Kino klasy Z

PUPPET MASTER: LITTLEST REICH. Achtung! Te laleczki bawią

Nazilalki, hipsterzy i starzy załoganci VHS w radosnym B-klasowcu.

Autor: Tomasz Bot
opublikowano

Pierwsza część Puppet Master dostała u nas wysokie noty. Ostatnia – fatalne. W międzyczasie było dziewięć średnich i słabych, o tytule na tyle zbliżonym do serii Rocco: Puppet Master – równie obfitej w sequele – że zdarzyły mi się omyłki podczas ściągania na dysk. Nowy odcinek (mówię o serii z ubranymi aktorami) nie wzbudzał mojego zainteresowania, dopóki nie dowiedziałem się, że za scenariusz odpowiada S. Craig Zahler – twórca paru mocarnych filmów, który niedawno zrobił diabelnie ostre Dragged Across Concrete. Do seansu zachęcała też obsada. Przed kamerę stawili się: Udo Kier (weteran „ekranowej inności” – od Argento do von Triera), Matthias Hues (długowłosy blondas, karateka lat 80. i 90.), Barbara Crampton (znana z m.in. Reanimatora), Michael Paré (od Waltera Hilla po taniochę kina akcji czy horroru). Szykował się niezły zjazd, ale to jeszcze nie było gwarantem jakości. Rebooty, remaki i sequele często wiele obiecują, a trafiają obok tarczy. Tyle że… jest naprawdę dobrze!

Całość jest przemyślana i zrobiona ze smakiem. Tym złym. Ale dobrym. No, wiecie, o co chodzi…

Edgar znajduje w szafie niezwykłą lalkę i postanawia ją sprzedać na aukcji w hotelu, w którym doszło kiedyś do krwawego incydentu. Na miejsce przybywa wraz ze swoją dziewczyną i kolegą. Nie wiedzą, że laleczki (liczba mnoga, bo w hotelu jest ich więcej) żyją, a dodatkowo wyznają faszystowską ideologię. Zaczną więc od usunięcia z budynku wszelkiej „inności”…

Nigdy nie byłem fanem serii Charlesa Banda (współtwórca choćby Robota Joxa). Pierwsza część miała przyjemny klimat niszowej, nieco teatralnej i przykurzonej produkcji, ale chwilami naprawdę wiało nudą, co czuć jeszcze wyraźniej, gdy się ją ogląda po latach. Jednak przerabiana w wieku lat nastu miała pełne prawo wywoływać wypieki i wytrzeszcz oczu. Kolejne odsłony znam piąte przez dziesiąte; obecnie kojarzę tylko kilka scen z laleczką wiertłogłową czy sześciorękim kowbojem. Może dlatego, że mali psychole mieli wyraziste atrybuty zewnętrzne (ostrze, miotacz płomieni), ale cierpieli na deficyt prawdziwej osobowości. Miałem wrażenie, że gumowy zwyrodnialec Chucky – z pełnym jadu i wyrazu głosem Brada Dourifa i naprawdę zaciętą facjatą – zjadał je na śniadanie. Po tym odcinku, będącym właściwie rebootem jedynki, mogę orzec, że taki posiłek stanąłby rudemu sadyście w gardle, by po chwili sforsować ścianę tegoż gardła i przebić na świat zewnętrzny. Pisałem o reboocie, choć producent serii, Charles Band, mówi raczej o alternatywnym, mroczniejszym świecie laleczek. Nazwa jak najbardziej adekwatna, ale najważniejsze, że dostajemy naprawdę udany film – krwawy, zwarty i zabawny. No i bez realizacyjnej lipy, bo całość jest przemyślana i zrobiona ze smakiem. Tym złym. Ale dobrym. No, wiecie, o co chodzi…

