Publicystyka filmowa
MUZYCZNA POMARAŃCZA. Najciekawsza muzyka filmowa kwietnia 2018
MUZYCZNA POMARAŃCZA to przegląd najlepszych soundtracków kwietnia 2018, z nostalgicznie brzmiącą muzyką Alana Silvestriego w roli głównej.
Już po raz czwarty w tym roku zaglądamy do filmowej płytoteki. Miesięczne podsumowanie soundtrackowe ponownie skupia się na najlepszych pozycjach wysłuchanych z morza różnorodności gatunku. Zatem bez zbędnego przeciągania, oto jedne z ciekawszych ścieżek dźwiękowych kończącego się właśnie kwietnia 2018.
Premiera płytowa Player One odbyła się co prawda 30 marca, ale dopiero przy okazji filmu Stevena Spielberga można było w pełni docenić muzykę Alana Silvestriego (a także wydany osobno album z pobudzającymi nostalgiczne tony piosenkami). Muzykę typową dla tego kompozytora, napisaną w starym, dobrym stylu. Zresztą maestro kilka razy wraca tu nutami do swojej (i nie tylko) przeszłości. Nie jest to coś, co może równać się w jego największymi dokonaniami lat 80.
, 90. czy nawet z niektórymi kompozycjami powstałymi już na początku XXI wieku, ale dobrze słyszeć, że Silvestri nie zatracił całkowicie swojego pazura. Fani powinni być jak najbardziej ukontentowani oboma wydawnictwami. Warto – zwłaszcza po filmowym seansie.
Zaskakująco nieźle w kwestii dźwiękowej radzi sobie także świeżutki serial Zagubieni w kosmosie, do którego ilustrację napisał Christopher Lennertz. Tu również udało się odejść od typowego dla dzisiejszych czasów, bezpłciowego łubudubu i niedającej się od siebie odróżnić muzyki tła.
Jest więc odpowiednio przygodowo i z zacięciem, a kiedy trzeba, to do serca trafia przyjemna liryka – na przykład fortepianowe solówki. Nie zabrakło także przeróbki słynnego tematu ze starszych wersji tej historii. Są w końcu również okazjonalne, acz delikatne chóry oraz – pojawiający się zdecydowanie za rzadko – głos Lisbeth Scott. Jak na dziesięć odcinków pierwszego sezonu, soundtrack zamyka się w zgrabnych 70 minutach i praktycznie żaden utwór na nim zawarty nie wydaje się zbędny, więc nie ma nudy. Ani lipy.
Przedziwna planeta Ziemia to pozornie jeszcze jeden dokument o świecie, w którym przyszło nam żyć. Ale pozory nigdy nie były domeną kompozytora Daniela Pembertona, który do tematu podszedł na swój sposób, czyli szczerze, ale jakby na przekór oczekiwaniom. Co by bowiem nie sądzić o produkcjach przyrodniczo-naukowych, to większość z nich osadza się na podobnym pomyśle, w którym zapierające dech w piersiach widoki natury ubarwia równie monumentalna, piękna i hipnotyzująca muzyka.
Tymczasem propozycja Pembertona jest zdecydowanie bardziej nastawiona na różnorakie eksperymenty instrumentalne, przez co wydaje się tyleż odrealniona, co trochę oschła. Nie wchodzi zatem gładko i przy początkowym poznaniu może zniechęcić – zwłaszcza częstym wykorzystaniem elektroniki i pozbawioną punktu zaczepienia eklektycznością. Komu jednak podobał się Steve Jobs tegoż twórcy, ten powinien być zachwycony, choćby i bezkompromisowym podejściem do tematu.
A skoro już przy dokumentach jesteśmy, to National Geographic wypuściło także coś takiego, jak Symphony for Our World (Symfonia dla naszego świata), do którego muzykę napisali Austin Fray i Andrew Christie. I co tu dużo pisać – to naprawdę symfonia ku chwale mateczki Ziemi. Już otwierający całość utwór tytułowy to prawdziwy muzyczny wodotrysk, a każdy kolejny mieni się różnorodnością dźwiękowego życia, co stanowi idealne odzwierciedlenie opisywanego przez nuty miejsca.
Tu i ówdzie można trochę ponarzekać, bo nieco do życzenia pozostawia i rwany montaż podzielonego na wiele bardzo krótkich kawałków albumu, i oryginalność samej muzyki, na którą składają się mocno banalne, wyświechtane wręcz rozwiązania. Ale co z tego, skoro efekt finalny spełnia swoją rolę z nawiązką? Lajkuję.
Nie tak dawno pisaliśmy o kompozytorach francuskich starej daty, a tu proszę – Vladimir Cosma wyskoczył z całkiem sympatyczną ilustracją do komedii Comme des garçons (w wolnym tłumaczeniu: Jak chłopaki). Jak na Cosmę przystało melodie są pełne polotu i łatwo wpadają w ucho, a ich niezwykła lekkość nastawia pozytywnie i odpręża.
