Publicystyka filmowa
JAMES BOND od 60 lat ratuje świat. Wielki przegląd WSZYSTKICH filmów o przygodach agenta 007
James Bond gości na ekranie od 60 lat – w tym tekście przeczytacie o WSZYSTKICH filmach, w których pojawił się w tym czasie.
Autorem tekstu jest Piotr Żymełka.
James Bond 007, agent (do niedawna) Jej Królewskiej Mości (a teraz Jego Królewskiej Mości). Znają go wszyscy. Bond, ikona stylu i luzu, od dekad otoczony pięknymi kobietami. Do świata popkultury wkroczył już prawie siedemdziesiąt lat temu, na kartach powieści „Casino Royale” Iana Fleminga, byłego brytyjskiego szpiega, który spędzał emeryturę na malowniczej Jamajce i przelał na papier nieco własnych doświadczeń, doprawiając je szczyptą wyobraźni. Głównym bohaterem uczynił swoje alter ego, a personalia „pożyczył” od autora książki o karaibskich ptakach. Powieść szybko znalazła odbiorców i wkrótce powstały kolejne. Ale dopiero filmowe wcielenie agenta zawojowało świat.
Kino sięgnęło po Bonda dziewięć lat po premierze pierwszej powieści (jeśli nie liczyć krótkiego amerykańskiego, telewizyjnego przystanku), a wcielił się w niego szkocki model i aktor Sean Connery. Fleming, z początku sceptyczny, szybko przekonał się do zadziornego Szkota i chętnie gościł na planie. Niestety zmarł przed premierą trzeciej odsłony cyklu i nie zobaczył, jak stworzony przez niego bohater staje się ikoną popkultury. James Bond natomiast piął się na szczyt i nie dawał o sobie zapomnieć w żadnej z kolejnych dekad. Wcielało się w niego sześciu aktorów (w oficjalnym cyklu). Dla porządku – oprócz Connery’ego byli to Australijczyk George Lazenby, Anglik Roger Moore, Walijczyk Timothy Dalton, Irlandczyk Pierce Brosnan oraz Anglik Daniel Craig.
Co sprawiło, że akurat ta postać tak bardzo spodobała się widzom, że z mniejszymi lub większymi sukcesami wciąż jest obecna na ekranach? To wszak dość sztampowy, oparty na stereotypach bohater, który (prawie, jak pokazały najnowsze odsłony) zawsze wygrywa i świętuje sukces w ramionach pięknej kobiety. Może właśnie w tej prostocie tkwi jego największa siła – mężczyźni chcą być tacy jak on, a kobiety chcą być z nim. Do tego szczypta luksusu – wszak 007 nocuje wyłącznie w najlepszych hotelach, wygląda jak milion dolarów i w każdej sytuacji zachowuje zimną krew. Pewnie, że można zarzucać jego przygodom naiwność, ale po co, skoro świetnie się je ogląda?
Poza tym James Bond od samego początku nadążał za czasami, często „korzystając” z gorących tematów, rozgrzewających opinię publiczną, jak na przykład wyścig kosmiczny w latach sześćdziesiątych, czy walka z kartelami narkotykowymi dwie dekady później. Potencjał serii szybko dostrzegli również producenci alkoholi, samochodów, ubrań, zegarków… Bywało jednak i tak, że firmy odmawiały twórcom, (często, by później wracać do nich z podkulonymi ogonami).
Sześćdziesiąt lat, dwadzieścia pięć filmów, sześciu aktorów. Przy takiej różnorodności musiały trafiać się zarówno pozycje bardzo dobre, jak i średnie, a nawet kilka wyjątkowo słabych. Jedne zniosły piętno czasu lepiej, inne gorzej. Ale w każdej znajdą się elementy, do których warto wracać. Poszczególne odcinki cyklu stanowią również zwierciadło czasów, w których powstały. Wiele scen ze starszych części, dzisiaj nie miałoby racji bytu. Na ekranie dostrzec można ewolucję mody, obyczajów, a nawet prześledzić, co rozpalało popkulturę w danym okresie. Zmieniał się również i Bond, choć pewne cechy pozostawały – umiłowanie do dobrych alkoholi, słabość do drogich samochodów, pławienie się w luksusach oraz zainteresowanie płci przeciwnej. I choć w ostatnich filmach akcenty rozłożono nieco inaczej, to zawsze dało się znaleźć podstawową „substancję” 007.
Spójrzmy zatem w kolejności chronologicznej na filmy o przygodach Jamesa. Przegląd poniższy zawiera zarówno wszystkie oficjalne produkcje EON (jak dotąd dwadzieścia pięć filmów), jak i trzy powstałe poza kanonem. Odpuściłem sobie tylko serial animowany o przygodach bratanka Bonda, czyli James Bond Jr., a także nie uwzględniłem tu pomniejszych form, stanowiących raczej ciekawostkę w rodzaju cameo George’a Lazenby’ego w The Return of the Man from U.N.C.L.E. oraz pierwszego występu Rogera Moore’a jako Bonda w skeczu z 1964 roku.
To jak? Zaczynamy?
Dr. No (Doktor No), 1962, reż. Terence Young
The First James Bond Film Adventure!
Pierwsza przygoda Jamesa Bonda z oficjalnego cyklu (choć na ekranie debiutował osiem lat wcześniej) zestarzała się zaskakująco dobrze. Większość charakterystycznych elementów, które zostaną później rozwinięte w kolejnych filmach już tu zaznaczono: muzyczny motyw przewodni, sposób w jaki 007 się przedstawia, scena w kasynie, flirt z Moneypenny, odprawa u M, pojawia się protoplasta Q (odgrywany jeszcze przez innego aktora, Petera Burtona), a czarny charakter to megaloman z wymyślną kwaterą główną. No i, oczywiście, po ekranie paradują piękne kobiety.
Sama intryga jest przez większość czasu zaskakująco kameralna, detektywistyczna raczej niż szpiegowska. Posiada odpowiednie tempo, by zainteresować i zatrzymać przed ekranem aż do samego końca. Dodatkowo, ponieważ Fleming sam wcześniej służył w brytyjskim wywiadzie, fabuła nie została (naturalnie do pewnego stopnia) całkowicie wydumana i ma (czy też mogłaby mieć) oparcie w rzeczywistości.
No i Sean Connery. To on niesie ten film na swoich barkach i głównie dzięki niemu wciąż da się to oglądać. Co zaskakujące, mówi tu jeszcze bez tej swojej charakterystycznej, lekko sepleniącej maniery. Szkot stanowił ikonę męskości i potwierdzała to właściwie każda scena z jego udziałem. A warto zaznaczyć, że nosił już wtedy perukę. Jeśli chodzi natomiast o postać samego Bonda, to Connery portretuje go jako faceta inteligentnego, szybko kojarzącego fakty, jednak popełniającego błędy. Dr No stanowi też chyba jedyną odsłonę serii, w której 007 przyznaje, że odczuwa strach (co miało „uczłowieczyć” agenta). A na dodatek śpiewa!
Film nakręcono w 1962, więc nie obyło się bez pewnych archaizmów. Sceny w zamierzeniu dynamiczne, z dzisiejszego punktu widzenia nie trzymają w napięciu, a zastosowana w sekwencji pościgu tylna projekcja wygląda wyjątkowo słabo. Ale tak się wtedy kręciło, więc wypada przymknąć na to oko. Jedyny poważny zarzut stanowi wątek ze „smokiem” – sprawia wrażenie wyjętego z jakiegoś innego, znacznie gorszego i znacznie mniej poważnego filmu, podpada wręcz pod kamp.
I nie da się go wytłumaczyć wiekiem Dr No, ponieważ to musiało wyglądać głupio nawet te sześćdziesiąt lat temu. Co więcej, fabuła nic by właściwie nie straciła, gdyby się tego elementu pozbyć.
W ostatnim akcie klimat nieco ewoluuje – z detektywistycznego w przygodowy, a całość robi się bardziej efekciarska, czego zwieńczeniem jest wymyślna, tajna baza tytułowego czarnego charakteru (i on sam). Przy czym nawet w powieściach Ianowi Flemingowi zdarzało się sięgać po elementy rodem z komiksu, które na ekranie stonowano (głównie ze względu na budżet). W powieści pojawiała się na przykład wielka ośmiornica, z którą walczył bohater. Trzeba też koniecznie wspomnieć o fantastycznych dekoracjach autorstwa Kena Adama. Kompletnie nie czuć ograniczeń finansowych i wszystko robiło (i nadal robi) ogromne wrażenie (do tego stopnia, że zachwycony Stanley Kubrick zatrudnił Adama do pracy przy Dr. Strangelove). Scenograf wyznaczył złoty standard dla kolejnych ogniw serii.
Początkowo Ian Fleming nie przepadał ani za Connerym, ani za filmem, ale szybko przekonał się zarówno do jednego, jak i do drugiego. Przez wzgląd na odtwórcę głównej roli zmienił nawet korzenie 007 na szkockie. Dr No odniósł olbrzymi sukces kasowy (wbrew obawom szefów studia) i brawurowo wprowadził Jamesa Bonda do popkultury, w której agent Jej Królewskiej Mości świetnie radzi sobie do dzisiaj. Generalnie: solidny start bardzo dobrej serii.
From Russia with Love (Pozdrowienia z Rosji), 1963, reż. Terence Young
Po ogromnym sukcesie Dr. No stało się jasne, że Bond powróci. Na wybór kolejnej powieści do sfilmowania nieświadomy wpływ miał J.F. Kennedy, który stwierdził w wywiadzie, że Pozdrowienia z Rosji to jedna z jego ulubionych książek. Connery został zakontraktowany jeszcze podczas prac nad oryginałem, za kamerą ponownie zasiadł Terence Young, a budżet podwojono. Szybko skompletowano pozostałych aktorów i ekipa weszła na plan.
W drugiej części ciężar gatunkowy znacznie przesunięto w stronę klasycznego kina szpiegowskiego, a sama intryga pełnymi garściami czerpie z zimnowojennego konfliktu, w który był zaangażowany niemalże cały świat. Przy czym filmowcy (a właściwie już wcześniej Ian Fleming) zastosowali w serii sprytny manewr – przewidując, że Zimna Wojna w nieodległym czasie się skończy (sic!), wprowadzili na arenę przestępczą organizację Widmo (Spectre) i to z nią, a nie z komunistami, miał walczyć 007. Co więcej, Pozdrowienia… są bezpośrednią kontynuacją Dr. No: powraca Eunice Gayson, pierwsza dziewczyna Bonda (miał to być stały gag), a tytułowy czarny charakter z poprzedniego filmu jest wspomniany przez członków Widma.
Przez większość czasu akcja toczy się w Istambule, gdzie Bond ma spotkać się z pracownicą rosyjskiej ambasady, która obiecała dostarczyć mu maszynę szyfrującą. W rzeczywistości jest to zawiła intryga Widma. I tu pojawia się pierwszy problem. Po przybyciu do Turcji, 007 właściwie nie ma nic do roboty – czeka aż Rosjanka się z nim skontaktuje, więc w międzyczasie snuje się po mieście w towarzystwie Kerima Beya (Pedro Armendáriz, będący w terminalnym stadium choroby). Spada wtedy tempo, a intryga schodzi na dalszy plan. I choć obserwowanie Seana Connery’ego jako Bonda stanowi czystą przyjemność, to jednak chwilami można poczuć się znużonym.
Na szczęście wkrótce Pozdrowienia… wracają na właściwe tory i później jest tylko lepiej. Drugą połowę filmu wypełniają już same atrakcje ze świetną sekwencją w Orient Ekspresie i wieńczącą ją długą bijatyką, w której brali udział Sean Connery i Robert Shaw, z minimalnym tylko udziałem dublerów. Przy okazji zainaugurowano tu kolejną tradycję, obecną w serii do dzisiaj – bójkę z udziałem silniejszego i (najczęściej) większego adwersarza.
A jeśli już przy tradycjach jesteśmy, to właśnie w drugiej ekranowej przygodzie Bonda pojawia się Q, odgrywany przez Desmonda Llewelyna. Aktor wcielał się w rolę kwatermistrza 007 aż do końcówki lat dziewięćdziesiątych. Tutaj też po raz pierwszy Bond dostaje do dyspozycji gadżety, choć jeszcze w miarę „normalne” – walizkę z ukrytym w niej nożem, złotymi monetami oraz gazem, uwalniającym się przy niewłaściwym otwarciu. Również czołówka, w której napisy wyświetlają się na postaci tancerki, znajdzie swoją kontynuację w kolejnych filmach (w Dr No mieliśmy ledwie namiastkę).
Ponownie świetnie wypadła scenografia, wyjątkowo tym razem nie autorstwa Kena Adama – warto zwrócić szczególną uwagę na wystrój sali na turnieju szachowym (zbudowanie dekoracji kosztowało ponad sto pięćdziesiąt tysięcy dolarów, a wszystko dla jednej, krótkiej sceny). Natomiast większość zdjęć powstała w plenerze, co wtedy należało do wyjątków raczej, aniżeli reguł.
Znajdzie się również kilka archaizmów – znów wykorzystano tylną projekcję oraz zdarzają się fragmenty puszczone w przyspieszonym tempie. Ale nie odbierają one przyjemności z seansu.
Generalnie, bardzo solidny odcinek, w którym seria wykuwała jeszcze swój styl (co znajdzie kulminację w kolejnej części). Pozdrowienia z Rosji zestarzały się bardzo dobrze, a szpiegowska intryga i jej przebieg są ciekawsze niż w poprzedniku. Filmowcy, pewni sukcesu, zapowiedzieli w napisach powstanie kolejnego ogniwa serii (co również stanowiło od tej pory tradycję).
Goldfinger, 1964, reż. Guy Hamilton
James Bond is back in action!
W trzeciej odsłonie przygód Jamesa Bonda skrystalizowały się wszystkie najważniejsze elementy serii, a użyty w Goldfingerze schemat fabularny, z mniejszymi lub większymi odchyleniami będzie funkcjonował aż do Casino Royale (czyli do 2006), które stanowiło odświeżenie zarówno postaci 007, jak i całej konwencji (a i później w zasadzie znów do niego wrócono).
Goldfinger przez wielu stawiany jest również na piedestale jako jedna z najlepszych odsłon cyklu. I rzeczywiście, ogląda się ją bardzo dobrze. Wyraźnie widać znów powiększony budżet, dzięki czemu mógł się wykazać powracający na stanowisko scenografa Ken Adam. Jego projekt sali, w której Goldfinger zdradza swój niecny plan oraz późniejsze odwzorowanie wnętrza Fort Knox (całkowicie zmyślone, ponieważ filmowcy nie mieli wstępu do słynnego miejsca) nawet dzisiaj robią wrażenie.
Wypada również wspomnieć o czołówce – napisy wyświetlają się na ciele pomalowanej na złoto modelki, a w tle przygrywa piosenka Shirley Bassey. Motyw ten zadomowił się w serii na stałe i jest obecny w każdej kolejnej odsłonie. Wprawdzie w poprzedniej części również mieliśmy piosenkę, ale przygrywała ona dopiero podczas napisów końcowych.
Po nieco poważniejszych Pozdrowieniach z Rosji wracamy do lżejszego klimatu Dr. No, czego zwiastunem jest już pierwsze pojawianie się Bonda na ekranie – w stroju płetwonurka ze sztuczną kaczką na głowie. Debiutują również wymyślne gadżety, które 007 dostaje tu do ręki. Tym razem przede wszystkim w postaci ikonicznego już Astona Martina DB5, wyposażonego przez Q (Desmond Llewelyn) w różne bajery, przydatne Bondowi podczas misji.
Pierwotnie szefowie Astona Martina nie chcieli współpracować z filmowcami, ale producentom udało się ich przekonać, by 007 zasiadł za kierownicą brytyjskiego auta. Wkrótce role się odwróciły i to do twórców filmu zaczęły zgłaszać się różne firmy, pragnące ujrzeć swoje logo na ekranie.