Mamy tu najlepsze zdjęcia w całej historii bandowskich laleczek – solidne i niespłaszczające opowieści. Za muzykę (rzewną, dramatyczną i silnie retro) odpowiada Fabio Frizzi, włoski klasyk ilustracji do horrorów, wsławiony współpracą z Lucio Fulcim (choćby Hotel siedmiu bram). Wspomniana „stara gwardia” aktorska (Kier, Crampton, Paré, Hues – już same nazwiska brzmią mocno) gra na drugim planie, ale każdy robi to solidnie lub (ok, mówimy o długowłosym blondasku) w „niezaprzeczalnie swoim stylu”. Wiodący aktorzy – znacznie młodsi i mniej kojarzeni – wypadają nadspodziewanie dobrze. Pewnie było łatwiej coś zbudować, mając za bazę historię od Zahlera, który wie, że widz musi się przejąć losem postaci. Bo sama jatka – choćby nie wiem, jak fantazyjna – nie załatwi sprawy. Więc dostajemy trójkę bohaterów, którzy nie tylko nas przekonują, ale też wzbudzają naszą sympatię. Zahler ma świadomość, jakie ścieżki wiodą do serca widza filmów typu Puppet Master. Protagonistą uczynił przyprószonego już siwizną sprzedawcę w sklepie z komiksami. Wycofanego rozwodnika, który musi znowu zamieszkać z rodzicami, mimo faktu, że ojciec brzydzi się jego drogą życiową. Edgar to fan popkultury; niejeden pracownik sklepu z płytami lub recenzent kina klasy B szybko nawiąże z nim więź. Jego dziewczyna jest żywą i energiczną studentką, która w starciu z lalkami wykazuje niebywały hart ducha i żwawo sięga po gnata. Istny miks Ripley z Jamie Lee Curtis. Kumpel Edgara i szef w jednej osobie – gaduła Markowitz – to typ zblazowanego bystrzaka, który gdzieś tam pod swoją mitomańsko-narcystyczną maską skrywa złote serce. Zestawienie tych nader żywych, niekreślonych tanią i  grubą kreską bohaterów z nazilalkami daje udany efekt.

Przejdźmy jednak do tych drugich. W filmie zabrakło paru ikonicznych postaci (np. sześciorękiego Kowboja), za to trafi się kilka nowych, m.in. Żabę czy Money Lendera, wyglądającego jak żydowska figura zamieszkująca głowy wszystkich antysemitów. Laleczki z serii nigdy nie wzbudzały lęku (no, chyba że oglądaliście obraz jako dzieci, pod nieobecność rodziców). Teraz też tego nie robią – już choćby przez fakt, że film ten jest tak naprawdę makabryczną komedią. Twórcy świadomie opuścili zasłonę, stwierdzając, że w obecnych czasach nawet nie ma co udawać, że służące swastyce kurduple są materiałem na horror. Małych bohaterów wykonali jednak naprawdę solidnie. Nie jest to oczywiście poziom prac Gigera czy Carlo Lambardiego, ale na potrzeby bardziej „lightowego” kina wystarczy. Szczególne wrażenie robią sekwencje „porodu” oraz wniknięcia w mózg jednej z ofiar. Zasadniczo pofolgowano tu sobie z makabrą. Nowe Puppet Master to pracownia demontażu i obróbki ludzkiej tkanki. Wygląda ona jednocześnie hardcorowo i umownie, ale też nie przytłacza ani postaci bohaterów, ani toku akcji. Masakra jest smakowita, budzi szeroki i ciepły uśmiech. Atmosferę rozprężenia wzmacniają ostry język bohaterów i sceny sexu. Oba elementy pasują tu jak ulał.

Zahler – reżyser, ale też metalowy muzyk –  lubi popkulturę i lubi zadymę. Dlatego chuchnie nam w twarz siarą i buchnie krwią, bo takie produkcje sam chce oglądać. Zapewne też kręci go fakt, że kontrowersyjne treści w jego historii mogą zapowietrzyć pewną część widzów. Piszę o scenarzyście filmu częściej niż o reżyserze, ale tak się składa, że ten pierwszy odbił na dziele swoje wyraźne piętno. I znak jakości.

Obraz jest krótki, sprawnie nakręcony. Nie ma czasu na nudę, a twórcy całkiem przytomnie skorzystali z metody – jeszcze względnie świeżej – „zmieszaj hipsterów z…”. I tak komedia To już jest koniec łączyła ich z apokalipsą, a mniej znany Suburban Gothic – nawiedzonym domem. Tutaj napompowani popkulturą brodacze mogą trzeszczeć ironią tak długo, jak długo nie zacznie się jatka. Reżyser nowego Puppet  Master wyszedł też z założenia, że jak rzeźbisz – nieważne, czy w klasie B, czy innej –  to dłuto trzymaj pewnie i pracuj z szacunkiem dla materiału. Kino tańsze czy mniej ambitne nie musi być synonimem niestaranności. Jak jest, to wyląduje w koszu w markecie, z naklejoną ceną 4,99, a i tak nikt go nie weźmie. Natomiast próby bycia superodjechanym non-stop skutkują obrazami typu Maczeta zabija, które zabawne są tylko dla tych, którym wmówiono, że są zabawne.

Naziści – w kinie komiksie i grach komputerowych –  nadal są cool, zwłaszcza w połączeniu z pierwiastkiem nadnaturalnym. Za to Zahler nadal wybija zęby. A nowe Puppet Master to naprawdę sympatyczny film do detoksykacji mózgu po ciężkim dniu. Na tyle udany, że już wypatruję kolejnej części. Mała rzesza, a cieszy.

 

Ostatnio dodane