Midnight Movies. Seans o północy
Jak często pojawia się film określany mianem kultowego? Co rok? Co miesiąc? Co tydzień?
Gdyby bezkrytycznie wierzyć wszystkim piszącym o filmie osobom, to właśnie tak by wyglądała kinowa rzeczywistość. Słowo „kultowy” jest jednym z najczęściej nadużywanych. W dzisiejszych czasach trudno jest znaleźć film, w którego opisie nie znajdowałby się ten epitet.
Cytując naszych dziadków, można powiedzieć, że „kiedyś to były czasy”. Kiedyś mianem filmu kultowego określano jedynie prawdziwe dzieła, którym grono fanatycznych wyznawców oddawało swego rodzaju cześć. Te filmy nie były jedynie rolkami celuloidowej taśmy, ale raczej – werbel – relikwiami. Z czasem pojęcie to uległo dewaluacji. Kultowymi zaczęto nazywać filmy, o których po prostu pamięć przetrwała dłużej niż jeden sezon. Najgorsze jednak miało dopiero nadejść. Współcześnie określenie „kultowy” jest po prostu synonimem takich terminów, jak „popularny” i „dobry”. Innymi słowy: dzisiaj to określenie nie oznacza już absolutnie nic. Fakt ten jest godny ubolewania.
Tym większą uwagę należy zwrócić na książkę „Midnight Movies. Seans o północy” pióra amerykańskich specjalistów od kina eksperymentalnego, J. Hobermana i Jonathana Rosenbauma. Pozycja ta przenosi czytelnika do nieznanej zwykłym śmiertelnikom krainy, w której filmy kochano z niezdrową wręcz pasją. Nawet najbardziej radykalni miłośnicy „Gwiezdnych Wojen” wyglądaliby szaro i śmiesznie na tle postaci opisywanych w tej książce. Zresztą i tak większość fanów Dartha Vadera kładła się spać w momencie, gdy nasi bohaterowie dopiero szykowali się do wyjścia „na miasto”.
Najogólniej rzecz ujmując, “Seans o północy” opowiada o nocnych pokazach filmowych. Zjawisko to jest tak stare jak samo kino, jednak jego szczególne nasilenie miało miejsce w latach 60. i 70. ubiegłego stulecia. J. Hoberman i Jonathan Rosenbaum poddają ten okres niezwykle wnikliwej analizie. Interesują ich nie tylko królujące tam i wtedy filmy, ale również – a może przede wszystkim – cała towarzysząca pokazom otoczka społeczna i kulturalna. Ich książka nie jest więc jedynie klasyczną publikacją filmoznawczą, ale również w dużej mierze reporterskim opisem pewnego bardzo specyficznego środowiska.
Kino przez długie lata uważane było za prostą rozrywkę dla mas. Poważni krytycy sztuki traktowali je z lekceważeniem – zwłaszcza kino amerykańskie było materią, od której intelektualiści powinni trzymać się z daleka. Już sam termin „przemysł filmowy” rodził jednoznaczne skojarzenia z bezduszną, przeżutą, skrojoną pod masowego widza papką. Jednak w drugiej połowie dwudziestego stulecia sytuacja uległa zmianie, „coś zaczynało buzować pod tą zamarzniętą glebą”. Młodzi twórcy zaczynali odkrywać możliwości, jakie dawała kinematografia. Za pomocą kamer przelewali swoje surrealistyczne fantazje na celuloidową taśmę. Takie produkcje, jak na poły pornograficzne „Płonące Istoty” Jacka Smitha, niewiele miały wspólnego z tradycyjnie pojmowaną sztuką. Miały przede wszystkim prowokować. W większości wypadków cel ten udawało się zrealizować – świadczą o tym liczne naloty policji na kina wyświetlające tego typu produkcje. Rosenbaum i Hoberman poświęcają zresztą wiele uwagi starciom awangardowych artystów z policją – jest to jeden z najciekawszych motywów przewijających się przez całą książkę. Wiele z przytaczanych epizodów stanowi doskonały temat na pulsujący mroczną energią film o miłości do kina.