Istnieje takie powiedzenie, że bohater jest tym ciekawszy, im ciekawszego ma przeciwnika. Auric Goldfinger, megaloman owładnięty żądzą złota, z pewnością zapada w pamięć. Odgrywany przez niemieckiego aktora Gerta Fröbego, wyznacza wzorzec dla przyszłych antagonistów w serii. A starcie z potężnym poplecznikiem posiadającym jakąś charakterystyczną cechę, tu niemym ochroniarzem Goldfingera Oddjobem wyposażonym w zabójczy kapelusz, w którego wcielił się olimpijski mistrz Harold Sakata, to kolejny element, stale obecny odtąd w schemacie fabularnym poszczególnych ogniw cyklu.
Przy tym wszystkim, warto zaznaczyć, że w kilku miejscach filmowcy nie ustrzegli się głupotek – na przykład cała scena ekspozycji, w której Goldfinger wyjawia członkom mafii, co zamierza zrobić, a następnie ich zabija, nie ma kompletnie sensu w kontekście fabularnym. Inny przykład, to sam plan czarnego charakteru – nawet pomijając fakt, że w rzeczywistości nie byłby możliwy do przeprowadzenia (ale w tym przypadku jeszcze można zawiesić niewiarę, wszak Bond jest kinem rozrywkowym, a nie dokumentem), to jego wykonanie wygląda po prostu śmiesznie – sceny z przewracającymi się żołnierzami przywodzą na myśl kreskówki.
Generalnie jednak, Goldfingera ogląda się wyśmienicie. Może właśnie to świadczy o jego wielkości – że nawet zawierając takie ewidentne bzdury scenariuszowe, wciąż stanowi kawał dobrego kina sensacyjno-przygodowego. Na koniec warto jeszcze dodać, że tego filmu nie zdołał już zobaczyć Ian Fleming (choć często gościł na planie), ponieważ zmarł przed jeszcze premierą. Niestety, nie był więc świadkiem, jak jego kreacja podbija świat.
Thunderball (Operacja „Piorun”), 1965, reż. Terence Young
Look up! Look down! Look out! Here comes the biggest Bond of all!
Po premierze Goldfingera popularność Bonda, już wcześniej spora, wywindowała pod sufit. Właściwie tylko Beatlesi mogli się z nim równać w tym względzie. Producenci nie zamierzali zasypiać gruszek w popiele i błyskawicznie zabrano się do pracy. Harry Saltzman i Albert Broccoli od dawna mieli chrapkę na Thunderball, dziewiątą powieść o przygodach 007, ale zamieszanie związane z prawami autorskimi (którymi dysponował producent i były współpracownik Fleminga – Kevin McClory) uniemożliwiało im jej nakręcenie. Na szczęście udało się w końcu zażegnać ten problem.
Przeciwnikami Bonda ponownie uczyniono członków Widma, którzy tym razem ukradli dwie bomby atomowe i szantażują rząd Anglii. Na trop całej afery przez przypadek wpada 007, ale będzie musiał się sporo napracować, by pokrzyżować draniom szyki. W tym miejscu od razu pojawia się najpoważniejszy problem Thunderball. W pierwszym akcie filmu Bond przebywa w sanatorium. I cudownym zrządzeniem losu (czyli pójściem na łatwiznę scenarzysty), dokładnie w tym samym miejscu jest zwerbowany przez Widmo wojskowy pilot, odpowiedzialny za operację przejęcia bomb. Kino rozrywkowe rządzi się oczywiście swoimi prawami i pewne uproszczenia są na porządku dziennym, ale takie zrządzenie losu wymierza siarczysty policzek logice i kopie w krocze zdrowy rozsądek. Anglosasi mają na podobny zabieg bardzo ładne określenie – „lazy writing”.
Na szczęście później jest już lepiej. Akcja przenosi się do słonecznego Nassau, a Bond będzie musiał często schodzić pod wodę, gdzie również nastąpi wielka kulminacyjna potyczka między siłami dobra, a wysłannikami zła.
Oprócz tego mamy tu wszystkie charakterystyczne już w tym momencie dla serii elementy: egzotyczne plenery, piękne kobiety, gadżety (w tym, prawdziwy jetpack!, tylko ten budzący litość hełm…), przeciwnika z cechą charakterystyczną (przepaska na oku, co w połączeniu z miejscem akcji, a także mocnym akcentem morskim, budzi jednoznaczne skojarzenie z piratami). Sean Connery po raz kolejny wszedł w rolę bezbłędnie (a dodatkowo po raz pierwszy występuje w gunbarell sequence, wcześniej aktora dublował szef kaskaderów Bob Simmons). Jego Bond to człowiek pełen luzu, ale posiadający również szorstką stronę. Tutaj szkocki aktor nie był jeszcze zmęczony odtwarzaniem 007, co stanie się mankamentem przy kolejnej części.
Zdarza się, że film momentami traci tempo. Poszukiwania bomb trwają i trwają, dodatkowo czasami ma się wrażenie, że schodzą całkowicie na dalszy plan. Również finałowa podwodna bitwa mogłaby być odrobinę krótsza – reżyser żałował później, że nie przyciął tej sekwencji. Ogląda się ją jednak nie najgorzej. Standardowe bolączki ówczesnego kina nadal występują – główne grzechy to tylna projekcja (szczególnie podczas bijatyki na jachcie motorowym czarnego charakteru) oraz puszczenie taśmy w przyspieszonym tempie.
Mimo wszystko jednak, całość sprawia bardzo sympatyczne wrażenie. Ogromny wpływ na to ma Sean Connery – po prostu cholernie dobrze patrzy się na Bonda w jego interpretacji. Nawet jeśli na ekranie nic się nie dzieje, tylko 007 chodzi z miejsca na miejsce, Szkot potrafi to na tyle dobrze sprzedać, że nie sposób przerwać seansu.
Thunderball przetoczył się przez kina jak, nomen omen, odgłos grzmotu przez pola podczas burzy i utwierdził status Jamesa Bonda jako ikony popkultury. Co ciekawe, film odniósł błyskawiczny sukces w Japonii, co nie pozostało bez wpływu na kolejną odsłonę cyklu…
You Only Live Twice (Żyje się tylko dwa razy), 1967, reż. Lewis Gilbert
Welcome to Japan, Mr. Bond
W piątej kinowej przygodzie Jamesa Bonda postanowiono wysłać go na Daleki Wschód i prawie cała akcja Żyje się tylko dwa razy rozgrywa się w Japonii. Jednocześnie jest to pierwsza część tak zwanej „Trylogii Blofelda”. Twórcy starają się widza zaskoczyć już w pierwszych scenach, gdy główny bohater, spędzając upojne chwile w Singapurze, zostaje zabity przez wyposażonych w karabiny maszynowe drabów. Oczywiście to tylko przykrywka, by wprowadzić w błąd wrogów 007.
Sean Connery był już wyraźnie zmęczony rolą Bonda i daje się to odczuć. Wprawdzie główny bohater wciąż ma ogromną charyzmę, ale cały czas odnosiłem wrażenie, że aktor nie wkładał w grę tyle serca, co wcześniej. Na jego samopoczucie z pewnością wpływ miały uganiające się za nim tłumy fanów oraz paparazzich, próbujące fotografować go nawet w toalecie (co skończyło się wynajęciem ochroniarzy… którzy sami domagali się autografu Connery’ego). Do tego dochodziły niesnaski z producentami. W tym świetle nie dziwi, że aktor zaczął coraz mocniej przebąkiwać o porzuceniu roli, która przyniosła mu światową sławę.
Sama intryga jest jeszcze bardziej rozbuchana niż poprzednim razem, a efekciarstwo osiąga tu monstrualne rozmiary, czego najlepszą ilustrację stanowi główna baza czarnego charakteru, umieszczona w wygasłym wulkanie. Jej zbudowanie pochłonęło równowartość budżetu Dr. No, a Ken Adam mógł się artystycznie wyszaleć do woli.
Ciekawa sprawa wiąże się z Małą Nelly, czyli „kieszonkowym” helikopterem, którym posługuje się Bond podczas powietrznego rekonesansu japońskiej wyspy. Ken Adam usłyszał w radiu wywiad z konstruktorem maszyny. Udało mu się z mężczyzną skontaktować i producenci postanowili wykorzystać wehikuł w filmie (pilotował go sam twórca).
Ponieważ akcja rozgrywa się w Kraju Kwitnącej Wiśni, kamera znacznie bardziej niż w poprzednich odsłonach skupia się na otoczeniu i ludziach, a także kulturze orientalnego kraju. Odzwierciedla to również ścieżka dźwiękowa, autorstwa jak zawsze Johna Barry’ego, w której wyraźnie pobrzmiewają orientalne nuty.
Film nie ustrzegł się kilku głupot. Po pierwsze, akcja wymaga w pewnym momencie, by Bond podszył się pod skromnego japońskiego rybaka i ożenił się z miejscową dziewczyną. Ucharakteryzowanie Connery’ego na Japończyka wygląda co najmniej dziwnie, by nie powiedzieć idiotycznie. Podobnie jak szkolenie 007 na wojownika ninja – wypada to jak z niezamierzonej parodii. Podobnie zachowanie Blofelda w finale – ma Bonda i jeszcze jednego mężczyznę na muszce, zabija tego drugiego po czym każde 007 iść za nim. Przechodzą przez drzwi, schodzą po schodach i tam czarny charakter próbuje zastrzelić Bonda. Nawet kinem rozrywkowym powinna rządzić wewnętrzna logika. A tak, mamy kolejny przykład lazy writing.
Powyższe wady nie odbierają na szczęście całkowicie przyjemności z seansu, generalnie jednak Żyje się tylko dwa razy momentami nuży. Oglądało mi się go najgorzej z dotychczasowych Bondów. Sytuację z pewnością ratuje Connery (nawet mimo tego, że gra na „autopilocie”) oraz kilka niespodzianek – na przykład świetna sekwencja bijatyki 007 ze zbirami na dachu portowego magazynu, nakręcona z daleka, na jednym ujęciu.
Po zakończeniu zdjęć, Connery oficjalnie ogłosił, że rezygnuje z roli Bonda, więc producenci stanęli przed nie lada problemem – nie chcąc zarzynać kury znoszącej złote jaja, rozpoczęli poszukiwania następcy zadziornego Szkota.
On Her Majesty’s Secret Service (W tajnej służbie jej królewskiej mości), 1969, reż. Peter Hunt
James Bond 007 is back!
Znalezienie nowego odtwórcy roli Bonda zdawało się z jednej strony zadaniem trudnym, (bo jak tu wskoczyć w buty Connery’ego?) oraz łatwym, bo popularność 007 sprawiała, że od kandydatów powinno się roić. Jakimś cudem jednak, najgorętszą ówcześnie rolę, dostał George Lazenby, australijski model bez żadnego doświadczenia aktorskiego (jeśli nie liczyć występów w reklamach). Dobrze się za to prezentował na ekranie, był wysportowany i świetnie wypadał w scenach bijatyk, a jego rozmarzone momentami spojrzenie pasowało do zamiarów twórców, by lekko odświeżyć Bonda.
Przez wiele lat W tajnej służbie jej królewskiej mości uchodziło za bękarta serii, zbierając cięgi zarówno za scenariusz, jak i nowy, nieco bardziej romantyczny wizerunek 007. Po latach jednak film zyskał i obecnie uznaje się go za jednego z lepszych w cyklu. Wprawdzie do Lazenby’ego trzeba się przyzwyczaić, ale gdy już to nastąpi, szósta przygoda Bonda daje mnóstwo frajdy. Uwagę zwraca obsada, ponieważ w rolę Blofelda wciela się charyzmatyczny Telly Savalas (tworząc najlepszą wersję tej postaci, lepszą nawet niż współczesna, wykreowana przez Christopha Waltza). Natomiast w roli dziewczyny bohatera wystąpiła Diana Rigg, co również stanowiło strzał w dziesiątkę. Jej Tracy to z pewnością jedna z najciekawszych damskich towarzyszek 007.
Nie brakuje również widowiskowych sekwencji akcji. Lazenby rzeczywiście dobrze sprawdził się w scenach bójek. Do tego, ponieważ główna część fabuły toczy się wśród ośnieżonych szwajcarskich szczytów, 007 uczestniczy w dynamicznym pościgu narciarskim, a oraz na bobslejach. Tym razem Bond nie ma też do dyspozycji żadnych gadżetów (jeśli nie liczyć maszyny do otwierania sejfów).
Fabuła jest nieco poważniejsza, choć nie pozbyto się charakterystycznego wątku z planem maniaka, który chce mocno namieszać na świecie. W tajnej służbie jej królewskiej mości stanowi jednak pierwszą próbę uczłowieczenia Bonda, pokazania, że w skórze agenta drzemie romantyczny w gruncie rzeczy mężczyzna – Daniel Craig nie był więc pierwszy (nie był nawet drugi, Dalton też pokazał nową stronę 007). Bohater nie tylko się zakochuje, ale nawet rzuca robotę i postanawia się ożenić! Zakończenie filmu (a przy okazji pożegnanie Bonda z latami sześćdziesiątymi) wybrzmiewa tragiczną nutą, co stanowiło odważny i nietuzinkowy ruch ze strony scenarzystów. Warto dodać, że pierwotne plany zakładały przeniesienie ostatniej sekwencji na początek kolejnego filmu.
Dwie tylko rzeczy kładą się cieniem na tę, bardzo dobrą poza tym, odsłonę przygód Bonda. W scenie, gdy Blofeld i 007 spotykają się po raz pierwszy, złoczyńca nie rozpoznaje agenta, a widzieli się przecież w poprzednim filmie twarzą w twarz (poza tym Bond już wiele razy nadepnął wrogowi na odcisk i ten doskonale go znał). Wynika to z tego, że pierwotnie planowano wytłumaczyć zmianę aktorów operacją plastyczną 007, a ponadto w powieściach to właśnie w W tajnej służbie jej królewskiej mości następuje pierwsza konfrontacja Bonda i Blofelda. Żadne tłumaczenia nic tu jednak nie pomogą – scenarzyści dali po prostu plamę.
Druga sprawa, to wątek uczucia 007 i Tracy, które pojawia się właściwie znikąd i widzowie muszą uwierzyć, że ta dwójka jest w sobie szaleńczo zakochana. A przecież czuć chemię między Lazenbym, a Rigg. Szkoda.
Ogólnie jednak Lazenby zaprezentował się dobrze, a sam film odzyskał po latach należne miejsce wśród tych bardziej solidnych odsłon cyklu. Aktor postanowił jednak zrezygnować z roli (choć producenci złożyli mu propozycję na siedem filmów!). Głównie za namową swojego agenta, który twierdził, że nie ma dla Bonda miejsca w nadchodzących latach siedemdziesiątych… Ponadto Lazenby nie chciał być zaszufladkowany jako 007, co zupełnie nie wyszło, bo dzisiaj pamięta się go właściwie wyłącznie z tej roli.
Diamonds Are Forever (Diamenty są wieczne), 1971, reż. Guy Hamilton
BOND IS BACK – Sean Connery is BOND
Po rezygnacji Lazenby’ego i wyraźnie mniejszych wpływach z poprzedniego filmu, twórcy postanowili zrobić wszystko, by Sean Connery znów założył smoking. Szkot był początkowo nieugięty, ale rekordowa ówcześnie gaża (1,25 mln $) oraz możliwość zrealizowania dwóch dowolnie wybranych przez siebie tytułów przekonały go w końcu do powrotu w buty 007. Zaznaczył jednak, że to tylko ten jeden raz i „nigdy więcej”.
Diamenty są wieczne to trzecia odsłona „trylogii Blofelda”, a jednocześnie bezpośrednia kontynuacja poprzedniego filmu. W pierwszych scenach wściekły Bond poszukuje swojego arcywroga, szybko, brutalnie i skutecznie. Niestety trwa to zaledwie kilka minut (a Tracy nie zostaje nawet wspomniana) i przechodzimy do właściwego wątku, czyli sprawy przemytu diamentów. Szkoda, ponieważ zemsta powinna być motywem przewodnim tej odsłony przygód 007.
Tonacja filmu jest wyraźnie lżejsza niż u poprzednika, a klimat znów skręca w efekciarską stronę, po znacznie bardziej realistycznym W tajnej służbie jej królewskiej mości. W pierwszej połowie, gdy 007 wyrusza tropem klejnotów do Amsterdamu mamy jeszcze w miarę interesującą, wręcz detektywistyczną historię. Ale z chwilą przybycia bohatera do USA, atmosfera znów staje się znacznie mniej poważna, ocierając się wręcz o kamp. Stanowi to niejako zapowiedź kolejnych odsłon cyklu, w których mocno zaznaczano stronę komediową.
