search
REKLAMA
Zestawienie

Jak najdalej od Ziemi. Planety z kina SCIENCE FICTION, które ROZPALĄ twoją wyobraźnię

Mikołaj Lewalski

21 kwietnia 2020

REKLAMA

Jednym z ciekawszych elementów kina science fiction są fikcyjne planety, które możemy podziwiać na wielkim ekranie. Stanowią one dla twórców niemałe pole do popisu, a ich wygląd, warunki atmosferyczne i ewentualni mieszkańcy potrafią rozpalać wyobraźnię widzów przez dekady. W tym zestawieniu wybrałem kilkanaście planet (i dwa księżyce), które z różnych powodów zrobiły na mnie największe wrażenie. Zachęcam do uzupełnienia listy własnymi pomysłami!

Planeta 4 (Obcy: Przymierze)

Jedne z najbardziej niesamowitych, przepięknych i klimatycznych krajobrazów, jakie widziałem. W imię Prometeusza Przymierza stoczono już wiele batalii, ale niezależnie od opinii na temat tych filmów niepodważalnym faktem jest to, że wyglądają one obłędnie. Planeta 4, zwana też planetą Inżynierów, jest pochmurnym światem pełnym lasów i górskich pejzaży. To tajemnicza kraina, niegdyś zamieszkiwana przez Inżynierów i bliżej nam nieznane formy życia. Wszystko zostało zaburzone razem z przybyciem Davida, który motywowany pogardą i nienawiścią, a być może też praktycznymi względami, wytępił wszystkich Inżynierów żyjących w prawdopodobnie jedynej osadzie na całym globie. W ciągu następnej dekady miasto wymordowanych istot popadło w ruinę, a eksperymenty Davida doprowadziły do śmierci większości (albo nawet całej) lokalnej fauny. Kiedy bohaterowie trafiają na rzeczoną planetę, jest ona obezwładniająco urokliwym, ale zarazem pustym i upiornym miejscem. Brak śpiewu ptaków (jedyny odgłos to pęd wiatru), zagadkowy wrak statku i zmarniałe miasto pełne tysięcy zdeformowanych trupów przypominających czarne mumie – wszystko to bardzo silnie kontrastuje ze spokojnym pięknem przyrody.

Nienazwana planeta (Pitch Black)

Podobnie jak planeta Inżynierów, ciało niebieskie, na którym rozbijają się bohaterowie Pitch Black, nie ma swojej nazwy (a przynajmniej nie jest ona znana człowiekowi). W moich oczach czyni to je jeszcze bardziej zagadkowym i interesującym. Wypalona promieniowaniem trzech pobliskich gwiazd powierzchnia planety to jałowe pustkowie, w większości niezbadane przez człowieka. Jedynym świadectwem ludzkiej obecności na tym globie są pozostałości po placówkach geologicznych i pozostawiony przez badaczy sprzęt. Co się stało z samymi odkrywcami? Najpewniej zostali pożarci przez krwiożercze istoty, które wychodzą na powierzchnię po zmroku. Rzeczone stwory to siła nie do powstrzymania, niezależnie od tego, czy są to młode – stosunkowo niewielkie, ale formujące się w wielkie roje – czy dorosłe osobniki, które osiągają rozmiary człowieka i nawet w pojedynkę stanowią dla niego śmiertelne zagrożenie. Za dnia bezlitosny skwar i sąsiadująca planeta widoczna na niebie, w nocy gęsty mrok i tysiące potwornych bestii atakujących ze wszystkich stron; dla widza to bardzo ciekawy spektakl, dla nieszczęśników uwięzionych na planecie – niekoniecznie.

Solaris (Solaris, 2002)

Tutaj największe uznanie należy się nie filmowcom, a oczywiście Stanisławowi Lemowi, w którego umyśle powstał pomysł na planetę będącą jednym wielkim oceanem. Budzi on fascynację naukowców, niepotrafiących pojąć jego istoty niezależnie od zaawansowania technicznego. Z czasem w oceanie zaobserwowane zostają rozmaite fenomeny, a badacze doświadczają niewyjaśnionych doznań. W rzeczywistości Solaris jest żyjącym organizmem, który wnika w głąb umysłu człowieka, odkrywa jego najgłębsze lęki i traumy i wchodzi z nimi w reakcję. To wszechwiedzący byt, którego natura jest czymś niemożliwym do zrozumienia.

Arrakis (Diuna)

Kolejne świadectwo literackiego geniuszu – tym razem oczywiście mowa o Franku Herbercie i jego cyklu Kroniki Diuny. Arrakis (zwana też Diuną) to pustynna planeta będąca polem konfliktów mających znaczenie dla całej galaktyki. To jedyne źródło najcenniejszej substancji w całym uniwersum – przyprawy zwanej melanżem, a także królestwo czerwi pustyni, kilkusetmetrowej długości istot przypominających ziemskie pierścienice (ale w znacznie większym wydaniu). Pierwsza filmowa adaptacja powieści Herberta cierpi na wiele poważnych problemów, ale przeniesienie pustynnego świata na wielki ekran wyszło Davidowi Lynchowi naprawdę solidnie. Ta wizja zachowała swój urok do dziś, a stosunkowo niedługo będziemy mieli okazję przekonać się, jaką Arrakis można kupić za 200 milionów dolarów i jednego Denisa Villeneuve’a z operatorem Łotra 1 w pakiecie.

Mustafar (Gwiezdne wojny)

Jeśli wziąć pod uwagę same wizualia, Mustafar jest moją ulubioną planetą w uniwersum Gwiezdnych wojen. Niezliczone szczyty wybuchających wulkanów, wszechobecne rzeki lawy przecinające obsydianowe skały, a wszystko to pogrążone w kłębach pełnego iskier dymu rozświetlanego na pomarańczowo-czerwono. Światło gwiazdy ledwo jest w stanie przedrzeć się przez czarne chmury wulkanicznego pyłu, który zdaje się permanentnie otulać całą planetę. Mustafar wbrew pozorom jest jednak zamieszkana przez lud wykorzystujący lawę w celach przemysłowych (a przy okazji przemieszczający się na kilkumetrowych pchłach). Ta niegościnna planeta pod koniec Wojen Klonów staje się ostatecznym schronieniem dla przywódców ruchu Separatystów, których następnie bezlitośnie morduje młody Darth Vader. Niedługo po tym czynie stawia on tam czoło swojemu dawnemu mistrzowi i własnej żonie, atakując ich obu. Konsekwencje tego znamy wszyscy: Padme umiera podczas porodu, Vader traci kończyny i płonie na oczach Obi-Wana, który postanawia przez resztę życia strzec syna swojego pokonanego przyjaciela. Co ciekawe, Darth Vader postanowił uczynić miejsce największej poniesionej porażki swoim nowym domem; ogromny zamek, który dyrektor Krennic odwiedza w Łotrze 1, położony jest właśnie na Mustafar. Wulkaniczna planeta pojawia się również w ostatnim epizodzie sagi, na samym początku filmu. To tam Kylo Ren zdobywa holokron, dzięki któremu odnajduje Imperatora Palpatine’a. Wskutek wydarzeń mających miejsce pomiędzy filmami powierzchnia wygląda wtedy inaczej niż wcześniej – dociera na nią więcej światła i porastają ją drzewa (łyse, ale jednak). Mam nadzieję, że nie był to ostatni raz, kiedy widzieliśmy na ekranie tę wyjątkową planetę.

Avatar

Mikołaj Lewalski

REKLAMA