Punkt zwrotny opowieści stanowi moment, w którym do gry włącza się sławny Andy Warhol. Mało kto pewnie zdaje sobie sprawę, iż ten kojarzony z puszką zupy Campbell artysta był również niezwykle aktywnym reżyserem, choć to określenie trzeba wziąć w duży cudzysłów. W praktycznie żadnym z ponad 50 nakręconych przez niego filmów nie ma mowy o pojmowanej w tradycyjny sposób fabule. Bardziej niż opowiadanie historii interesowało go poszerzanie granic filmowej ekspresji.
„Seans o północy” pełen jest opisów „filmów” będących owocami jego nieszablonowej wyobraźni. Wystarczy tutaj wspomnieć chociażby o dziele noszącym bardzo wymowny tytuł „Sleep”. Jest to – uwaga, spoiler – trwający 321 minut zapis snu pewnego mężczyzny. Nie chodzi tutaj jednak o marzenia senne, lecz po prostu o sen! Wydaje się wątpliwe, aby ktokolwiek ze współczesnych widzów był w stanie obejrzeć to w całości. A i tak jest to jeden z „normalniejszych” Warholowskich dziwolągów. Losy ich powstawania i recepcji stanowią pasjonującą lekturę. Nie były to rzecz jasna dzieła rozpowszechniane drogą tradycyjną. Produkcje Warhola i innych twórców tamtego okresu wyświetlano na tajnych, organizowanych pokątnie pokazach. Wspólne oglądanie i przeżywanie miało często większe znacznie niż same filmy. Zdaniem autorów „Seansu o Północy” były to bowiem swego rodzaju msze, a atmosfera, jaka się wokół nich wytwarzała, miała cechy kultu. Te undergroundowe produkcje docierały do stosunkowo wąskiego grona odbiorców. Nie można było mówić o szerszym ruchu społecznym. Do jego wykształcenia potrzebne były pieniądze! Bez tego elementu nie poradzi sobie nawet sztuka alternatywna.
Nie od dziś wiadomo, że nic nie sprzedaje się tak dobrze, jak ładnie opakowana iluzja buntu. Elementy wszystkich awangardowych ruchów z czasem wchodzą do głównego nurtu. Pod koniec lat 60. do szerokiej dystrybucji zaczęły trafiać filmy, które posługiwały się technikami i tematami charakterystycznymi dla produkcji kojarzonych dotąd z undergroundem. Wśród intelektualistów zapanowała moda na „dziwne” i niegrzeczne filmy. Przemysł kinowy rządzi się takimi samymi regułami, jak wszystkie inne segmenty rynku – aby interes się kręcił, to wyświetlane filmy muszą przynosić zysk. Nie musiało minąć wiele czasu, aby kiniarze zorientowali się, że na surrealistycznych filmach również można dobrze zarabiać. Aby dobrze „szły”, należy jedynie zapewnić seansom odpowiednią atmosferę. Tak też narodził się pomysł wyświetlania tych specyficznych produkcji o północy. Widzowie napawali się poczuciem uczestnictwa w czymś wyjątkowym i – pozornie – elitarnym, właściciele kin cieszyli się zaś z dodatkowych zysków. Z czasem większość kin, zwłaszcza w Nowym Jorku, wprowadziła do swych repertuarów seanse o północy. Filmy podczas nich wyświetlane podlegały takimi samymi prawom, jak zwykłe dzienne produkcje – były grane dopóty, dopóki ludzie na nie chodzili.
