Connect with us

Publicystyka filmowa

NAJWIĘKSZE BLOCKBUSTERY LATA 2014. Część 4

W sierpniu 2014 roku na ekranach królują NAJWIĘKSZE BLOCKBUSTERY LATA 2014, w tym niepowtarzalni STRAŻNICY GALAKTYKI, którzy rozpalają wyobraźnię.

Published

on

NAJWIĘKSZE BLOCKBUSTERY LATA 2014. Część 4

Był maj.

Advertisement

Był czerwiec.

Był lipiec.

Advertisement

Pora na blockbustery sierpnia.

AUTOSTOPEM PRZEZ GALAKTYKĘ

Advertisement

guardians_poster_via_marvel

Nie zdziwiłbym się, gdyby Strażnicy galaktyki okazali się największym przebojem 2014 roku. Składniki są bowiem przyrządzone z odpowiednią dbałością o szczegóły, a głównym z nich jest fakt, że film jest kolejnym elementem uniwersum Marvela i już samo to wystarczy do przypuszczeń, że hit z tego będzie ogromny (a może pierwsza duża wpadka?). Na pewno pomoże gigantyczny budżet oscylujący wokół 200 baniek i wsparcie marketingowe Marvela i Disneya, które – w spółce – mogą liczyć na zaufanie milionów. Nie zmienia to faktu, że to chyba najbardziej ryzykowny z dotychczasowych projektów uniwersum – nieznani szerzej bohaterowie (może w Stanach, wśród komiksowych geeków), do tego umieszczeni w konwencji komediowo-fantastycznej, w środku kosmosu – to niekoniecznie musi się sprawdzić.

Reżyserem jest James Gunn, którego tylko wytrawni kinomani mogą skojarzyć z super “Super”, a w roli głównej wystąpi Chris Pratt, który dotychczas przemykał gdzieś w tle wielu produkcji nie pokazując za wiele swego talentu. Przed kamerą wystąpią jeszcze (w dużej części “pomalowani” pikselami): Chris Pratt, Zoe Saldana, Vin Diesel, Bradley Cooper, Djimon Hounsou, John C. Reilly, Glenn Close, Benicio del Toro. I to rodzi nadzieję. Wypada liczyć na duży luz tej produkcji ale i scenariuszową dyscyplinę, która w tym przypadku będzie bardzo istotna.

Advertisement

TWISTER DO POTĘGI

Advertisement

intothestorm

Powracamy do dobrze znanych schematów kina katastroficznego. Na tapecie tornada, więc pierwsze i jak najbardziej słuszne skojarzenia idą w kierunku “Twistera”, który – mógłbym zaryzykować i takie stwierdzenie – jest jednym z kultowych filmów lat 90., z idealnie wyważonymi składnikami (komedia, dramat, rasowa katastrofa). “Epicentrum”, bo taki jest polski tytuł, zapowiada się niezwykle efektownie i nie wydaje się, aby jego miejsce było na półce obok klasyków Asylum (mimo że to zasłużone studio takie klimaty uwielbia, vide “Sharknado”).

Pierwszy teaser sugeruje, że będziemy mieli do czynienia z wielką katastrofą naturalną, która masakruje wszystko na swojej drodze: wizja to dość ponura, ale może robić wrażenie, szczególnie “atak” natury na lotnisko pełne samolotów. Scenariusz w takim przypadku gra drugoplanową rolę, niestety, a Richard Armitage, znany przede wszystkim jako Thorin Dębowa Tarcza, jest jedynym kojarzonym jako tako aktorem w tej produkcji. Trudno więc oczekiwać wielkiego przeboju, choć emocje powinny być.

Advertisement

ZIEEEEW…

Advertisement

4-Teaser-Posters-for-Teenage-Mutant-Ninja-Turtles

Nie czuję kompletnie pomysłu na odświeżenie Żółwi Ninja. Na pewno nie jestem gościem, dla którego odsmażany jest ten kotlet. Trudno też usłyszeć, co mówią dzisiejsze dzieciaki, które mają łyknąć nową-starą franczyzę, a z tego co się orientuję TMNT nie są zabawkarską potrzebą, o której myśli się w pierwszej kolejności.

Michael Bay, który jest producentem nowego otwarcia, jest gwarantem efekciarstwa, a to w tym przypadku może grać niebagatelną rolę. Pierwsze zwiastuny sugerują dość przeciętnej jakości rozrywkę (bo cóż tu można nowego upuchcić). Sentymenty sentymentami, potencjał potencjałem, ja na samą myśl o nowych Żółwiach Ninja ziewam.