Stworzone wespół z innymi muzykami tematy bynajmniej nie kryją swojego pochodzenia, więc jeśli ktoś ma słabość do czysto paryskiego brzmienia akordeonu i równie staroświeckich skrzypiec, powinien czuć się tu, jak ryba w wodzie. Trochę jazzu i mocno popowych fragmentów oraz bezustanna zabawa dźwiękami różnych gatunków muzycznych dopełnia tę wielce optymistyczną, tętniącą radością twórczą pracę, którą śmiało mogę polecić każdemu.
Francuzem jest też Laurent Perez del Mar, który wysmażył klimatyczną ścieżkę dźwiękową do baśniowego I Kill Giants. To, wbrew pozorom, nie jest przygoda pełną gębą o wybijających szyby w oknach, potężnych tematach. Wręcz przeciwnie – dominuje intymna liryka i nastrojowe kawałki, w których kryje się jednakże sporo muzycznej magii i wiele detali do odkrywania raz za razem.
Oczywiście paru żywszych i/lub bardziej dramatycznych fragmentów nie brakuje, niemniej całość zdominowana jest przez dość bezpieczne, czyli niepowodujące nagłego ataku serca dźwięki, które spokojnie można puścić też najmłodszym. Na deser dostajemy też dwie ładne piosenki. Zdecydowanie warto sobie posłuchać wieczorkiem.
Po raz kolejny nie zawodzi też Tunezyjczyk Amine Bouhafa, którego podkład pod mało znany nad Wisłą serial Secret of the Nile (Sekret Nilu) oferuje dokładnie to, czego można się spodziewać po tytule. Jest więc egzotycznie, tajemniczo i romantycznie zarazem. Klasycznie skrojony, iście dystyngowany, acz energiczny temat główny uzupełnia tu cała gama niezwykle przyjaznych uchu melodii.
Jest trochę czysto salonowych taktów, do których można się pobujać, tradycyjnie spokojna liryka, jak i wymieszany z przygodą suspens. A wszystko to zamknięte w zaledwie półgodzinnym materiale, co przekłada się również na bardzo wygodne słuchowisko.
Jeszcze jednym przedstawicielem małego ekranu jest seria Keeping Faith, do której nuty napisał niejaki Laurence Love Greed. Tytuł, jak i środkowy człon danych personalnych autora mówią w tym wypadku absolutnie wszystko – wiara i miłość przenikają tę w sumie prostą, lekką i niezobowiązującą ścieżkę dźwiękową. Niesiona głównie siłą różnych odcieni ludzkiego głosu, solowego fortepianu oraz gitary jest tak zwyczajnie fajna i ujmująca, że aż się ciepło robi w środku.
Jest tu też co prawda miejsce na kilka bardziej smętnych fragmentów, lecz ogółem mamy do czynienia z pozytywnymi wibracjami i wyjątkowo chwytliwą ilustracją, dla której wędruje ode mnie duży kciuk w górę.
Nie mógłbym też pominąć niezawodnego Nicka Cave’a i jego kompana Warrena Ellisa oraz ich oprawy do zeszłorocznych Kings. Jak na rasowy dramat, a także preferowane przez wyżej wymienionych panów brzmienia przystało, jest posępnie, bardzo jednostajnie i mało widowiskowo. Klimat można tu jednak ciąć wietnamską piłą tarczową, a w ponurej aurze beznadziei da się dostrzec nieoczywiste, surowe piękno. Tradycyjnie już w przypadku tego duetu, trudno jest się od trwającej zaledwie trzy kwadranse ścieżki oderwać, bo mimo gorzkiej natury hipnotyzuje, przyciągając swym minimalizmem. Na swój sposób pozycja obowiązkowa.
W końcu, na rozluźnienie, przesympatyczna składanka Funny Cow, na której Richard Hawley z rozbrajającą czułością wyśpiewuje tytułowy numer, niczym w jakiejś staroświeckiej komedii romantycznej. Na zgrabnym, niezbyt długim albumie znajdziemy też inne kawałki śpiewane – także w duecie – o bardzo ciepłym, czarującym tonie.
Łatwo w nich zatonąć. Podobnie jak w nielicznych fragmentach ilustracyjnych, utrzymanych w podobnie nastrojowym stylu, który z łatwością trafi do serca każdego marzyciela. Niezłym kontrastem jest dla nich parę ostrzejszych, rockowych, ale również skąpanych w liryce przebojów Olliego Treversa. Generalnie to pysznie spędzony czas.
Bonus:
Na deser niespodzianka dla miłośników palenia gumy do taktu i Edgara Wrighta. W rok po premierze Baby Driver postanowiono wypuścić na rynek uzupełnienie dla podstawowego soundtracku, o nazwie Volume 2: The Score for a Score. Znajdziemy tu parę piosenek nieobecnych na tamtym wydaniu, parę nowych przeróbek, a także – jak wskazuje tytuł – nieco muzyki ilustracyjnej autorstwa Stevena Price’a (Grawitacja). Przyjemny dodatek.