Również scenariuszowo film wpływa momentami na mieliznę, a kilka scen jest po prostu głupich – na przykład próba pozbycia się Bonda, poprzez ogłuszenie go i wywiezienie na pustynię, by następnie umieścić nieprzytomnego bohatera we fragmencie budowanego właśnie rurociągu. Może na papierze wyglądało to nieźle, w samym filmie niestety powoduje raczej zażenowanie. Albo finał, w którym 007 niewiele ma w zasadzie do roboty. Siódma przygoda Bonda momentami nie angażuje i zwyczajnie w świecie nuży. Connery znów jedzie na „autopilocie”, choć czasem widać jeszcze tę łobuzerską iskrę w oku. Wyraźnie też się już postarzał, ale jeszcze nie na tyle, by to przeszkadzało w seansie.
Odważnym ruchem ze strony scenarzystów było wprowadzenie na ekran dwóch homoseksualnych morderców – Pana Winta i Pana Kidda (Bruce Glover i Putter Smith) i to ich chyba pamięta się najbardziej. W roli Blofelda natomiast wystąpił tym razem Charles Gray, który wcześniej pojawił się w japońskiej przygodzie 007 jako sojusznik Bonda, Henderson. Gray wpasował się w tonację filmu i jego Blofeld jest znacznie bardziej przerysowany niż charyzmatyczny Savalas z poprzednika.
W „Diamenty są wieczne” pełno jest dziwnych scen, jakby wyjętych z zupełnie innego filmu – wizyta w cyrku, dwie akrobatki (sic!) jako strażniczki uwięzionego milionera Willarda Whyte’a (wzorowanego na Howardzie Hughesie), ucieczka rozklekotanym pojazdem księżycowym. W zamierzeniu miało to uatrakcyjnić fabułę, ale razem się nie klei i powoduje raczej uniesienie brwi w grymasie zdziwienia.
Oczywiście są i pozytywy. Connery, choć gra z mniejszym entuzjazmem, wciąż daje radę. Część europejska potrafi zainteresować, a w Las Vegas twórcy serwują nam dynamiczny pościg samochodowy.
Siódma przygoda 007 zarobiła w kinach większe pieniądze niż poprzednik, ale producenci znów stanęli przed wyzwaniem znalezienia aktora, który przejmie pałeczkę po Seanie Connerym. Na szczęście znalazł się pewien Anglik, od dawna będący na ich celowniku. Wcześniej inne zobowiązania uniemożliwiały mu przyjęcie roli Bonda, ale tym razem miało się wreszcie udać…
Live and Let Die, (Żyj i pozwól umrzeć), 1973, reż. Guy Hamilton
Get Moore!
Po zdawałoby się ostatecznej deklaracji Seana Connery’ego, że nigdy już nie zagra Bonda, producenci musieli szybko znaleźć zastępcę Szkota. Roger Moore, którego rozsławiła rola w znanym i lubianym również w Polsce serialu Święty, od dawna był kandydatem na 007, ale właśnie prace nad produkcjami telewizyjnymi uniemożliwiały mu wskoczenie w smoking tajnego agenta Jej Królewskiej Mości. Oto jednak, w 1972 roku, udało się w końcu zaangażować Moore’a. Aktor miał wtedy 45 lat, co czyni go najstarszym odtwórcą Bonda w momencie debiutu (jeśli nie liczyć parodii Casino Royale z 1967 roku).
Twórcy od samego początku istnienia cyklu starali się nadążać za czasami i modami, stąd na przykład tematyka kosmiczna w Żyje się tylko dwa razy. W pierwszej połowie lat siedemdziesiątych świat zachodni zaczynał zmagać się z plagą narkotyków (problem oczywiście istniał wcześniej, ale wtedy się nasilił). Scenarzyści postanowili to wykorzystać i tym razem przeciwnikiem Bonda nie jest megaloman pragnący władzy nad światem, tylko żądny zysku przestępca. Dodatkowo, kultura Afroamerykanów przebijała się coraz bardziej do głównego nurtu, co zaowocowało między innymi szeregiem filmów określanych mianem blaxploitation.
To również znalazło odzwierciedlenie w fabule, gdy 007 zwiedza nowojorski Harlem (zgodę na filmowanie trzeba było „uzyskać” od lokalnych gangów), a spora część obsady ma ciemny kolor skóry. Wreszcie, właśnie w Żyj i pozwól umrzeć pojawiła się pierwsza czarnoskóra dziewczyna Bonda – agentka Rosie (Gloria Hendry).
Miłym akcentem było osadzenie akcji na Karaibach (na fikcyjnej wyspie San Monique). W rzeczywistości sceny kręcono niemalże w tych samych miejscach, w których powstawały zdjęcia do pierwszego filmu cyklu – Dr. No, a Bond korzysta z usług Quarrela Juniora (Roy Stewart), syna bohatera z pierwszej odsłony, również pomagającego 007. Stanowi to świetny, nostalgiczny akcent w debiucie Rogera Moore’a, czyli niejako nowym „życiu” postaci.
W fabule aż roi się od akcentów voodoo, czyli scenarzyści mocno eksploatowali lokalne zwyczaje i wierzenia. I choć momentami może się wydawać, że wkradły się do historii akcenty nadprzyrodzone, to są one jedynie zasugerowane i zarówno zwolennicy fantasy, jak i twardo stąpający po ziemi sceptycy znajdą argumenty na swoją korzyść.
Jak zawsze, nie zabrakło widowiskowych scen. Tym razem na pierwszy plan wysuwają się: świetny pościg motorówkami, przebiegnięcie po grzbietach krokodyli oraz brawurowa jazda karaibskim autobusem piętrowym – nie zestarzały się właściwie ani trochę. Twórcy postanowili tez wprowadzić znaczący akcent komediowy, pod postacią nieustępliwego szeryfa J. W. Peppera (Clifton James). Ten bohater jeszcze się w cyklu pojawi.
Roger Moore został zapamiętany jako „najlżejszy” Bond, miejscami ocierający się o granice autoparodii i skłonny do błazenady. Tym bardziej zaskakujące jest, że w jego debiucie znajdą się sceny, które spodziewalibyśmy się zobaczyć raczej w wersji Connery’ego – na przykład spoliczkowanie dziewczyny w celu wyciągnięcia z niej informacji. Generalnie jednak, Moore wyraźnie zaznaczył swą osobowość i wzbogacił postać 007 o nieco bardziej arystokratyczny sznyt i pełen ironii luz. Sprawdził się w niemożliwym, wydawałoby się zadaniu, przejęcia pałeczki po przystojnym Szkocie.
Żyj i pozwól umrzeć po latach podobał mi się nawet bardziej niż kiedyś i uważam film za udaną odsłonę cyklu, a także dobry debiut Moore’a w roli Bonda.
The Man with the Golden Gun (Człowiek ze złotym pistoletem), 1975, reż. Guy Hamilton
He never misses his target, and now his target is 007.
Po sukcesie Żyj i pozwól umrzeć szybko podjęto decyzję o realizacji kolejnego ogniwa serii. Roger Moore miał zagwarantowany angaż (kontrakt opiewał na trzy filmy z możliwością przedłużenia), więc rozpoczęto kompletowanie reszty ekipy. Z pewnością największą atrakcją filmu jest udział Christophera Lee w tytułowej roli przeciwnika Bonda. Aktor był już wtedy gwiazdą, znaną między innymi z horrorów kręconych dla brytyjskiej wytwórni Hammer Film, gdzie często wcielał się w Draculę. Przyjaźnili się z Moorem od trzydziestu lat, a dodatkowo Lee łączyły z Ianem Flemingiem więzy krwi – byli kuzynami.
Międzynarodową ekipę aktorów uzupełniają Clifton James, powracający jako szeryf J. W. Pepper (tym razem na wakacjach w Tajlandii), dwie piękne Szwedki w roli dziewczyn Bonda – Britt Ekland (związana przez pewien czas z Peterem Sellersem, wcielającym się w jednego z wielu Jamesów Bondów w parodii Casino Royale) i Maud Adams (która jeszcze w cyklu powróci) oraz francuski malarz, sybaryta – karzeł Hervé Villechaize.
W latach siedemdziesiątych coraz większą popularność zaczęły zyskiwać filmy o wschodnich sztukach walki, co stanowiło pokłosie (między innymi) ogromnego sukcesu „Wejścia smoka” z Brucem Lee w roli głównej (który zmarł, nie doczekawszy nawet premiery). Znalazło to odzwierciedlenie w kolejnym Bondzie, w sekwencji ze szkołą karate. Ponadto spora część fabuły rozgrywa się na Dalekim Wschodzie.
Ciekawym odwróceniem konwencji jest fakt, że tym razem 007 nie korzysta właściwie z gadżetów, za to jego przeciwnik, płatny zabójca Francisco Scramanga, jak najbardziej – posługuje się złotym pistoletem, złożonym z wiecznego pióra, papierośnicy i spinki do mankietów oraz, niczym Fantomas z trylogii André Hunebelle (będący w istocie francuską odpowiedzią na przygody Jamesa Bonda), dysponuje samochodem zmieniającym się w samolot. Twórcy zadośćuczynili widzom nieobecność Q w poprzednim filmie i w Człowieku ze złotym pistoletem bohater ten ma nieco rozbudowaną w stosunku do swoich standardowych występów, rolę.
Jak zwykle w kadrze ujrzymy egzotyczne plenery, z finałem rozgrywającym się na niewielkiej wysepce u wybrzeży Chin (dzisiaj zwanej „Wyspą Jamesa Bonda” i będącej atrakcją turystyczną) oraz sporo widowiskowych scen z samochodowym przeskokiem przez rzekę na czele. Podczas przygotowań do tej sekwencji skorzystano między innymi z symulacji komputerowej, a także specjalnie zmodyfikowanego samochodu.
Gotowy film nie zachwycił widowni i przyniósł znacznie mniejsze zyski niż poprzednik. Do tego dochodziła źle układająca się już od jakiegoś czasu współpraca między producentami Albertem Broccolim i Harrym Saltzmanem. Mimo nagromadzenia atrakcji, a także dobrze sprawdzającego się w głównej roli Bonda Rogera Moore’a (wciąż jednak pokazującego szorstką, brutalną stronę, na przykład w scenie przesłuchiwania kochanki Scaramangi), Człowiek ze złotym pistoletem sprawia dziwaczne wrażenie. Niby ma wszystko na swoim miejscu, ale całościowo jakoś się to nie klei. Nie pomaga scenariusz, który zawiera kolejny kuriozalny zbieg okoliczności – na początku 007 zostaje „zdjęty” z misji poszukiwania rewolucyjnego kolektora słonecznego, bo Francisco Scaramanaga pragnie go zabić. Dużo później okazuje się, że cudownym przypadkiem, to właśnie Scaramanga jest w posiadaniu zaginionego urządzenia (a nic wcześniej na to nie wskazywało).
Na szczęście minusy nie przesłaniają całkowicie plusów i generalnie film ogląda się nie najgorzej. Daleko mu wprawdzie do najlepszych ogniw cyklu, ale też seans daje sporo frajdy.
The Spy Who Loved Me (Szpieg, który mnie kochał), reż. Lewis Gilbert, 1977
Nobody does it better.
Po umiarkowanym sukcesie Człowieka ze złotym pistoletem filmowa przyszłość najlepszego agenta Jej Królewskiej Mości została zagrożona, więc Albert Broccoli (którego spółka producencka z Harrym Saltzmanem rozpadła się) musiał dać widzom naprawdę dobrą odsłonę cyklu. Po dwóch lekko eksperymentalnych Bondach, postanowiono wrócić do starej formuły o maniaku, próbującym objąć władzę nad światem (czy też w tym przypadku, zniszczyć świat i założyć nową cywilizację pod wodą). Pierwotnie planowano powrót Blofelda oraz organizacji Widmo, ale na przeszkodzie stanęły prawa autorskie, będące w posiadaniu Kevina McClory’ego więc wrogiem 007 został po prostu opętany marynistyczną manią szaleniec Carl Stromberg (Curd Jürgens).
Dwa pierwsze Bondy z Moorem należy uznać za wprawkę, bo to właśnie w swoim trzecim występie sir Roger odnalazł wreszcie „swój” styl. Nie brak tu oczywiście momentów, w których 007 jest poważny, czy wręcz pokazuje drzemiącego w nim zimnokrwistego zabójcę (na przykład w scenie z krawatem na kairskim dachu), ale przeważa luzacki, ironiczny facet, nie traktujący siebie ani nikogo innego zbyt poważnie. Scenarzysta sekunduje temu pomysłowi, stawiając na efekciarstwo. Bond zwiedza egzotyczne krainy (od austriackich Alp, przez Egipt, aż po malowniczą Sardynię). Na pierwszy plan wysuwa się dobra zabawa, więc nie brak tu również gadżetów (samochód zmieniający się w łódź podwodną), bijatyk, pościgów oraz widowiskowych scen (fenomenalny skok na nartach w przepaść). A wnętrze tankowca Stromberga, Liparusa, zbudowano w ogromnym budynku w Pinewood Studios (102 m x 41 m x 12,5 m), zwanym od tego momentu „007 stage”.
Jak zawsze Bondowi towarzyszą piękne panie, uosabiane tym razem głównie przez Barbarę Bach (w „cywilu” żonę ex-beatlesa Ringo Starra), wcielającą się w rosyjską agentkę o kryptonimie… XXX. Major Anja Amasova nie stanowi tym razem jedynie atrakcyjnego ozdobnika, a prawie równorzędną bohaterkę, której udaje się nawet w pewnym momencie przechytrzyć Bonda. Ma też za sobą historię, która wiąże się w pewien sposób z 007. Choć koniec końców, to i tak on ratuje świat, więc nie odbiegamy za mocno od korzeni serii. To jeszcze nie są czasy dekonstrukcji bohatera.
Oprócz wspomnianego milionera-maniaka, w Szpiegu, który mnie kochał po raz pierwszy pojawia się mierzący ponad dwa metry i wyposażony w metalową szczękę zabójca Jaws (Richard Kiel), będący jednym z najbardziej ikonicznych przeciwników 007. Twórcy kontynuują również tradycję (rozpoczętą w poprzednim filmie) wysyłania M, Moneypenny i Q w różne polowe biura MI6. Natomiast w roli generała Gogola (radzieckiego odpowiednika M) debiutuje Walter Gotell, który wielokrotnie powróci w cyklu. Co ciekawe, aktor pojawił się już w Pozdrowieniach z Rosji jako jeden z członków Widma.
Obawy Alberta Broccolego, czy jego pierwszy samodzielny Bond okaże się dobrym ogniwem cyklu, rozwiały się już podczas uroczystej premiery w londyńskim Odeon’s, gdy po sekwencji początkowej, zakończonej brawurowym skokiem 007 na nartach w przepaść, publiczność zgotowała owacje na stojąco.
Wielu, w tym sam odtwórca głównej roli, uznaje tego Bonda za najlepszą odsłonę spośród siedmiu, w których zagrał Roger Moore. I rzeczywiście, wszystkie kawałki zostały tutaj świetnie do siebie dopasowane i całość ogląda się nad wyraz dobrze. Widzowie w kinach dopisali i film okazał się ogromnym sukcesem (zarówno frekwencyjnym, jak i artystycznym). Porównywano go do najlepszych ogniw cyklu. Dziś można spokojnie powiedzieć, że zestarzał się bardzo dobrze i nadal potrafi dać dużo frajdy.
Moonraker, 1979, reż. Lewis Gilbert
Where all the other Bonds end… this one begins!
Zgodnie z tradycją, Szpieg, który mnie kochał zakończył się zapowiedzią realizacji kolejnej odsłony przygód Bonda – 007 miał powrócić w filmie Tylko dla twoich oczu. W międzyczasie jednak dwie produkcje fantastyczne: Spielbergowskie „Bliskie spotkania trzeciego stopnia” oraz Gwiezdne wojny George’a Lucasa rozbiły bank, a ich popularność (szczególnie tej drugiej) poszybowała w niebotyczne rozmiary. Jak zawsze szybko reagujący na trendy Albert „Cubby” Broccoli postanowił zdyskontować sukces tematyki kosmicznej i przenieść w przestrzeń pozaplanetarną również Jamesa Bonda. Kontrakt Rogera Moore’a na trzy filmy wygasł, ale aktor nadal chciał wcielać się w agenta Jej Królewskiej Mości, więc trzeba było tylko znaleźć odpowiedni scenariusz.