Autorzy „Midnight Movies” opisują kilkadziesiąt tego typu niecodziennych produkcji – wśród nich znajduje się wiele interesujących i wartych zobaczenia perełek. Autorzy skupili się jednak przede wszystkim na analizie kilku najbardziej popularnych produkcji tego nurtu – takich, które grane były w wielu kinach przez kilka lat, wokół których wytworzył się prawdziwy kult i żywa społeczność. Tymi „under hitami” były Rocky Horror Picture Show, El Topo, Noc żywych trupów, Różowe flamingi, Nierówna walka i Głowa do wycierania. Hoberman i Rosenbaum szczegółowo opisują dzieje tych filmów – od sylwetek twórców i procesu ich powstawania aż po szczegółową analizę ich treści. Autorów najbardziej interesuje jednak „kinowy żywot” tych produkcji. Szczegółowo opisują długotrwały proces wykształcania się kultu. Większość filmów zaczynała niepozornie, aby stopniowo – tydzień po tygodniu – zdobywać sobie coraz większe grono sympatyków. I to nie byle jakich!
Najbardziej barwnie to zjawisko zostało opisane na przykładzie Rocky Horror Picture Show. Ten opowiadający o losach transseksualnego naukowca campowy musical science fiction przeszedł do historii jako największy przebój ery seansów o północy. Liczni zapaleńcy chodzili na ten film co tydzień! Widzowie – oczywiście odpowiednio poprzebierani – tańczyli i śpiewali razem z bohaterami. Sam film stał się pretekstem do spotkań ze znajomymi. O skali kultu, jaki wytworzył się wokół „Rocky Horror…” niech świadczy fakt, że z czasem pojawiło się czasopismo traktujące wyłącznie o społeczności fanów, a najbardziej zagorzali z nich zaczęli podróżować po Ameryce z własnym układem tanecznym, który opracowali podczas licznych seansów. A to dopiero wierzchołek góry lodowej!
Autorzy z uwagą przyglądają się również biografiom najbardziej znanych postaci związanych z ruchem midnight movies – zarówno artystów, jak i krytyków filmowych i właścicieli kin czy najbardziej aktywnych widzów. Jest to prawdziwa galeria ekscentrycznych postaci, które portretowane są jednak z nieukrywaną sympatią i fascynacją. Momentami ciężko uwierzyć, że opisywane wydarzenia działy się naprawdę.
Warto w tym miejscu zwrócić uwagę na fakt, iż książka ta została napisana w 1981 roku i od tamtej pory nie była aktualizowana. Nie jest to więc tworzona z perspektywy lat analiza, lecz raczej pisany na gorąco raport z pola bitwy. I ta żarliwość jest właśnie jedną z największych zalet książki. Autorzy czasami nieco przesadzają (Noc żywych trupów jako głos w dyskusji na temat emancypacji Afroamerykanów!), ale nigdy nie czynią tego w złej wierze. Poza tym interesującym doświadczeniem jest czytanie o Davidzie Lynchu jako o młodym, dobrze zapowiadającym się malarzu, który postanowił spróbować swoich sił w kinie.
„Midnight Movies. Seans o północy” mówi przede wszystkim o niczym nieskrępowanej miłości do kina. Miłości często chorej i zbyt intensywnej, ale zawsze szczerej. Dodatkowo tę książkę można traktować również jako almanach zawierający opisy kilkudziesięciu nietuzinkowych, a praktycznie nieznanych filmów. Seanse sponsorowane przez panów Hobermana i Rosenbauma z pewnością będą stanowiły ciekawe urozmaicenie na tle współczesnej kinematografii.
Bo czy praca, w której tak dużo miejsca poświęca się analizie inspirowanego nową falą i włoskim neorealizmem musicalu reggae, może być zła?
Tytuł: Midnight Movies. Seans o północy
Autor: J. Hoberman, Jonathan Rosenbaum
Tłumaczenie: Michał Oleszczyk
ISBN: 978-83-925733-7-1 / 978-83-62574-27-8
Projekt okładki: Bartek Materka
Seria: Linia Filmowa
Liczba stron: 344
Data Premiery: 2011-07-21