Advertisement

PO RAZ TRZECI W TEJ SAMEJ RZECE

Advertisement

Screen-Shot-2013-12-19-at-6.04.26-PM

Za to bardzo niejednoznaczny stosunek mam do “Niezniszczalnych 3”. Poniekąd zgadzam się z Rafałem, który słusznie punktuje uczestników “pokazowego meczu seniorów”. Ten cykl – dotychczas całkiem udany – powoli staje się parodią samego siebie, jakby upchnięcie jak największej liczby przebrzmiałych gwiazdorów kina akcji było celem samym w sobie. Oczywiście, nikomu (szczególnie Sylwkowi) nie chodzi o innowacyjne podejście do kina akcji – Niezniszczalni mają grać na sentymentach do herosów lat 80.

i 90., mają mieć kupę testosteronu, mają często mrugać do widza i przesadzać gdzie tylko można. Dwa razy się udało i oba seanse wspominam bardzo dobrze: nikt niczego nie udaje i to najbardziej wartościowa idea przyświecająca temu projektowi. Dlaczego więc kręcę nosem? Powód jest prosty: coś, co miało być jednorazowym wybrykiem i nieskrępowaną zabawą, przeistoczyło się w kino bawiące się oczekiwaniami widzów w dość prostacki sposób. Polubiliście konwencję za pierwszym razem? Dodamy więcej bohaterów, którzy zrobią większy hałas. Polubiliście konwencję za drugim razem? Dodamy kolejnych bohaterów, którzy zrobią jeszcze większy hałas.

Advertisement

Klasyczne pompowanie balona – dzieci krzyczą “jeszcze, jeszcze”, klaun dmucha, “dawaj, dawaj”, klaun dmie uparcie i… BACH!!! Czy usłyszymy pęknięcie w sierpniu? Prawdopodobnie tak, bo zwyczajnie nie wierzę w długie i udane życie tego typu pomysłów.

Advertisement

 SKOK PRZEZ WYSOKI PŁOT

mickey-rourke-sin-city-a-dame-to-kill-for

Sequel “Sin City” to – podobnie jak “Niezniszczalni” – wejście do tej samej rzeki. O tyle trudniejsze, że po 10 latach od premiery pierwszej części oraz po tryumfalnym pochodzie komiksowych ekranizacji, których w ostatnich latach mamy w bród. Gorzej, Robert Rodriguez próbuje przeskoczyć zawieszoną przez siebie poprzeczkę, a że wisi ona cholernie wysoko i na palcach jednej ręki można policzyć tych, którym się udało dosięgnąć rekordu (bo już pobić – niekoniecznie)… “Damulka warta grzechunie ma prawa się udać. Sukces “jedynki” zasadzał się na zaskakującej, niesamowicie oryginalnej formie i kapitalnie dobranej obsadzie.

Advertisement

Nie bez znaczenia były świetne zwiastuny, które podniecały każdego, bez względu na znajomość komiksów Franka Millera (obecnie takich smakowitych trailerów jest sporo, wówczas było niewiele). Innymi słowy – “Sin City” to nie tyle ekranizacja komiksu, co komiks na ekranie. Innowacyjny i odważny. Bezsprzecznie opus magnum Roberta Rodrigueza, perła w koronie jego przeciętnej filmografii. “Damulka”, którą zapowiadał od lat, wygląda niemalże identycznie: lekko zmieniona obsada nie czyni większej różnicy w odbiorze, ale emocje już nie te, zdecydowanie. Zwiastuny są słabe, kampania reklamowa niemrawa, a cały projekt nie podnieca tak, jakby mógł.

Sam Rodriguez nie wygląda też na Siergieja Bubkę kina. Casus “300: Początek imperium” się kłania, czyli może i dobry film wyjdzie, ale po co? Niektóre filmy – szczególnie te wyjątkowe, wręcz rewolucyjne w swoim gatunku – powinny zostać nietknięte, bo sequele są niejako deprecjonowaniem ich znaczenia.

Advertisement

 

Advertisement

[polldaddy poll=8033909]

Advertisement

Celuloidowy fetyszysta niegardzący żadnym rodzajem kina. Nie ogląda wszystkiego, bo to nie ma sensu, tylko ogląda to, co może mieć sens.

Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *