrywkowy, ale nie kiczowaty i idealnie wpasowujący uwspółcześnioną wersję superbohatera w nasz, niespecjalnie podrasowany świat.
Iron Man” ma prawie wszystko co powinien mieć doskonały film superhero – rewelacyjne efekt specjalne, chwytliwą muzykę, dobre sceny akcji i tempo, sporo humoru, a także postacie, których losem się przejmujemy. To chyba zasługa doskonale dobranej obsady (Downey Jr., Paltrow, Bridges). Nie widzę innej możliwości jak ustawienie go na najwyższym stopniu podium tego rankingu i nie sądzę aby kiedykolwiek w przyszłości, jakiś inny film MCU był w stanie go przebić. [Tomasz Bor]
Co sprawia, że „Żelaznego człowieka” ogląda się tak dobrze? Jest to Robert Downey Jr., który w rolę luzackiego, zaliczającego panienki z okładek „Maxima” multimilionera wcielił się po prostu bezbłędnie. Potrafi on sprawić, że nawet scena rozmowy z inteligentną gaśnicą wygląda przekonująco, jakkolwiek głupio by to nie brzmiało. Do reszty obsady nie mam również żadnych zastrzeżeń. Już samo zgromadzenie takiej ekipy musiało stanowić niemały problem (czworo aktorów było wcześniej nominowanych do Oscara, w tym Jeff Bridges kilkakrotnie, a Gwyneth Paltrow otrzymała statuetkę za „Zakochanego Szekspira”).
Dużym plusem jest również fakt, że film nie stara się być tym, czym nie jest, jak było to w przypadku Spider-Mana. Przez cały film stężenie patosu jest równe zeru i nie ma żadnej sceny, w której główny bohater jest uchwycony malowniczym ujęciem na tle majestatycznie powiewającej flagi Stanów Zjednoczonych. Historyjka o Iron Manie moralitetem nie jest i być nim nie próbuje. [Maciej Poleszak, recenzja]
4. Avengers
Średnia ocen: 7,757
Jestem w mniejszości, bo musiałem się przekonywać do tego filmu i wciąż nie jestem nim zachwycony tak, jak wielu widzów i krytyków, którzy zapewnili mu status tytułu „kultowego” (w końcu zarobił $1,5 mld dolarów na całym świecie). Czemu nie byłem, nie jestem i zapewne nigdy nie będę nim zachwycony? Powód jest prosty, „Avengers” Jossa Whedona jest filmem zbyt infantylnym jak dla mnie, nie czuć w nim żadnej stawki przedstawianych wydarzeń, a ilość gagów czasami przekracza granice dobrego smaku. To dobry, letni blockbuster, lubię go, ale nie wiem czy zmieściłby się w piątce mojego osobistego rankingu filmów MCU. [Tomasz Bor]
Joss Whedon dał radę! Nie mamy może do czynienia z topową rozrywką spod znaku The Dark Knight czy Incepcji Nolana, ale jego film jest więcej niż solidny, zapewnia z górą dwie godziny lekkiej, pozbawionej kompleksów i pretensji zabawy, nie próbując udawać, że jest czymś więcej. Whedon jako reżyser megabudżetowego widowiska okazał się strzałem w dziesiątkę, co, jak pamiętam, po ogłoszeniu, że to jemu powierzono realizację, budziło u wielu spore wątpliwości. Pierwsze co samo się narzuca przy próbie podsumowania seansu, to fakt, że reżyser znakomicie poradził sobie z długą listą pierwszoplanowych bohaterów.
Nie lada zadaniem było rozdzielenie czasu ekranowego tak, żeby każdy z szóstki (Iron Man, Captain America, Thor, Hulk, Black Widow i Hawkeye) znalazł swoje miejsce w historii. A przecież wciąż trzeba było wygospodarować czas dla czarnego charakteru (Loki), Nicka Fury, Pepper Potts i agenta Coulsona. Powszechną obawą było, że skończy się na Iron Manie 3 i jego drugoplanowych pomocnikach. Tymczasem dzięki scenarzystom, Whedonowi, a zapewne również ostatecznej wersji montażowej, każdy z bohaterów ma swoje momenty i odgrywa istotną rolę w fabule. [Kelley, recenzja]
3. Kapitan Ameryka: Wojna bohaterów
Średnia ocen: 7,913
Ten film od samego początku chciałby być wybitnym dziełem kinematografii – podziały w pozornie zwartej drużynie; rozterki bohaterów, po czyjej stronie stanąć; czy wreszcie mierzenie się z największym, niespodziewanym wcześniej wrogiem – światem, który ma już dość naszych „mścicieli”.
I właśnie ten przesyt pomysłów w dwuipółgodzinnej produkcji Marvela sprawia, że mimo szczerych chęci nim nie zostanie, gdyż po pewnym czasie obraz ten nie wie już czym do końca jest – zamieniając się ostatecznie w bratobójczą bitwę na jakimś przerośniętym parkingu, podczas której przeciwnicy rozstawiają się po nim tak szeroko, że można by tyczyć między nimi trzy pasmową autostradę z pasami awaryjnymi. Do tego dochodzi kwestia udziału w tym filmie tytułowego Kapitana Ameryki – moim zdaniem zaangażowania postaci w fabułę jest tutaj tyle, że gdyby nie ważny dla serii splot wydarzeń powiązany z Howardem Starkiem, produkcja ta spokojnie mogłaby nosić miano kolejnej części Avengers, a nawet mogłaby się nazywać Iron Man: Nie do końca uzasadniony Mściciel. [Paweł Kuraś]
Dostajemy wzorcowy film rozrywkowy. Bardzo dobrze rozpisany – mimo że fabuła lubi zahaczyć o patos, to bohaterowie cały czas rozmawiają jak ludzie, a nie nieskazitelne ikony. Są różnorodni, świetnie zagrani i nawet główny złoczyńca (Daniel Brühl) wyszedł tym razem Marvelowi dobrze – może zniechęcić komiksowych purystów (w kolorowych zeszytach nosił na głowie fioletową skarpetę, a tutaj jej brakuje), ale stanowi fantastyczną przeciwwagę dla wszystkich tych kosmiczno/technologicznych cudactw z poprzednich filmów. To facet, który ma swój plan (momentami opierający się jednak na przypadkowości pewnych rozwiązań, co stanowi minimalną wadę) wynikający z konkretnych pobudek i wiedząc, że nie ma szans w bezpośrednim starciu ze współczesnymi bogami, wykorzystuje swoje umiejętności oraz słabości przeciwników, żeby osiągnąć cel.
Jest najbardziej ludzkim złoczyńcą w uniwersum, a przez to również i najniebezpieczniejszym. Z drugiej strony oprócz pełnokrwistych bohaterów i pieczołowicie zaplanowanej historii, stanowiącej laurkę dla stałych widzów śledzących przygody marvelowych peleryn, dostajemy film dopracowany technicznie pod każdym względem. [Radosław Pisula, recenzja]
2. Kapitan Ameryka: Zimowy żołnierz
Średnia ocen: 7,923
Bracia Russo zrobili naprawdę dobry film. Oryginalny względem innych produkcji Marvel Studios, konsekwentny oraz angażujący. Nie udało im się uciec do końca konwencji: momentami jest głupiutko, a pewne wątki zostają uproszczone. Również komentarz polityczny, tkwiący w rdzeniu fabuły, składa się z problemów wałkowanych już wielokrotnie: ogromne organizacje są skorumpowane, cel nie uświęca środków, zbytnio polegamy na organach władzy i tak dalej.
Jednak wątpię, czy ktoś idzie do kina na Kapitana Amerykę, aby walczyć z terroryzmem lub biurokracją. Natomiast jako lekki wakacyjny thriller konspiracyjny, Kapitan Ameryka: Zimowy żołnierz sprawdza się znakomicie. Sceny akcji są niezwykle widowiskowe (choreografia to tutaj prawdziwy balet łamanych kości), bohaterów można z miejsca polubić, a cała produkcja nie sprawia już wrażenia zwykłej reklamy marki „Avengers” – w końcu mamy do czynienia z pełnoprawnym filmem, który broni się znakomicie w oderwaniu od całego marvelowego krajobrazu. [Radosław Pisula, fragment recenzji]
1. Strażnicy Galaktyki
Średnia ocen: 8,279
Zwycięzca może być tylko jeden. James Gunn zrewolucjonizował konwencję komiksowego blockbustera, tworząc nie tyle film oparty na humorze, co pełnoprawną komedię, zanurzoną w konwencji space opery i rasowego kina akcji. Strażnicy Galaktyki wprowadzają do MCU wątek kosmiczny, otwierając przed twórcami komiksowych ekranizacji całą gamę nowych możliwości.
Film Gunna stał się częścią większego planu, potwierdzając niezwykłą konsekwencję i rozmach, z jakimi Kevin Feige i jego ekipa budują swoje uniwersum. Strażnicy Galaktyki obrośli kultem na długo przed premierą, głównie za sprawą genialnych zwiastunów i znakomicie prowadzonej kampanii marketingowej. Co najważniejsze, nie rozczarowali – historia grupy przypadkowych wykolejeńców różnego pochodzenia, którzy jednoczą się w walce z maniakalnym przywódcą rasy Kree, wciąga od pierwszych scen i trzyma widza na krawędzi fotela do samego końca. [Dawid Myśliwiec]
Dobre, soczyste, bezpretensjonalne, zabawne. Pierwsza myśl po zakończeniu pierwszego seansu: powtórzyć! Moje pokolenie miało Star Wars, Indianę, Aliena czy Predatora, a druga dekada XXI wieku na pewno będzie miała twarz Starlorda i jego bandy. Najlepszy blockbuster od czasów The Avengers, przy którym w cieniu chowają się inne komiksy. Po prostu zajebisty film bez słabych punktów. Oczywiście można się czepiać do różnych nielogiczności, można zerkać na dziury fabularne, wytykać schematy… ale po co? GotG to czysta przyjemność za każdym razem (a razów było już co najmniej 4). [Rafał Oświeciński]