Trzecia powieść Iana Fleminga o 007 nosiła tytuł Moonraker i to właśnie ją wybrano do przeniesienia na ekran. Szybko jednak okazało się, że dość archaiczna fabuła nie jest tym, czego Broccoli oczekiwał. Zatrudniono więc Christophera Wooda do napisania scenariusza. Wood wziął kilka elementów z powieści (na przykład personalia przeciwnika Bonda – Hugo Draksa), ale dodał dużo od siebie. Zapowiadał się niezwykle efekciarski odcinek z bardzo wydumanym planem megalomana pragnącego unicestwić świat.
Starania twórców, by z każdą kolejną odsłoną przejść samych siebie i zaoferować widzom jeszcze bardziej widowiskowe sceny znajdują tu swój szczyt, gdy 007 zasiada za sterami promu i leci w poza orbitę okołoziemską, by następnie wziąć udział w bitwie kosmicznej z użyciem laserów. Generalnie mamy do czynienia z typową bondowską przygodą – lokacje zmieniają się od Kalifornii, poprzez Wenecję, aż do brazylijskiej dżungli, kobiety wpadają w ramiona Bonda, a czarne charaktery próbują uprzykrzyć mu życie. Z tym, że w pewnym momencie akcja przenosi się poza Ziemię. I to dla niektórych może być przekroczeniem granicy, za którą jest już tylko śmieszność.
Muszę jednak przyznać, że mnie ta wydumana tematyka nie przeszkadzała. Może dlatego, że Moonrakera znam od czasów podstawówki, a wtedy inaczej odbierałem filmy, a i tolerancję na głupotki scenariuszowe miałem większą. Poza tym, bardzo lubię Rogera Moore’a w roli Bonda, jego luzacki spokój i regularne rzucanie bon motów. W przypadku każdego innego aktora taka znajdująca się niemalże na granicy autoparodii zgrywa by się nie sprawdziła, ale do sir Rogera pasuje idealnie i może właśnie dlatego kosmiczny odcinek przygód 007 potrafi dać dużo frajdy.
Oprócz starych znajomych – M, Q oraz Moneypenny – powraca również olbrzym Jaws (Richard Kiel), który znów stanie na drodze Bonda, tym razem jednak wątek żelazozębego zabójcy znajdzie nieoczekiwany finał (dla jednych ironiczny, dla innych ocierający się niemalże o kamp). A sceny pościgów i walk nadal ogląda się dobrze, ze wskazaniem na dynamiczną bijatykę w weneckim muzeum (rekord strzaskanego szkła na taśmie filmowej), czy bójkę na dachu kolejki górskiej. Sporadycznie zdarzają się jednak sceny epatujące zaskakującą brutalnością – jak na przykład zagryzienie Corinne (Corinne Cléry) przez psy Draksa.
Na płaszczyźnie fabularnej Moonraker to właściwie kalka poprzedniego filmu, tylko tam, zamiast kosmosu, mieliśmy morze. Ken Adam znów mógł się popisać tworząc wnętrze stacji orbitalnej Draksa (Michael Lonsdale), które nawet dziś robi wrażenie (podobnie jak sceny w nieważkości).
Moonraker sprzedał się bardzo dobrze, a wpływy z kin były rekordowe (najbardziej dochodowa część serii do czasu „Goldeneye”). Widzowie, spragnieni kosmicznych przygód dopisali, choć szybko zauważono, że twórcy zabrnęli w ślepy zaułek i w przyszłości trzeba się trochę cofnąć, a także zmniejszyć skalę wydarzeń.
For Your Eyes Only (Tylko dla twoich oczu), 1981, reż. John Glen
BOND at his best…and there’s nobody better!
Po wystrzeleniu Bonda w kosmos, dla wszystkich stało się jasne, że znaleziono się pod ścianą i jedyna droga, to trochę się cofnąć. Ponadto, nadchodziła nowa dekada, co niosło ze sobą niepewność odnośnie do cyklu i tego, jak 007 odnajdzie się w latach osiemdziesiątych. Tak więc, zarówno dosłownie, jak i w przenośni, James musiał wrócić na ziemię.
Pod względem fabularnym postanowiono sięgnąć do korzeni i zaprezentować widzom historię klasycznie niemalże szpiegowską. Oto bowiem u wybrzeży Grecji tonie brytyjski okręt, wyposażony w zaawansowane urządzenie do szyfrowania rozkazów. Rozpoczyna się wyścig między agencjami wywiadowczymi o to, kto pierwszy dotrze do nadajnika. Główny wątek nie przez przypadek przywodzi na myśl Pozdrowienia z Rosji, które były chyba najbardziej osadzonym w realizmie odcinkiem cyklu. Oprócz nieco poważniejszej intrygi (aczkolwiek bez przesady, to w końcu Bond z Rogerem Moorem!) w oczy rzuca się również niemalże całkowity brak gadżetów (nie licząc zabezpieczenia antywłamaniowego w aucie należącym do 007 oraz urządzenia do sporządzania portretów pamięciowych).
Że tym razem będzie trochę bardziej na serio, filmowcy mówią już w pierwszej scenie, w której Bond odwiedza grób swojej żony, co stanowi oczywiste nawiązanie do „W tajnej służbie jej królewskiej mości”, dodatkowo podkreślone przez kilka taktów, skomponowanych na potrzeby tamtej odsłony przygód 007.
Mimo ponad pięćdziesięciu lat na karku, Moore zachował główną rolę i trzeba przyznać, że aktor trzymał się nieźle. Wprawdzie coraz mniej wiarygodnie wypadał w karkołomnych ewolucjach (oczywiście w większości wykonywanych przez dublerów), ale wciąż nie dało się odmówić mu uroku i arystokratycznej maniery z jaką właściwie od początku odgrywał rolę Bonda.
Ta odsłona należy do moich ulubionych, a za jej największą zaletę uznaję niesamowicie widowiskową sekwencję pościgu na nartach. Kaskaderzy mieli tu pełne ręce roboty, gdy 007 najpierw szaleje na nartach, potem oddaje na zjazdówkach skok ze skoczni, a później pędzi na nich po torze bobslejowym. Ogląda się to świetnie również dzisiaj i aż żal, że, bohater tak rzadko gości w ośnieżonych krajobrazach. Oczywiście to niejedyna dynamiczna scena, od tych bowiem aż się w filmie roi.
Mamy tu pościg samochodowy po hiszpańskiej prowincji, z użyciem klasycznego Citroena 2CV (kłania się seria Żandarmów z Louisem de Funèsem), wspinaczkę po pionowej skale, bójkę podwodną, a w pewnym momencie Moore pokazuje najbardziej chyba bezwzględne oblicze 007 w filmach ze swoim udziałem oraz jedno z najbrutalniejszych w całej serii (czemu zresztą aktor był przeciwny).
Na początku filmu pojawia się pewien nienazwany łysy mężczyzna na wózku, który jest oczywiście Blofeldem (John Hollis). Na skutek wspomnianych w poprzednich recenzjach zawirowań prawnych twórcy nie mogli jednak wymienić z imienia ikonicznego przeciwnika Bonda ani w żaden sensowny sposób wykorzystać go w fabule. Postać powróciła do cyklu dopiero w słabym Spectre, po zażegnaniu problemów legislacyjnych. Pojawiła się wcześniej w nieoficjalnej części cyklu, zrealizowanej przez Kevina McClory’ego.
Znajdzie się też kilka słabszych elementów, jak na przykład wyjątkowo niepasująca do sekwencji akcji dyskotekowa wręcz muzyka, irytująca młoda łyżwiarka pragnąca wskoczyć Bondowi do łóżka, czy prawdziwe aktorskie drewno pod postacią głównej bohaterki kobiecej (co jeszcze pogłębia fakt, że jest dubbingowana), ale ogólnie warto dać się porwać, bo Tylko dla twoich oczu stanowi jedną z najlepszych przygód Bonda, zestarzała się bardzo dobrze i świetnie się ją ogląda.
Octopussy (Ośmiorniczka), 1983, reż. John Glen
Nobody does him better.
Po nieco poważniejszych klimatach z poprzedniej odsłony, twórcy zastanawiali się, jaką drogą podążyć w coraz bardziej rozpędzających się latach osiemdziesiątych. W końcu zdecydowali się połączyć znane z wcześniejszych filmów efekciarstwo z kinem typowo szpiegowskim, mocno osadzonym w ówczesnej, zimnowojennej rzeczywistości.
Rolę tytułową zachował Roger Moore, choć wyraźnie było już widać, że zaczyna się robić za stary. Zapowiadał, że po Ośmiorniczce zrezygnuje z wcielania się w 007, co okazało się deklaracją nieco przedwczesną. Trzeba jednak uczciwie przyznać, że aktor wciąż ma w sobie mnóstwo nieodpartego uroku i to w zupełności wystarcza, by przymknąć oko na jego wiek, zawiesić niewiarę i po prostu czerpać przyjemność z seansu.
A jest z czego, bowiem tym razem 007, podążając tropem nielegalnego handlu biżuterią, podróżuje do egzotycznych Indii. Później czeka nas jeszcze wycieczka do podzielonych Niemiec z długim przystankiem w części Wschodniej, gdzie właśnie czuć oddech Zimnej Wojny.
Warto zwrócić uwagę, że to pierwsza odsłona cyklu, w której Q aktywnie uczestniczy w akcji. Ten sympatyczny bohater wreszcie dostał do zrobienia coś więcej niż prezentowanie Bondowi gadżetów i obrzucanie go pełnymi dezaprobaty spojrzeniami oraz uwagami. Należy też wspomnieć o tytułowej postaci kobiecej, odtwarzanej przez Szwedkę Maud Adams. To drugi występ aktorki w cyklu, poprzednio pojawiła się jako kochanka Francisa Scaramangi w Człowieku ze złotym pistoletem. Tutaj odgrywa oczywiście zupełnie inną bohaterkę, a jej rola jest znacznie większa niż za pierwszym razem.
Paradoksalnie fakt, że Ośmiorniczka stoi niejako w rozkroku między radosną zgrywą z najbardziej wydumanych odsłon z Moorem, a zimnowojennym kinem sensacyjnym, stanowi zarazem jej największą wadę, ponieważ zdarzają się fragmenty przyprawiające o uśmieszek zażenowania (jak na przykład ten cholerny cyrk, nie cierpię cyrków!), jak i zaletę, bo sceny rozgrywające się w Niemczech Wschodnich czy też widowiskową finałową potyczkę na dachu lecącego samolotu ogląda się zaskakująco dobrze.
Dodatkowo, po raz pierwszy i jak dotąd jedyny w historii (parodii Casino Royale z 1967 nie liczę), w jednym roku na ekrany kin weszły dwa filmy o Bondzie. Co więcej, w tym drugim, zatytułowanym „Nigdy nie mówi nigdy” główną rolę zagrał Sean Connery, który po raz ostatni powrócił jako 007 (przynajmniej cieleśnie, bo użyczył mu jeszcze raz głosu w grze komputerowej). Prasa ochrzciła ten precedens „bitwą Bondów”. Sami główni zainteresowani nie tylko nie rywalizowali między sobą, ale wręcz spotykali się po pracy i porównywali notatki z planu.
Szósty występ Moore’a jako Jamesa Bonda okazał się sukcesem. Widzowie dopisali, a i krytycy byli dla „Ośmiorniczki” łaskawi, chociaż wytykano palcami niektóre sceny, jak na przykład ubranie 007 w stroje goryla oraz klauna, czy wsadzenie go w łódź w kształcie krokodyla (co jednak może stanowić pewne nawiązanie do Goldfingera, w którym Bond pływał z kaczką na głowie). Osobiście lubię tę część przygód 007. Egzotyczne plenery i dynamiczna sekwencja w Niemczech Wschodnich wraz ze świetnym finałem oraz Stevenem Berkoffem w roli czarnego charakteru stanowią dla mnie główne zalety.
Oprócz nich znajdzie się też sporo mniejszych, ale sympatycznych elementów – zjazd 007 po poręczy w trakcie obsypywania przeciwników kulami z karabinu, sceny rozgrywające się podczas londyńskiej aukcji, czy gościnny występ hinduskiego tenisisty Vijaya Amritraja (który okłada bandziorów rakietą).
A View to a Kill (Zabójczy widok), 1985, reż. John Glen
Has James Bond finally met his match?
Wielu uważa ten film za bękarta serii i umieszcza go wśród najgorszych odcinków bondowskiego cyklu. Ja stoję w całkowitej opozycji, bowiem Zabójczy widok należy do moich ulubionych przygód 007. Zapewne miał na to wpływ fakt, że to bodaj pierwszy Bond, którego widziałem. Ale nawet zdejmując na chwilę okulary nostalgii, łabędzi śpiew Rogera Moore’a ma kilka niezaprzeczalnych zalet.
To właśnie tutaj tak naprawdę seria wkroczyła w lata osiemdziesiąte. Tematyka mikroprocesorów jednoznacznie wiązała się ze zdobywającymi coraz większą popularność komputerami, piosenkę tytułową zaśpiewał młody gniewny zespół Duran Duran (jeden z najlepszych bondowskich utworów), a na ekranie bryluje ikona ‘80s, Grace Jones. Ponadto, w prologu, 007 jeździ na snowboardzie, co pomogło rozpropagować ten sport, ówcześnie będący nowością. Poprzednie dwie części zrealizowane w tej dekadzie nie posiadały jeszcze tego charakterystycznego klimatu, były zawieszone między radosnymi latami siedemdziesiątymi, a współczesną filmom rzeczywistością (może z wyjątkiem sekwencji w Niemczech Wschodnich z „Ośmiorniczki”).
Również od strony aktorskiej znajdzie się kilka niespodzianek. Oprócz wspomnianej wyżej Grace Jones i starych znajomych z MI6 (M, Q, Moneypenny) nie sposób nie wspomnieć o świetnym Christopherze Walkenie, który wciela się w psychopatycznego Maxa Zorina, jednego z najbarwniejszych i najlepiej zagranych przeciwników Bonda. Natomiast 007 wspomaga tym razem sir Godfrey, odgrywany przez dobrego przyjaciela Moore’a – sir Patricka Macnee (znanego między innymi z serialu Rewolwer i melonik, w którym partnerowała mu Diana Rigg, filmowa żona Jamesa Bonda). A na drugim planie można wypatrzyć Alison Doody (Elsę Schneider z późniejszego Indiany Jonesa i ostatniej krucjaty) oraz… debiutującego na ekranie Dolpha Lundgrena.
Aktor zawdzięcza tę rolę swojej ówczesnej dziewczynie, czyli Grace Jones. Ponadto, legenda (wszelako potwierdzona przez samą zainteresowaną) głosi, że wśród statystów pojawia się Maud Adams (dziewczyna Scaramangi z „Człowieka ze złotym pistoletem” i tytułowa Ośmiorniczka). Byłby to więc trzeci występ tej aktorki w cyklu.
Pięćdziesięciosiedmioletni sir Roger Moore po raz siódmy i ostatni (tym razem już naprawdę) wciela się w Bonda. I wychodzi mu to zaskakująco dobrze, choć w scenach bardziej dynamicznych użycie dublera staje się momentami aż nazbyt widoczne. Mimo wszystko, da się całość oglądać bez zażenowania, bo Anglik nadal potrafi przywołać arystokratyczno-ironiczną pozę, dzięki czemu wiele można mu wybaczyć. Po latach Moore sam jednak stwierdził, że był „o jakieś czterysta lat za stary”. Ponoć najbardziej uderzyło go to, gdy dowiedział się, że matka jego ekranowej partnerki Tanyi Roberts była młodsza od niego.
W „Zabójczym widoku” jak zwykle zwiedzamy spory kawał świata (od Syberii, poprzez Paryż, aż do San Francisco). Również sekwencje akcji nie zawodzą, ze szczególnym wskazaniem na pogoń po Wieży Eiffela i wcześniejszy pościg ulicami francuskiej stolicy oraz ikoniczną bijatykę na szczycie przęsła mostu Golden Gate.
A ostania scena, w której Q wykorzystuje zdalnie sterowanego robota, by zlokalizować Bonda, który tradycyjnie oddaje się miłosnym figlom, jest wyjątkowo znacząca, ponieważ 007 dosłownie rzuca w niej ręcznik. Tym zabawnym akcentem Moore ostatecznie przekazał widzom, że jego przygoda w smokingu agenta Jej Królewskiej Mości dobiegła końca. Ale sam James Bond miał się dzięki niemu doskonale i powrócił już dwa lata później z nowym, nieco bardziej surowym obliczem.
The Living Daylights (W obliczu śmierci), 1987, reż. John Glen
Living on the edge. It’s the only way he lives.
Timothy’emu Daltonowi zaproponowano rolę Bonda już pod koniec lat sześćdziesiątych, gdy po raz pierwszy zrezygnował z niej Sean Connery, ale Walijczyk stwierdził, że jest po prostu za młody. Albert Broccoli ponownie złożył mu propozycję, szukając następcy Rogera Moore’a, ale ten znów jej nie przyjął, tym razem ze względu na zobowiązania zawodowe. Postanowiono więc zatrudnić Pierce’a Brosnana (którego producent poznał na planie Tylko dla twoich oczu, gdzie rolę jednej z dziewczyn Bonda zagrała żona Brosnana – Cassandra Harris).
Brosnan był chętny, ale wiązał go kontrakt z serialem Detektyw Remington Steele i nic z tego nie wyszło. W międzyczasie okazało się, że Dalton jest jednak dostępny, więc od razu zaoferowano mu kontrakt na trzy filmy.
Od samego początku było wiadomo, że nowy Bond będzie nieco inną postacią, niż odtwarzany przez Moore’a. Dalton zapoznawszy się z książkami Fleminga, postanowił, że jego inkarnacja 007 zdecydowanie zbliży się do literackiego pierwowzoru. Skutkiem tego zrezygnowano z lekkiej, momentami żartobliwej otoczki, jednoznacznie kojarzonej z Moorem, na rzecz nieco poważniejszego tonu, w duchu ówczesnych filmów akcji. Trzeba przyznać, że atmosfera W obliczu śmierci świetnie koresponduje ze sposobem, w jaki Dalton podszedł do postaci 007 (zostanie to jeszcze bardziej pogłębione w kolejnej odsłonie, ale nie uprzedzajmy faktów). Ograniczono też liczbę partnerek Bonda, co stanowiło bezpośredni skutek masowego strachu przed AIDS.
Lata osiemdziesiąte aż biją z ekranu – pierwszy akt filmu rozgrywający się w komunistycznej Czechosłowacji, charakterystyczna dla tamtych czasów technika (te wszędobylskie cyfrowe wyświetlacze), piosenka grupy A-HA, nowy model Astona Martina i aktualna tematyka z afgańską wojną w tle. Od razu rzuca się też znaczne przesunięcie granicy w stronę sensacji. Nie oznacza to oczywiście, że w filmie nie ma miejsca dla lżejszych momentów, jednak zostały one stonowane i ograniczają się głównie do rzucanych przez bohatera bon motów.
Osobiście bardzo lubię Daltonowskie wcielenie 007. Jego Bond z zimnym, surowym spojrzeniem i kryjącą się w nim skrywaną wściekłością stoi w opozycji do wyluzowanego Moore’a, zachowującego się bardziej jak playboy-arystokrata. Bardziej dojrzałą tonację W obliczu śmierci podkreśla jeszcze fakt, że antagoniści są po prostu żądnymi zysku przestępcami i manipulatorami, a nie szaleńcami owładniętymi obsesją władzy nad światem.
Dalton bardzo poważnie podszedł do swoich obowiązków i upierał się, żeby jak najwięcej scen kaskaderskich odgrywać osobiście. A trzeba przyznać, że (jak zwykle zresztą) producenci zadbali o widowiskowość poszczególnych sekwencji, na czele z finałową bijatyką na pokładzie lecącego samolotu towarowego (i poza nim). Zatrudnienie młodszego od Moore’a aktora wyszło całości na dobre również w tym sensie, że łatwiej uwierzyć w co bardziej niebezpieczne wyczyny.
Mimo, że fabuła została nieco urealniona, to jednak zawiera większość charakterystycznych dla serii elementów – spotkanie z M, wizytę u Q (odgrywani odpowiednio przez starych znajomych – Roberta Browna oraz Desmonda Llewelyna), flirt z odmłodzoną Moneypenny (Caroline Bliss). Na drugim planie brylują solidny jak zawsze John Rhys-Davies, Jeroen Krabbé oraz Art Malik, który kilka lat później wcieli się w czarny charakter w świetnych Prawdziwych kłamstwach Jamesa Camerona.
Ogólnie dobry Bond i dobry film sensacyjny. Zawsze chętnie do niego wracam i miło spędzam czas, z uwielbieniem wsłuchując się w fantastyczny akcent Daltona.
Licence to Kill (Licencja na zabijanie), 1989, reż. John Glen
His bad side is a dangerous place to be.
W obliczu śmierci okazało się dużym sukcesem. Publiczność zaakceptowała zarówno bardziej realistyczny kierunek, w który producenci skierowali serię oraz nowe, surowe oblicze Bonda. Postanowiono więc pójść za ciosem i jeszcze bardziej przesunąć granicę w stronę czystego kina akcji. Film, pierwotnie zatytułowany Licence Revoked, zgodnie z tradycjami serii, wszedł do kin dwa lata po poprzedniku, w 1989 roku. Stanowił zarazem pożegnanie 007 z latami osiemdziesiątymi.
Po uwikłanych politycznie handlarzach bronią, tym razem głównym antagonistą uczyniono Franza Sancheza, bezwzględnego barona narkotykowego z fikcyjnego środkowoamerykańskiego państwa, Republiki Isthmus (w rzeczywistości „grał” ją Meksyk). Seria zawsze dobrze reagowała na gorące, medialne tematy, a ówcześnie opinię publiczną rozpalała walka z kartelami. Producenci postanowili więc wykorzystać to w scenariuszu. W Sancheza wcielił się Robert Davi, etatowy hollywoodzki czarny charakter i ponoć starał się nie wychodzić z roli poza ekranem, co skutkowało zabawnymi (dla członków ekipy) epizodami, na przykład w restauracjach, gdy obsługa brała aktora za prawdziwego gangstera.
Poza Daltonem powróciło też kilka znajomych twarzy – M, Q oraz Moneypenny. Niespodzianką natomiast jest udział Davida Hedisona, który powtarza rolę przyjaciela 007 – agenta CIA, Felixa Leitera. Hedison poprzednio wcielał się w Leitera w pierwszym Bondzie z Moorem (szesnaście lat wcześniej). Charakteryzatorzy musieli więc trochę odmłodzić aktora, szczególnie, że odgrywał tutaj pana młodego. Z kolei w marionetkowego prezydenta Hectora Lopeza wcielił się Pedro Armendáriz Jr., czyli syn znanego z Pozdrowień z Rosji aktora.
Licencja na zabijanie nie tylko tematyką wstrzeliwuje się w ówczesną modę, również gatunkowo znacznie bliżej jej do czystej sensacji, królującej na ekranach w latach osiemdziesiątych. Widowiskowością film przywodzi na myśl największe hity przedostatniej dekady XX wieku, w rodzaju Szklanej pułapki, czy Zabójczej broni. Bond natomiast jest niesubordynowanym, relegowanym ze służby facetem, gotowym na wszystko, by pomścić śmierć przyjaciela. Niemalże od pierwszych filmów serii 007 stanowił siłę sprawczą większości zdarzeń, jednak tutaj, bohater staje się one man army, w zasadzie w pojedynkę (z niewielką tylko pomocą Q i dwóch kobiet) kasującym cały interes Sancheza.
Oczywiście nadal kule się go nie imają, realizm polega raczej na tym, że przeciwnikiem jest potężny przestępca (trzęsący całym krajem), a nie megaloman pragnący władzy nad światem. Humor został jeszcze bardziej ograniczony niż w poprzedniku, choć nie pozbyto się go całkowicie. Nieco większa dawka przemocy sprawiła jednak, że „Licencja na zabijanie” otrzymała certyfikat PG-13.
Właściwie, gdyby nie personalia głównego bohatera, krótka scena rozmowy z M (z wyraźnymi nawiązaniami do Ernesta Hemingwaya) oraz udział Q, film byłby dość standardowym ówczesnym akcyjniakiem z górnej półki. Kilka widowiskowych scen wciąż robi wrażenie – jazda po wodzie na stopach jak na nartach wodnych, świetny pościg cysternami po wąskich drogach, czy nawet bijatyka w nadmorskim barze. Dobrze się na to patrzy.
Dalton zagrał jeszcze oszczędniej niż w W obliczu śmierci, ale zostało to dobrze umotywowane scenariuszem – w końcu mści się za próbę zabójstwa przyjaciela i nie ma tu miejsca na sentymenty. No i nadal cudownie słucha się jego rzucanych zza zaciśniętych zębów kwestii.
Niestety, film nie odniósł spodziewanego sukcesu kasowego (choć wbrew obiegowej opinii nie był też klapą), a zmieniający się układ sił na świecie oraz problemy prawne postawiły przyszłość serii pod znakiem zapytania. Dalton miał kontrakt na jeszcze jeden film, ale na kolejną przygodę 007 fani musieli czekać aż 6 lat.
Goldeneye, 1995, reż. Martin Campbell
Nobody Does It Like Bond
Poprzedni film przyniósł mniejsze wpływy niż oczekiwano, ale wciąż planowano kontynuować serię. Timothy Dalton miał zakontraktowany jeszcze jeden film i wszystko wskazywało na to, że prace na planie wkrótce ruszą. W 1990 roku, w Cannes zawieszono nawet pierwsze plakaty, ustalające datę premiery na 1991 rok. Plotka głosiła, że tytuł produkcji zaczerpnięto z jednego z opowiadań Fleminga – „Własność pewnej damy”, a do ról czarnych charakterów przymierzano między innymi Anthony’ego Hopkinsa i Whoopi Goldberg. W międzyczasie wydarzyły się jednak dwie rzeczy, które mocno przyhamowały twórców – pojawiły się związane z marką problemy prawne oraz upadł Związek Radziecki, zmieniając równowagę sił na świecie.
Albert Broccoli zaczął się nawet zastanawiać, czy jest jeszcze miejsce dla Jamesa Bonda, choć przecież 007 mierzył się w przeszłości nie tylko z wysłannikami ZSRR. Zniecierpliwiony przedłużającym się okresem zawieszenia, Dalton odczekał aż wygaśnie jego kontrakt i ogłosił swoją rezygnację. Przyszłość serii rysowała się w ciemnych barwach.
Na szczęście kolejny odtwórca roli Bonda znalazł się szybko i był to oczywiście pochodzący z Irlandii, Pierce Brosnan. Na reżysera wybrano Martina Campbella, dotychczas realizującego się głównie na małym ekranie, a osiemdziesięciopięcioletni Broccoli przekazał stery serii swojej córce Barbarze oraz Michaelowi G. Wilsonowi (którzy zawiadują nią do dzisiaj). Twórcy zdawali sobie sprawę, że muszą nakręcić naprawdę dobry film, bo inaczej Bond będzie musiał udać się na zasłużoną emeryturę.
Goldeneye (tytuł pochodzi od jamajskiej willi Iana Fleminga, na tarasie której pisał kolejne powieści) weszło do kin 13 listopada 1995 roku. I już pierwsze reakcje sprawiły, że producenci mogli odetchnąć z ulgą. Film spodobał się widzom, a Brosnan z miejsca został uznany za godnego następcę swoich znakomitych poprzedników.
Twórcy postanowili uwzględnić na ekranie zmiany geopolityczne, które zaszły w rzeczywistości, a symboliczne przejście do „nowych czasów” spełnia czołówka (ze świetną piosenką Tiny Turner), w której widać spadające czerwone gwiazdy, przewracające się socjalistyczne pomniki i cmentarzysko radzieckich monumentów. Jedynie Bond pozostał ten sam, co zresztą zarzuca mu M (Judi Dench), w ich pierwszej wspólnej scenie. Pomysł, by na czele MI6 stanęła kobieta zgłosiła już dekadę wcześniej ówczesna odtwórczyni roli Moneypenny – Lois Maxwell, ale musiało minąć jeszcze trochę czasu, nim słowo się ciałem. Nie zmienił się za to aktor wcielający się w Q, czyli Desmond Llewelyn.
Na ekranie nie brak charakterystycznych elementów serii – humoru, pojawiają się bon moty, piękne kobiety (głównie pod postaciami drapieżnej Famke Janssen i rozkrzyczanej Izabelli Scorupco) oraz bardzo widowiskowe sceny akcji, na czele z fantastycznym pościgiem z użyciem czołgu. Przeciwnikami Bonda uczyniono tym razem skorumpowanego rosyjskiego generała (Gottfried John) oraz zbuntowanego szpiega Jej Królewskiej Mości (Sean Bean).
Szczególnie ten ostatni zasługuje na uwagę, ponieważ jest to równorzędny 007 antagonista, wyszkolony w ten sam sposób i posiadający podobne doświadczenie. Ponadto duża część akcji toczy się w Rosji i całość ma przez to bardzo zimnowojenny klimat (mimo tego, że toczy się w latach dziewięćdziesiątych), niepozbawiony jednak elementów nowoczesności.
Wszystko w Goldeneye zagrało, a jednak ja jakoś nigdy nie mogłem się całkowicie przekonać do tego filmu, właściwie sam nie wiem dlaczego. Potrafię dostrzec jego liczne zalety, ale wolę inne odsłony przygód 007. Zdecydowanie nie podobała mi się natomiast muzyka Érica Serry, wzbogacona o elektroniczne brzmienia. Nawet James Bond Theme w początkowej sekwencji został zniekształcony (na szczęście w kolejnej części wrócono do klasyki). Generalnie jednak to bardzo solidny Bond.
Tomorrow Never Dies (Jutro nie umiera nigdy), reż. Roger Spottiswoode, 1997
The Man. The Number. The License…are all back.
Pierce Brosnan świetnie sprawdził się jako 007, więc szybko ruszono z pracami nad kolejną, osiemnastą już (licząc oficjalne produkcje EON), przygodą Bonda. Odpowiedzialni za serię Barbara Broccoli oraz Michael G. Wilson zaproponowali stołek reżysera Martinowi Campbellowi, ale ten grzecznie, choć stanowczo odmówił. Po krótkich poszukiwaniach posadę dostał Roger Spottiswoode, najszerzej znany jako twórca „Air America” (a wcześniej między innymi montował filmy Sama Peckinpaha).
Pierwotnie intryga rozgrywała się w Hongkongu, ale Henry Kissinger (tak, ten Kissinger) zasugerował, by przenieść ją do Chin. Producenci na to przystali, co wiązało się jednak z przepisaniem wszystkich wątków. Zresztą nawet w momencie, gdy zdjęcia znajdowały się na zaawansowanym etapie, ciągle coś poprawiano. Między innymi z powodu przedłużających się prac nad scenariuszem z roli głównego antagonisty zrezygnował Anthony Hopkins. Jego miejsce zajął Jonathan Pryce, znany chociażby ze współpracy z Terrym Gilliamem (Brazil) oraz późniejszych „Piratów z Karaibów”. Wcielił się w magnata prasowego Elliota Carvera, który pragnie wywołać III wojnę światową, by wzbogacać się na doniesieniach medialnych na temat konfliktu.
Sam pomysł na intrygę zdawał się być mocno zakorzeniony w rzeczywistości i współczesności, choć jego wykonanie oraz przeszarżowana miejscami kreacja Pryce’a są typowo bondowskimi chwytami, zahaczającym wręcz o filmy Moore’a.
Jeśli chodzi o towarzyszki 007, tym razem mamy w zasadzie dwie. W pierwszą, Paris Carver, wciela się Teri Hatcher, która pojawiła się wcześniej u boku MacGyvera oraz Supermana (a później świetnie odnajdzie się w Gotowych na wszystko). Scenarzyści próbowali odrobinę pogłębić postać Bonda, wprowadzając jego byłą dziewczynę, do której 007 wciąż coś czuje, przy czym nie ma to większego znaczenia ani dla całości serii, ani dla bohatera. Drugą natomiast, Wai Lin, odtwarza pochodząca z Chin Michelle Yeoh, tancerka i aktorka znana z tego, że większość scen kaskaderskich wykonuje sama (partnerowała między innymi Jackiemu Chanowi).
Wśród antagonistów warto wyróżnić obdarzonego radiową urodą Vincenta Schiavelliego, wcielającego się w dr. Kaufmana, specjalistę od tortur oraz niemieckiego aktora Götza Otto, jako Stampera, osiłka na usługach Carvera. W trakcie castingu Otto miał do dyspozycji dwadzieścia sekund na prezentację, ale tylko wszedł i mruknął: „Jestem wielki, zły i jestem Niemcem”. Wystarczyło, by dostać angaż. Obsadę dopełniają Judi Dench jako M i Desmond Llewelyn w roli Q.
Ewenementem było, że budżet filmu praktycznie w całości pochodził od reklamodawców, a nie od studia. Widać to szczególnie w rozbudowanej sekwencji pościgu na krytym parkingu, gdzie pierwsze skrzypce grają bondowskie gadżety – wyposażone w szereg dodatków i usprawnień BMW (chociaż Aston Martin też się na chwilę pojawia na początku filmu) oraz telefon komórkowy Ericsson.
Charakterystyczny element serii, czyli dynamiczne sekwencje akcji robią tu wrażenie. Od prologu, w którym 007 dosłownie wysadza z interesu handlarzy bronią, przez bijatykę i gonitwę po należącej do Carvera drukarni, aż po świetny, pełny widowiskowej kaskaderki pościg na motorze ściganym przez helikopter (podczas którego Bond i Lin są skuci kajdankami), wszystko ogląda się świetnie. Na tym tle najsłabiej wypada ostatni akt, choć jak najbardziej wpisuje się on w sztandarowe bondowskie finały.
Tomorrow Never Dies (tytuł miał brzmieć Tomorrow Never Lies, nawiązując do gazety wydawanej przez Carvera) sprzedał się bardzo dobrze, aczkolwiek nieco gorzej od Goldeneye. Brosnan utwierdził jednak widzów w przekonaniu, że potrafi godnie zastąpić poprzedników jako 007.
The World Is Not Enough (Świat to za mało), reż. Michael Apted, 1999
Danger. Suspense. Excitement. There must be when he’s around.
Po sukcesie Jutro nie umiera nigdy było pewne, że prace nad dziewiętnastą odsłoną przygód 007 wkrótce ruszą, a w Bonda ponownie wcieli się Pierce Brosnan. Producenci chcieli zdążyć z premierą jeszcze przed rokiem 2000, a nad scenariuszem po raz pierwszy pracowali Neal Purvis i Robert Wade, którzy są związani z serią do dzisiaj. Pomysł na główną oś intrygi wpadł Barbarze Broccoli podczas podróży samolotem, gdy oglądała film dokumentalny o historii budowy rurociągów w okolicy Morza Kaspijskiego. Ponadto, fabuła miała stać się tym razem nieco bardziej skomplikowana, choć oczywiście bez przesady, w końcu nikt nie chciał zmieniać Bonda w kino moralnego niepokoju. Na stołku reżysera pierwotnie widziano Petera Jacksona, ostatecznie jednak za kamerą stanął Michael Apted, który nie miał większego doświadczenia z filmami akcji.
W głównego antagonistę (a przynajmniej tak się do pewnego momentu wydaje), Renarda, wcielił się szkocki aktor Robert Carlyle (Goło i wesoło). Terrorysta został postrzelony w głowę, przeżył, ale w jego czaszce utknął pocisk – mężczyzna nie czuje bólu, co czyni go w pewien sposób niezniszczalnym. Brzmi jak materiał na godnego przeciwnika dla 007, prawda? Niestety, pomysł nie został do końca wykorzystany, a przecież Carlyle to charyzmatyczny aktor i z pewnością mógłby uczynić Renarda znacznie bardziej wyrazistym. O wiele ciekawsza jest natomiast bohaterka odgrywana przez francuską aktorkę Sophie Marceau.
Elektra King zdecydowanie należy do tych lepiej wykreowanych kobiecych postaci w cyklu, a także jako jedna z niewielu pań, potrafiła omotać i zwieść Bonda. Ze starych znajomych powracają również Judi Dench w roli M oraz Desmond Llewelyn po raz ostatni jako Q (aktor zginął w wypadku samochodowym, w grudniu 1999, trzy tygodnie po premierze filmu). Pojawia się za to jego następca – R, w którego wciela się ex-python John Cleese. A na drugim planie bryluje Robbie Coltrane, powracający z Goldeneye jako rosyjski gangster Żukowski. Fani zazwyczaj narzekają na Denise Richards, która wcieliła się w dr Christmas Jones, ekspertkę od fizyki, ale ja osobiście nie mam z tą postacią żadnego problemu.
O ile w Jutro nie umiera nigdy sceny akcji były dynamicznie zaaranżowane i choć nieprawdopodobne, oglądało się je bardzo dobrze, o tyle tutaj twórcy poszli w niepotrzebne efekciarstwo. Jeszcze gonitwa łodziami po Tamizie (po raz pierwszy w serii areną starć staje się Londyn) w miarę trzyma fason, ale późniejsze momentami niebezpiecznie zbliżają się do granicy żenady. Nawet pościg na nartach raczej nuży niż ekscytuje, a sekwencje osadzone w zimowych plenerach zawsze przecież zapadały w pamięć.
Zdecydowanie najgorsza jest za to strzelanina w portowej wytwórni kawioru, podczas której Bond musi unikać helikoptera wyposażonego w obracające się piły tarczowe. Tutaj ocieramy się już o kreskówkową, niezamierzoną śmieszność. Pomysł ten stanowił niejako zapowiedź kolejnej części, gdzie efekciarstwo całkowicie zdominowało całą resztę.
Świat to za mało (tytuł nawiązuje do motta rodziny Bonda, ujawnionego w W tajnej służbie Jej Królewskiej Mości) stoi więc w rozkroku między próbą skupienia się na bohaterach, a pójściem w całkowicie rozrywkową stronę. Film zawiera kilka dobrych pomysłów i przede wszystkim Brosnana, który już w pełni odnalazł tu swój sposób na odgrywanie 007, jednak nie jest pozbawiony wad. Relacja między Elektrą, a Bondem powinna być bardziej rozwinięta i lepiej poprowadzona, bo sprawia wrażenie rozpisanej po łebkach. Z postaci Renarda też dałoby się wyciągnąć więcej. Generalnie czegoś całości zabrakło, może lepszy reżyser stworzyłby bardziej angażującą historię. Film ogląda się całkiem przyjemnie, choć żal zaprzepaszczonego potencjału.
Die Another Day (Śmierć nadejdzie jutro), reż. Lee Tamahori, 2002
Events don’t get any bigger than…
Zbliżającą się wielkimi krokami czterdziestą rocznicę obecności Bonda na ekranach kin postanowiono uczcić, jakżeby inaczej, kolejnym filmem, będącym jednocześnie dwudziestą częścią oficjalnego cyklu. Kontrakt Brosnana opiewał pierwotnie na trzy odsłony, ale zadowoleni z aktora producenci zaproponowali mu przedłużenie. Reżyser, Lee Tamahori, został osobiście wybrany przez Barbarę Broccoli, która była zachwycona jego dramatem „Tylko instynkt”, choć rozważano kandydaturę między innymi Bretta Ratnera (Godziny szczytu). Scenariuszem natomiast znów zajęli się Robert Wade i Neal Purvis.
Pierwsze sceny Śmierć nadejdzie jutro zapowiadają obiecujący film. Misja Bonda rozpoczyna się w Korei Północnej, gdzie szpieg, po dynamicznym pościgu poduszkowcami, zostaje na skutek zdrady uwięziony i torturowany. Pierwszy raz w serii napisy początkowe stanowią integralną część fabuły – oglądamy sceny, w których 007 siedzi w koreańskim więzieniu. Po powrocie na łono zachodniego świata, czternaście miesięcy później, staje się wyrzutkiem pragnącym odnaleźć tego, kto go zdradził.
Co najmniej kilka rzeczy w pierwszej połowie filmu jest zaskakująco świeżych i intrygujących, dających nadzieję na jedną z lepszych odsłon cyklu. Pewien budzący niepokój przedsmak tego co znajdzie się w kolejnych minutach daje tylko sekwencja z lufą pistoletu (tak zwany gun barrel sequence), obecna na początku każdej przygody 007. Tym razem w stronę widza mknie wygenerowany komputerowo pocisk. Wymyślił to sam reżyser, który postanowił fabularnie podzielić Śmierć nadejdzie jutro na dwie części. W pierwszej nacisk został położony na mocno szpiegowską intrygę (oczywiście w ramach bondowskich standardów, a nie powieści Johna le Carré) i ją ogląda się naprawdę dobrze, mimo wyjątkowo drewnianych miejscami dialogów.
Natomiast druga połowa, to już festiwal efektów komputerowych i dziwnych pomysłów scenariuszowych. Wprawdzie zdarza się od czasu do czasu interesujący koncept, jak na przykład scena, w której nie tylko samochód Bonda jest wyposażony w gadżety i antagoniści też takowym dysponują (choć też ma tu podłoża fabularnego), ale ogólnie wyszło to bardzo słabo. Reżyser zachłysnął się możliwościami grafiki komputerowej i oparł na nich ciężar całości, przy czym nawet w momencie premiery komputerowe obrazy raziły sztucznością, na czele z tym fatalnym kitesurfingiem na tsunami.
Okropnie zagrany jest również główny czarny charakter. Toby Stephens wciela się w Gustava Gravesa, młodego milionera, zadufanego w sobie i zarozumiałego, bez przerwy strojącego irytujące grymasy. A przecież Stephens potrafi tworzyć pełnokrwiste postaci, co pokazał chociażby kilka lat później w serialu Black Sails. Podobnie słabo wypada Halle Berry w roli Jinx, amerykańskiej agentki, partnerującej Bondowi (co ciekawe, w trakcie zdjęć do Day Another Day aktorka dostała Oscara). A finał z rozpadającym się CGI-samolotem dzisiaj budzi już co najwyżej śmiech zażenowania.
Kilka ciepłych słów należy się za to członkom obsady. Brosnan czuje się w roli Bonda niezwykle komfortowo. Również druga z partnerujących mu pań, Rosamund Pike, stworzyła ciekawą postać. Do swoich ról powrócili Judi Dench oraz John Cleese. Ponadto w kadrze można dostrzec mnóstwo nawiązań do wszystkich poprzednich części, co było bezpośrednio związane z jubileuszem.
Niestety, dwudziesta odsłona przygód 007 rozczarowuje i należy do najgorszych filmów z serii. Wylewający się z ekranu przesyt komputera, szczególnie w drugiej połowie, całkowicie psuje jakąkolwiek przyjemność ze śledzenia intrygi. Nawet piosenka tytułowa odstaje od zwyczajowego standardu. Kilka solidnych kreacji aktorskich i dobra pierwsza godzina nie ratuje całości.
Pierce Brosnan zasługiwał na lepszy finisz, a dla wszystkich stało się jasne, że serię trzeba odświeżyć.
Casino Royale, reż. Martin Campbell, 2006
The new Bond. Living for Love. Dying for Thrills.
Po premierze Śmierć nadejdzie jutro seria znalazła się na granicy autoparodii i podobnie jak po Moonrakerze należało ją znów nieco urealnić, więc producenci postanowili pokazać początki Bonda w szpiegowskim fachu. Okazja wydawała się dobra, ponieważ wytwórni EON udało się w końcu pozyskać prawa do pierwszej powieści o przygodach 007 – Casino Royale, którą Albert R. Broccoli od lat chciał przenieść na ekran. Chętnym do włożenia smokingu był po raz piąty Pierce Brosnan, ale nowa formuła wymagała znalezienia kogoś młodszego, więc podziękowano przystojnemu Irlandczykowi (co go mocno rozżaliło) i rozpoczęto poszukiwania właściwego aktora.
Wkrótce ogłoszono światu, że Bondem po raz pierwszy zostanie blondyn – Daniel Craig. Ten nieoczywisty wybór spotkał się z utyskiwaniami widzów, powstała nawet strona internetowa przeciwko decyzji producentów. Twórcy jednak nie przejmowali się krytyką, skoncentrowani na tym, bo zrobić możliwie najlepszy film. Na stołek reżysera ponownie zaproszono Martina Campbella, który raz przywrócił cykl światu, za pomocą „Goldeneye”, a teraz miał zrobić to ponownie
Już sama sekwencja przed napisami, zrealizowana w czerni i bieli, a także zaskakująco kameralna i po raz pierwszy w historii serii bez gun barrel sequence (ta pojawiają się nieco później i płynnie przechodzi w napisy) sugerowała, że mamy do czynienia z nową jakością. Po skromnym prologu i dynamicznej czołówce (aczkolwiek tym razem bez sylwetek tańczących dziewczyn) jesteśmy świadkami pierwszej misji Bonda już jako agenta z dwoma zerami. W bardzo widowiskowej gonitwie z elementami parkouru rzuca się w oczy, że nowe wcielenie 007 jest dużo bardziej realistyczne – Bond krwawi, ocieka potem i musi się nielicho namęczyć, by osiągnąć swój cel (co właściwie mu się nie udaje).
Momentami 007 przypomina tu bardziej Johna McClane’a niż bohatera poprzednich filmów. Co więcej, zrezygnowano z gadżetów, w ogóle nie pojawia się Q, za to dość intensywnie wykorzystywany jest telefon komórkowy. A oprócz dynamicznych sekwencji bójek i pościgów, ogromne napięcie budzą również sceny w kasynie, prezentujące… długą rozgrywkę w karty.
Również na polu uczuciowym widzów czekała rewolucja. Eva Green w roli Vesper Lynd, stworzyła jedną z najbardziej pamiętnych kobiecych ról w cyklu, a 007 nie zawsze potrafił oddzielić emocje od pracy, skutkiem czego relacja tej dwójki z czasem wybiła się na jeden z ważniejszych wątków Casino Royale i będzie rezonować w kolejnych filmach z Craigiem.
W odróżnieniu od wielu innych przeciwników Bonda, także czarny charakter jest tym razem dość przyziemny – to po prostu finansista współpracujący z terrorystami, świetnie wykreowany przez Madsa Mikkelsena. A za wszystkim stoi tajemniczy pan White (Jesper Christensen), reprezentujący jakąś potężną organizację, o której nic więcej (na razie) nie wiadomo.
Wszystko zdaje się sugerować, że mamy właściwie do czynienia nie tyle z odświeżeniem serii, ile z czymś całkowicie nowym, zupełnie inną wręcz postacią. Otóż nie, paradoksalnie to wciąż Bond, mocno podrasowany, sprowadzony na ziemię, krwawiący i zdolny do miłości (jakkolwiek to zabrzmi), ale posiadający wystarczająco dużo cech, by odnaleźć wśród nich znajome tropy.
W efekcie powstał film, który stanowił doskonałe odświeżenie skostniałej formuły i znów wywoływał ekscytację przygodami agenta Jej Królewskiej Mości. A Daniel Craig, początkowo odsądzany od czci i wiary, stał się ulubieńcem widzów, wielu uznało nawet jego inkarnację za najlepsze wcielenie brytyjskiego szpiega. Przyszłość znów rysowała się dla Bonda różowo, a Craig miał wkrótce powrócić w bezpośrednim sequelu pierwszej przygody 007.
Quantum of Solace, reż. Marc Forster, 2008
Have Regrets. Get Revenge.
Sukces Casino Royale sprawił, że prace na planie kolejnego odcinka ruszyły bardzo szybko, a premierę ustalono pierwotnie na maj 2008, by ostatecznie przesunąć ją na listopad tego samego roku. Po raz pierwszy w historii cyklu widzowie mieli dostać bezpośredni sequel, kontynuujący wątki poprzednika (do pewnego stopnia zdarzyło się to już w przeszłości w Pozdrowieniach z Rosji oraz w Diamenty są wieczne, ale tam było to dość luźne powiązanie i nie miało większego wpływu na fabułę). Mało tego, akcja zaczyna się godzinę po finale Casino Royale.
Już w pierwszej minucie daje się odczuć, że mamy do czynienia z diametralnie innym filmem, niż CR. Inauguracyjna scena (pościg włoskimi drogami) jest bowiem szybka i chaotyczna, dając dobry przedsmak tego, co nas czeka w dalszej części seansu. Błyskawiczne, krótkie, padaczkowe wręcz ujęcia robiły wtedy furorę, spopularyzowane przez konkurencyjną serię o przygodach Jasona Bourne’a, na którą mocno zapatrzyli się twórcy Bonda. W efekcie, w scenach akcji niewiele widać. Nigdy nie przepadałem za taką pracą kamery i choć dziś już mi ona tak nie przeszkadza i rozumiem zamysł za nią stojący, to wciąż uważam, że ten zabieg operatorski po prostu nie działa i wprowadza raczej chaos niż ekscytację.
Jednym z najpoważniejszych problemów, które napotkała produkcja Quantum of Solace (tytuł zaczerpnięty z jednego z opowiadań Iana Fleminga) był strajk scenarzystów. Filmowcy przystąpili do pracy bez ukończonego scenariusza, więc reżyser, producenci i aktorzy musieli improwizować, napychając do filmu jak najwięcej scen akcji, kosztem rozwoju bohaterów czy doszlifowania fabuły. Powstała więc najdynamiczniejsza chyba odsłona serii i muszę uczciwie przyznać, że jeśli przymknąć oko na intrygę stanowiącą jedynie pretekst do kolejnych bójek czy pościgów, można z tego fabularnego rollercoastera czerpać dużo frajdy.
Craigowi jeszcze się chciało, wkładał w rolę serce i nadal fantastycznie odgrywał Bonda, choć momentami wydaje się, że twórcy zapomnieli jaką drogę przebyła postać brytyjskiego szpiega w poprzednim filmie, ponieważ tu znów zachowuje się dość lekkomyślnie, likwidując ludzi, którzy posiadają cenne dla niego informacje.
Lokacje zmieniają się kalejdoskopowo, ale na szczęście pojawia się kilka znajomych twarzy – M (Judi Dench), Felix Leiter (Jeffrey Wright) oraz Mathis (Giancarlo Giannini). Szczególnie relacja 007 z tym ostatnim mogła stać się jednym z ciekawszych wątków, ale nie do końca wykorzystano drzemiący w niej potencjał. „Casino Royale” nie potrzebowało żadnego sequela, bo to co nie zostało tam dopowiedziane spokojnie mogło takie pozostać, ale skoro postanowiono ciągnąć rozpoczęte wątki, teoretycznie powinniśmy dowiedzieć się więcej o tajemniczej organizacji, którą reprezentował pan White (Jesper Christensen).
W kontynuacji Bond przez cały czas jest na jej tropie, ale w zasadzie, poza nazwą, nie poznajemy żadnych nowych szczegółów na jej temat (w przeciwieństwie do bohatera). Przez to cały film (najkrótszy w serii!) sprawia wrażenie nieco przydługiego epilogu do CR, zapychacza przed kolejną, pełnoprawną przygodą. Epilog generalnie zbędny, ale w gruncie rzeczy bezbolesny i przyjemny.
Wątek rozprawy z Quantum zostawiono więc na kolejne odsłony, natomiast tutaj skupiono się na próbach wymierzenia przez Bonda sprawiedliwości ludziom, którzy doprowadzili do dramatycznych wydarzeń z finału CR. Zemsta jest tu główną siłą napędową działań 007, ale została potraktowana zbyt ogólnikowo. To właściwie zarzut do całego Quantum of Solace – film posiada wszystkie składniki, by dorównać poprzednikowi, ale każdy z nich wymagałby doszlifowania. Mimo to, z czasem zacząłem coraz bardziej doceniać dwudziestą drugą przygodę Bonda i potrafię się na niej bawić.
Skyfall, reż. Sam Mendes, 2012
Po bardzo dobrym Casino Royale i gorszym, aczkolwiek mocno zyskującym z czasem Quantum of Solace, wszyscy z niecierpliwością czekali na trzecią (a właściwie drugą, bo CR i QoS to w zasadzie dwa rozdziały tej samej historii) przygodę Bonda z twarzą Daniela Craiga. Jej stworzenie zabrało cztery lata, a premiera zbiegła się z pięćdziesiątą rocznicą debiutu 007 na ekranie. Reżyserem został Sam Mendes, kojarzony raczej z innego rodzaju kinem, ale decyzja o jego zaangażowaniu zdawała się zgadzać z przyświecającą twórcom filozofią zabierania serii w nowe, zaskakujące kierunki.
Skyfall zaczyna się bardzo obiecująco od efektownej i na wskroś „bondowskiej” (to poprawienie mankietu po skoku z jednego wagonu do drugiego!) sekwencji przedtytułowej, przedstawiającej pościg w Stambule, która kończy się dość niespodziewanie. Później jednak następuje pierwszy zgrzyt, gdy okazuje się, że 007 jest… za stary i musi przejść testy sprawnościowe i intelektualne. Wiek Bonda i jego anachroniczność będzie tu jednym z dwóch głównych wątków. Chwileczkę… czyli od razu po pokazaniu początków agenta w CR i QoS, bez przygód „w szczycie formy”, bez pokazywania nam jego „prime time”, twórcy nagle serwują nam motyw, że 007 jest (cytując Rogera Murthaugha z Zabójczej broni) „too old for this shit”. Interesujące odświeżenie formuły.
Film ten powszechnie uznawany jest za jeden z lepszych w serii, ale ja stoję w tym przypadku okoniem, ponieważ o ile nie uważam go za jakoś bardzo zły i doceniam próbę powrotu do epizodyczności cyklu (choć wypadałoby domknąć wątki związane z Quatnum, co nastąpiło dopiero później) oraz fantastyczne zdjęcia Rogera Deakinsa, o tyle nie potrafię przejść obojętnie nad jedną z dwóch największych wad Skyfall – wylewającą się z ekranu nudą. Po dynamicznym prologu, przez ponad półtorej godziny właściwie nic się nie dzieje – Bond snuje się po świecie i prowadzi jakieś tam śledztwo, ale nie czuć kompletnie stawki (a ta przecież jest wysoka, bo chodzi o skradzioną listę zakonspirowanych brytyjskich agentów).
Stanowi to bezpośredni skutek zatrudnienia reżysera specjalizującego się w dramatach (nota bene bardzo solidnego i utytułowanego), ale niezbyt dobrze odnajdującego się w repertuarze sensacyjno-przygodowym.
Drugi problem, który mam z tym filmem, to idiotyzmy scenariuszowe. Ich ukoronowaniem jest podłączenie przez Q (kreowanego na informatycznego geniusza) do wewnętrznej sieci MI6 laptopa dopiero co ujętego przestępcy, który dał wcześniej popis swoich hakerskich umiejętności. Głupota tego ruchu całkowicie dyskredytuje jakiekolwiek prawdopodobieństwo, co razi tym bardziej, że wielokrotnie wyraźnie podkreślano bardziej realistyczne podejście do całej serii.
I oczywiście, można przymknąć oko na takie babole, wszak kino rozrywkowe ma być z definicji lżejsze i pozwalać zapomnieć o szarej codzienności, ale wtedy cała reszta musi angażować i ekscytować. Tu tego nie ma. Na domiar złego, Bond ponosi w Skyfall klęskę za klęską i nie wypełnia żadnego właściwie zadania.
Na szczęście kilka rzeczy wyszło bardzo dobrze. Aktorzy spełnili swoje zadanie świetnie, ze szczególnym wskazaniem Judi Dench jako M, która właściwe stanowi tu, oprócz Bonda, główną osobę dramatu. A cała relacja między nią, 007 i Silvą (Javier Bardem) to jeden z mocniejszych atutów filmu. Czuć też, że filmowcy pomału sięgają po kolejne elementy kojarzące się z Bondem – powraca odmłodzony, przystający do naszych czasów Q (Ben Whishaw). Koniecznie muszę też wspomnieć o Ralphie Fiennesie, jako Mallorym – na tego aktora zawsze dobrze się patrzy. Ogromną zaletą są również ostatnie ujęcia, które sugerują, że mamy już w pełni ukształtowanego 007, takiego, jakiego znamy z precraigowych filmów. Gdyby tylko to było zakończenie Bondów z Craigiem…
Spectre, reż. Sam Mendes, 2015
The dead are alive
Widzom przypadła do gustu stylistyka Skyfall, z ciężarem mocno przesuniętym w stronę dramatu z okazjonalnymi scenami akcji, więc, w obliczu sukcesu zarówno kasowego, jak i artystycznego postanowiono kontynuować ten trend, ponownie zatrudniając na stanowisku reżysera Sama Mendesa. Jednocześnie zrobiono kolejny krok w kierunku odejścia od quasi-realistycznej konwencji pierwszych dwóch filmów z Craigiem i sięgnięto po chwyty starszych odsłon cyklu (gadżety).
Spectre zaczyna się pomysłową i efektową sceną kręconą na jednym ujęciu (a raczej sprawiającą takie wrażenie). Cała sekwencja przedtytułowa, choć ustępuje tej ze Skyfall, zapowiada emocjonujący film. Niestety później następuje ostry zjazd w dół i całość pada na pysk. Kuleje przede wszystkim fatalny scenariusz, który nie dość, że jest słaby sam w sobie, to jeszcze próbuje na siłę, w idiotyczny sposób połączyć poprzednie części z Craigiem w jedną dużą historię. Spectre tylko nie dostarcza tego, co przygody Bonda dostarczać powinny (czyli dobrej zabawy), ale również w pewien sposób niszczy świetne Casino Royale, dopisując jakieś wątki, których tam wcześniej nie było. Na domiar złego, po raz kolejny 007 zrywa się tu „ze smyczy” i działa pod przykrywką – to już trzeci raz w trakcie czterech ostatnich filmów.
Twórcy, po wielu latach, odzyskali prawa do organizacji Spectre i postaci Blofelda, zatem postanowili z nich skorzystać. I to akurat byłoby ok, choć wcześniej wymyślono Quantum, więc kolejne tajne stowarzyszenie wydaje się niepotrzebnym udziwnieniem. Jednak sposób w jaki zostało to zrobione oraz wprowadzona tu relacja Bonda z jego ikonicznym nemezis stanowi Mount Everest głupoty scenariuszowej. Do tego mamy fatalnie rozpisany romans Bonda i Madeline (Léa Seydoux) – ich uczucie pojawia się jak z powietrza, nie ma żadnej sensownie ukazanej podbudowy tego wątku. O ile w Skyfall zdarzały się poważne niedociągnięcia fabularne, tak Spectre zostało na nich zbudowane. Katastrofa.
Nawet sceny akcji nie ratują całości, mimo że tempo utrzymano znaczne lepiej niż w poprzedniku. Jak na dłoni widać jednak, że Mendes zupełnie nie odnajduje się w tego rodzaju kinie. Każda dynamiczna w zamyśle sekwencja jest albo skrajnie głupia (jak na przykład ta w górach z samolotem), albo pozbawiona jakiegokolwiek napięcia – pościg pustymi rzymskimi ulicami. O tragicznym, wydumanym i zupełnie nieinteresującym finale nie ma co się rozpisywać.
Spectre sprawia wrażenie artystycznego snuja, do którego na siłę dopisano sceny bójek, pościgów i strzelanin. Na domiar złego na obraz nałożono jakieś szarobure filtry, przez co lokacje są wyprane z kolorów. Nie wiem jak filmowcom się to udało, ale na ekranie barwne Maroko przypomina co bardziej ponure miejscówki w gorszych dzielnicach Bytomia.
Zresztą aktorom na czele z Craigiem chyba też się już nie chciało (a przecież odtwórca 007 był również producentem), czego najlepszy dowód stanowi jego słynna wypowiedź o podcięciu sobie nadgarstków. Doprawdy mieć na planie Christopha Waltza w roli czarnego charakteru i sprawić, by wywoływał jedynie śmieszność, to trzeba mieć wybitne zdolności destrukcji talentu. Jedynie Ralph Fiennes znów wypada nieźle, ale on zawsze pokazuje klasę. Nic innego w tym filmie nie działa. O ile wcześniej nawet w najgorszych częściach dało się dostrzec jakieś pozytyw, tak tutaj trzeba przekopać się przez potężną warstwę mułu, by do nich dotrzeć. Bezsprzecznie Rów Mariański serii.
No Time to Die (Nie czas umierać), reż. Cary Joji Fukunaga, 2021
Na kolejną po Spectre część przyszło czekać widzom prawie sześć lat, co było w dużej mierze skutkiem pandemii. Craig, początkowo niechętny, zgodził się jeszcze raz wskoczyć w elegancki smoking. Fani zadawali sobie natomiast pytanie, jak scenarzyści wybrną ze ślepego zaułka, czyli końcówki poprzedniej odsłony. Wszyscy przecież doskonale wiedzieli, że chociaż Bond odszedł ze służby, by szukać szczęścia u boku Madeline (Léa Seydoux), to w nowym filmie musi wrócić.
Nie czas umierać zaczyna się najdłuższą sekwencją przedtytułową w historii cyklu, złożoną z zahaczającej o horror reminiscencji oraz bardzo efektownej sceny pościgu. Od samego początku oko cieszą nasycone kolorami, idylliczne niemalże plenery, uchwycone znacznie lepiej niż w burym poprzedniku. Kolejne minuty seansu tylko utwierdzają w przekonaniu, że jest lepiej niż w Spectre – sekwencja na Kubie, gdzie Bond, w towarzystwie Palomy (zjawiskowa Ana de Armas) urządza strzelaninę z wysłannikami Safina (Rami Malek), przywraca serii na moment nieskrępowaną zabawę.
Niestety, później scenarzyści zaczynają coraz bardziej babrać się w prywatnych sprawach Bonda, co zaczęło się w zasadzie już w Skyfall. I o ile niektóre motywy stanowiłyby jeszcze powiew świeżości w cyklu, to kolejny raz na pierwszy plan wychodzą głupoty scenariuszowe, na czele z tym nieszczęsnym bionicznym okiem Blofelda, wziętym żywcem z jakiegoś VHS-owego klasyka (które pasowałby najwyżej do Bondów z ery Moore’a).
Ale ok, przymknijmy, nomen omen, oko na podobne babole. W końcu nie takie rzeczy widzieliśmy w przeszłości (choć craigowa konwencja miała być bardziej realistyczna…). Aktorzy się starają, M, Q i Moneypenny jak zwykle dają radę, są tu prawdziwe emocje i pojawiła się wreszcie chemia między Craigiem i Léą Seydoux (w zasadzie niewidoczna w poprzedniku). Tempo też utrzymano całkiem nieźle, a sceny akcji potrafią emocjonować. Wszystko sugeruje, że otrzymaliśmy dobry film. Może nie najlepszy w cyklu, ale solidny, z głupotami równoważonymi przez kilka mocnych zalet.
Ale.
Od czasów Casino Royale twórcy coraz bardziej dekonstruowali postać Bonda pozbawiając go pewnych istotnych elementów (na przykład gadżetów) albo zmieniając nieco ich charakterystykę (relacja z M). W finale postanowili posunąć się tak daleko, jak jeszcze nigdy w całej historii serii – zabili Bonda. I w tym momencie została dla mnie przekroczona pewna niewidzialna granica, która skreśla „Nie czas umierać” (cóż za ironiczny w tym kontekście tytuł!). Jedną z definiujących 007 cech był bowiem fakt, że on zawsze znajdzie wyjście z sytuacji, zawsze, mimo całkowitego braku szans, pokona wszelkie przeciwności.
Zawsze czuwa, by reszta mogła spać spokojnie. Stanowił filar, ikonę, postać większą niż życie. I łamiąc tę niepisaną zasadę twórcy nie tyle dokonali kolejnego kroku dekonstruującego postać, ile stworzyli wręcz antytezę Bonda. Można oczywiście dyskutować, że w kontekście najnowszych filmów ta decyzja ma uzasadnienie fabularne, że wprowadza niezwykle emocjonalne zakończenie (a „We Have All the Time in the World” Armstronga pełni w serii funkcję podobną do pomarańczy w „Ojcu chrzestnym), ale dla mnie zupełnie nie działa. Tym bardziej, że za chwilę bohater powróci (choć będzie to oczywiście nowa, inna inkarnacja), co odbiera nieco wagę finałowi.
Nie potrafię jednak patrzeć na „Nie czas umierać” inaczej niż przez pryzmat tego zakńczenia. O ileż bardziej emocjonujące byłoby, gdyby 007 przeżył nie mogąc zbliżać się do swojej rodziny. W tym sensie, Bond, wybierając „łatwiejszy” koniec, okazuje niemalże tchórzostwo.
Ostatecznie, gdyby nie końcówka, uważałbym No Time to Die za trzecią najlepszą część z Craigiem. Doceniam wiele dobrych rzeczy w tym filmie, ale ten jeden element uważam za zbyt problematyczny, by po prostu przejść nad nim do porządku dziennego. Szkoda, że tak dobrze rozpoczęte odświeżenie serii z czasem rozmieniło się na drobne.
Bonus I – Casino Royale, reż. William H. Brown, Jr, 1954
Ian Fleming zaczął pisać powieści o Bondzie w 1952 roku, a pierwsza z nich ukazała się w 1953 i sprzedała się całkiem nieźle. Jakiś czas później do pisarza zgłosił się przedstawiciel amerykańskiej telewizji CBS i zaproponował tysiąc dolarów (choć inne źródła, mówią o sześciuset) za prawa do jej adaptacji. Wkrótce miał powstać oparty na Casino Royale film telewizyjny, wyemitowany w ramach antologii „Climax!” (w trzecim odcinku). Na małym ekranie James Bond zadebiutował więc osiem lat wcześniej nim w smoking wskoczył Sean Connery.
Ponieważ Casino Royale zostało nakręcone dla telewizji, a ponadto na długo zanim ktokolwiek mógł przypuszczać, że brytyjski szpieg zawojuje świat, próżno szukać tu większości fabularnych tropów znanych z cyklu kinowego, choć kilka cech Bonda można już dostrzec – to przystojny tajny agent, świetnie czujący się w przy stole karcianym, w którego ramiona wpadają piękne kobiety, a na którego złoczyńcy zaginają parol. Pojawiają się nawet okazjonalne one-linery! CR praktycznie pozbawione jest natomiast muzyki (poza melodią przygrywającą podczas napisów początkowych i końcowych, którą skomponował Jerry Goldsmith i była to jego pierwsza fucha).
Fabularnie film stanowi okrojoną wersję powieści. James Bond (Barry Nelson) jest tutaj Amerykaninem, pracującym dla CIA (ale nie TEGO CIA, tylko Combined Intelligence Agency). Zwiera szyki z brytyjskim szpiegiem, Clarencem Leiterem (Michael Pate), by pokrzyżować plany Le Chiffre’owi (Peter Lorre), pracującemu dla rosyjskiego wywiadu hazardziście, który musi odzyskać utracone partyjne pieniądze. Planuje to zrobić przy stole karcianym ogrywając przeciwników.
Oczywiście nie ma w CR efektownych pościgów ani zapierających dech w piersiach sekwencji kaskaderskich, bójki są za to sfilmowane w charakterystyczny dla lat pięćdziesiątych sposób, a niektóre rozwiązania fabularne rażą naiwnością. W żadnym momencie nie pada kryptonim 007, pojawiają się za to gadżety – tutaj jest to ukryty w lasce pistolet i dysponują nim przeciwnicy bohatera, a nie on sam. Można więc uznać, że całkiem sporo elementów z późniejszego, kinowego cyklu ma tu swój nieoficjalny debiut. Barry Nelson przyjął rolę Bonda nie znając treści książki ani nie wiedząc nic właściwie o bohaterze. Zgodził się zagrać, ponieważ chciał pracować z Peterem Lorre’em, będącym już wtedy utytułowanym gwiazdorem, znanym głównie z ról czarnych charakterów.
Całość trwa niewiele ponad pięćdziesiąt minut, podzielono ją na trzy akty i ogląda się to całkiem nieźle. Po premierze telewizyjnej film zaginął na dwadzieścia lat i został przypadkiem odnaleziony przez brytyjskiego historyka zajmującego się dziejami kinematografii. W tej wersji brakowało kilku ostatnich minut, ale na szczęście wkrótce natknięto się na drugą kopię i dziś dostępna jest praktycznie całość (poza końcówką napisów, przez co nie da się już zidentyfikować wszystkich aktorów). Niestety w czerni i bieli, choć oryginalna emisja była kolorowa.
Mniej więcej trzy lata po premierze Casino Royale Ianowi Flemingowi zaproponowano napisanie serialu o przygodach Bonda, powstało nawet kilka scenariuszy, ale projekt ostatecznie nie trafił do produkcji, a autor wykorzystał pomysły w swoich późniejszych opowiadaniach. Nie wiadomo, czy gdyby serial powstał, w rolę szpiega wcielałby się nadal Barry Nelson.
Telewizyjne Casino Royale stanowi dzisiaj zaledwie ciekawostkę, ale warto zapoznać z debiutem Jamesa Bonda na ekranie, ponieważ, co może zaskakiwać, nie jest aż tak odległe od kinowego cyklu, jak mogłoby się wydawać. Całość była nadawana na żywo, co nadaje jej momentami poczucie pewnej teatralności, ale ogólnie twórcy spisali się, całkiem dobrze oddając ducha powieści i bohatera.
Bonus II – Casino Royale, reż. Val Guest, Ken Hughes, John Huston, Joseph McGrath, Robert Parrish, Richard Talmadge, 1967
Casino Royale is too much… for one James Bond!
W drugiej połowie lat sześćdziesiątych James Bond był już niezwykle dochodową marką, jego popkulturowy wpływ porównywano z tym, który wywierali Beatlesi. A skoro tak, to wielu chciało uszczknąć kawałek tego tortu i zarobić na przygodach najsłynniejszego agenta Jej Królewskiej Mości. Producent Charles K. Feldman, dysponował prawami do pierwszej powieści o przygodach 007 – Casino Royale i postanowił zrealizować film na jej podstawie. Pierwotnie miała to być wierna adaptacja, nakręcona we współpracy z EON Productions, czyli twórcami oficjalnego cyklu. Jednak Feldman nie doszedł do porozumienia z Albertem Broccolim i Harrym Saltzmanem, więc podjął decyzję, że powstanie parodia.
Fabuła… Zaczyna się w momencie, gdy szefowie wywiadów angielskiego, amerykańskiego, francuskiego i rosyjskiego udają się do przebywającego na emeryturze Jamesa Bonda (David Niven, którego Ian Fleming widział w roli 007), by ten pomógł im wyjaśnić tajemnicę śmierci agentów, którzy giną w różnych miejscach na całym świecie. Nie ma sensu pisać nic więcej, bo film jest chaotycznym zbiorem scen, w zasadzie bez ładu i składu, co stanowi bezpośredni skutek pełnej problemów produkcji, mnóstwa przeróbek scenariuszowych dokonanych przez wielu scenarzystów oraz faktu, że poszczególne części kręcili różni reżyserzy (oficjalnie pięciu).
Ponadto w „Casino Royale” aż roi się od szkolnych wręcz błędów – wątki zmieniają się nagle, niektóre są urwane lub następuje za duży przeskok montażowy, przez co ma się wrażenie, że taśmę filmową pocięto na oślep nożyczkami. Zdarzenia dzieją się, bo tak i nie ma dla nich żadnego uzasadnienia ani wytłumaczenia, a kolejne sceny następują po sobie, mimo że nie da się wysnuć żadnego logicznego związku między nimi.
Na ekranie przewijają się znakomite nazwiska. Oprócz wspomnianego Davida Nivena, pojawiają się między innymi Peter Sellers, Orson Welles (obaj panowie ponoć nie cierpieli się do tego stopnia, że nawet wspólne sceny kręcili osobno), Woody Allen (do dziś żałuje udziału w filmie), Jacqueline Bisset, znana z Dr No Ursula Andress, John Huston, William Holden, czy Jean-Paul Belmondo i Peter O’Toole. Niestety nawet takie utytułowane postacie, mające trwałe miejsce w historii X muzy, nie były w stanie uratować tego chaotycznego i w gruncie rzeczy nudnego filmu.
Wszystko można by bowiem wybaczyć, gdyby „Casino Royale” śmieszyło. A również na tym polu twórcy ponieśli sromotną porażkę. Poza kilkoma wybornymi gagami (jak na przykład Jimmy Bond, czyli Allen, przed plutonem egzekucyjnym) większość pomysłów wywołuje co najwyżej wzruszenie ramionami.
Oczywiście znajdzie się również kilka pozytywów – motyw przewodni wpada w ucho i od razu sugeruje, by nie brać filmu na poważnie. Do tego świetna, bogata i pomysłowa scenografia – wnętrza naprawdę robią wrażenie, ale tu akurat nie ma nic dziwnego, wszak budżet wyniósł ostatecznie więcej niż pierwszych czterech Bondów z oficjalnego cyklu razem wziętych! Uważni kinomani dostrzegą również interesujące nawiązania do historii kina, jak na przykład sekwencja w berlińskiej kwaterze SMIERSZ, która przywodzi na myśl klasyki niemieckiego ekspresjonizmu w rodzaju Gabinetu doktora Caligari.
Ostatecznie jednak Casino Royale to nieśmieszna, dwugodzinna wydmuszka z kilkoma dobrymi pomysłami. Żal zaprzepaszczonego potencjału i zgromadzonych na planie talentów. Przecież taki Sellers posiadał wystarczająco dużo vis comica, by pociągnąć cały ten film na swoich barkach. A tak dostaliśmy gniota, który nie ma wiele wspólnego ani z powieścią, ani z Bondem, ani z udaną parodią.
Bonus III – Never Say Never Again (Nigdy nie mówi nigdy), 1983, reż. Irvin Kershner
SEAN CONNERY is JAMES BOND in…
Historia powstania Nigdy nie mów nigdy okazuje się ciekawsza niż sam film. Podczas pisania jednej z powieści o 007, Ian Fleming współpracował z Kevinem McClorym. Książka miała potencjalnie zostać przeniesiona na ekran, ale nic z tego nie wyszło, natomiast ojciec Bonda wykorzystał później kilka zawartych w niej pomysłów w Thunderball, za co McClory pozwał go do sądu. W 1964 roku Broccoli i Saltzman porozumieli się z McClorym i powstała Operacja Piorun, jednak późniejsze przepychanki sądowe sprawiły, że ten zdobył prawa do nazwy SPECTRE i postaci Blofelda.
Właśnie dlatego Broccoli nie mógł postawić przestępców z Widma na drodze Bonda (musiał ich usunąć ze scenariusza Szpiega, który mnie kochał, a w Tylko dla twoich oczu w prologu pojawia się nienazwany łysy przestępca, co stanowiło prztyczek w nos konkurencyjnego producenta).
Sam McClory wracał co jakiś czas do idei ponownego nakręcenia historii znanej z Thunderball. Po kilku nieudanych próbach, na początku lat osiemdziesiątych udało się namówić Seana Connery’ego, by wcielił się w główną rolę i projekt ruszył z kopyta. Wcześniej aktor pracował nad scenariuszem do tego filmu, jednak bez intencji grania w nim. Reżyserem został Irvin Kershner, który niedawno zrealizował swój największy hit, czyli Imperium kontratakuje. Natomiast tytuł tej nieoficjalnej przygody Bonda (nieoficjalnej, ponieważ nakręconej poza wytwórnią Broccolego, EON Productions) nawiązuje do wypowiedzianej onegdaj przez Connery’ego deklaracji, że po „Diamenty są wieczne” nigdy już nie zagra 007.
Fabularnie Nigdy nie mów nigdy to po prostu remake Operacji Piorun. Przedstawiona w filmie historia oraz postacie są żywcem przeniesione z Thunderball i nawet jeśli nazywają się inaczej, to pełnią te same funkcje, co ich odpowiedniki w „oryginale”. Poza Connerym nie pojawił się żaden aktor z eonowskiego cyklu. Niektórym proponowano występ, ale odmówili ze względu na lojalność do Broccolego.
Udało się jednak zebrać całkiem niezłą obsadę – w dziewczyny Bonda wcielają się Barbara Carrera (która specjalnie odrzuciła rolę w Ośmiorniczce, by zagrać u boku Connery’ego) oraz Kim Basinger (która miała nadzieję, że jej kariera dzięki temu filmowi rozkwitnie), przeciwnika Bonda odtwarza Klaus Maria Brandauer doskonale potrafiący ukazać szaleństwo Largo, jako M wystąpił Edward Fox (Dzień Szakala, Komandosi z Navarony), a w niewielkiej roli pracownika MI6 pojawia się debiutujący na wielkim ekranie… Rowan Atkinson. Natomiast potężnego osiłka, miotającego Bondem po pomieszczeniach sanatorium odgrywa Pat Roach, znany z tego, że spuszczał łomot Indianie Jonesowi w pierwszych dwóch częściach cyklu o przygodach archeologa.
Generalnie do filmu trzeba podejść z przymrużeniem oka. Niby całość miała być na poważnie, ale mocno przerysowana postać Fatimy Bush (Carrera), przeszarżowane miejscami zachowanie Largo, a także sceny wyjęte żywcem z innego rodzaju filmów (jak na przykład sposób w jaki Bond dostaje się na przyjęcie, pasujący bardziej do jakiejś komedii pomyłek) sprawiają, że całość wybrzmiewa zbyt ironiczną, wręcz slapstickową nutą. Nie pomaga również brak zwyczajowych twarzy w rolach drugoplanowych (M, Q, Moneypenny), co wzmacnia tylko poczucie sztuczności.
Sam Sean Connery wypadł w roli 007 nie najgorzej, choć postarzał się przez te dwanaście lat od czasu realizacji Diamentów…. Na nieco starszego Moore’a w konkurencyjnej Ośmiorniczce patrzy się lepiej. Nigdy nie mów nigdy należy traktować bardziej jako ciekawostkę, niż pełnoprawną przygodę Bonda. Warto jednak zobaczyć, jak Connery pożegnał się ze swoim najbardziej znanym bohaterem (wprawdzie wcielił się w 007 jeszcze raz, w grze komputerowej „From Russia with Love” w 2005 roku, ale tam użyczył agentowi Jej Królewskiej Mości tylko głosu).
Przyszłość
Co dalej? Nie wiadomo. Pewne jest jedynie, że James Bond powróci. Kto go zagra, w jaki sposób producenci po raz kolejny zrebootują postać i kiedy to nastąpi nie wiadomo. Musimy uzbroić się w cierpliwość. Za kulisami już teraz toczą się zapewne jakieś rozmowy i trwają regularne burze mózgów. Twórcy mają przed sobą twardy orzech do zgryzienia. Wprawdzie zdarzały się w kuluarach momenty trudniejsze – najczęściej przy wymianie aktora, ale poprzednio, poza kosmetyką seria nie doznała rewolucji.
Dopiero odświeżenie formuły w 2006 roku za sprawą Casino Royale postawiło wiele rzeczy na głowie. Po mocnym otwarciu, z filmu na film, historia stawała się jednak coraz bardziej absurdalna, więc w finałowej odsłonie scenarzyści definitywnie poucinali wszystkie wątki. Z tej perspektywy, odpowiedzialni za fabułę mają w zasadzie czyste konto. Jednocześnie będą się zapewne starali zaprezentować nową wizję postaci, choć nie mogą jej całkowicie odciąć od kluczowych, definiujących ją elementów.
Jednego tylko bym sobie i wszystkim zainteresowanym cyklem życzył. By, po nieco zbyt mocnym skręcie w stronę poważniejszego kina i położenia nacisku na postępującą dekonstrukcję postaci, do serii wróciła zabawa. Żeby kolejne części oferowały ten sam poziom radosnej i nieskrępowanej rozrywki, z którego przygody Bonda zawsze słynęły. Przecież to w gruncie rzeczy lekka, odświeżająca, eskapistyczna opowieść o walce dobra z złem.
Tak więc życzę wszystkim udanych seansów i widzimy się na premierze kolejnego Bonda, która (miejmy nadzieję) nastąpi szybciej niż później.
