Publicystyka filmowa
FILMOWE GNIOTY z MILIARDEM DOLARÓW na KONCIE
FILMOWE GNIOTY z MILIARDEM DOLARÓW na KONCIE to przewrotny przegląd kasowych porażek, które zadziwiają i bawią, a nie zachwycają.
To, że sukces komercyjny nie zawsze idzie w parze z wartościami artystycznymi, nie jest niczym zaskakującym. Najbardziej kasowe filmy tak naprawdę rzadko są jednocześnie tymi najlepiej ocenianymi przez krytyków. Taka już kolej rzeczy – blockbustery to pop-cornowa rozrywka, a nie tytuły zgarniające najważniejsze Oscary (oby to się w tym roku nie zmieniło…). Są jednak przykłady filmów, które są tak złe, że ich rekordowe zyski po prostu bolą. Dlaczego bolą? Bo nie świadczą za dobrze o nas jako widzach. Zapraszam do zestawienia najgorszych filmów z miliardem dolarów na koncie!
Minionki
Seria, którą zapoczątkował film Jak ukraść księżyc, to bardzo przyjemne animacje z ciekawymi bohaterami. Ale Minionki, w całości skupiające się na pobocznych postaciach żółtych stworków, to po prostu niewypał. Dzieciaki (i nie tylko) pokochały Minionki właśnie między innymi dlatego, że występowały na drugim planie, jako barwni pomagierzy od czasu do czasu wprowadzający absurdalny humor – niczym wiewiór z Epoki lodowcowej.
Osobny film był od początku nietrafionym pomysłem, bo niszczył sprawdzoną formułę. Z serialem Pingwiny z Madagaskaru się udało, tutaj nie do końca. Minionki nie mają w sobie świeżości, są wydłużonym żartem, który wszyscy już dobrze znamy. To, co w tej produkcji najzabawniejsze, pokazano w zwiastunie. Ta historia nie angażowała, pozaminionkowe postaci były nieciekawe, a humor ograniczył się tak naprawdę do prologu. Jako ciekawostka trafiająca od razu na rynek DVD i Blu-ray ten film nikogo by pewnie nie bolał. Ale jako kinowy przebój, który na samych biletach zarobił miliard 160 milionów dolarów, do dziś budzi zażenowanie.
Piraci z Karaibów: Na nieznanych wodach
Oryginalna trylogia Piraci z Karaibów była wielkim sukcesem kasowym, ale nie tylko – również krytycy chwalili filmy, a rola Jacka Sparrowa przyniosła przecież Johnny’emu Deppowi nominację do Oscara. Wielu fanów (w tym ja) bardzo ucieszyło się na wieść o planowanej czwartej części sagi. Wielkim problemem nie było nawet to, że w nowym filmie miało zabraknąć Orlando Blooma i Keiry Knightley. Zamiast nich byli w końcu Penélope Cruz oraz Ian McShane – całkiem nieźle. Piraci z Karaibów: Na nieznanych wodach to jednak produkcja, która pierwowzorowi nie sięga do pięt.
Brak temu filmowi oddechu, za mało w nim epickich scen morskich, po prostu życia. Na pierwszy rzut oka widać, że Na nieznanych wodach kręcono głównie w studiu, a dla takich produkcji to właściwie strzał w kolano. Poza tym w czwartej części nie uświadczymy ciekawej historii – to raczej odgrzewany kotlet i typowy skok na kasę. Jak się okazało, efektywny. Film zarobił ponad miliard dolarów.
Alicja w Krainie Czarów
Alicja w Krainie Czarów to nie jest bardzo zły film. Ma on swoje zalety, zwłaszcza w warstwie wizualnej. Jednak dla większości fanów oryginału, jak również talentu Tima Burtona, był on sporym rozczarowaniem. Ta produkcja nie ma w sobie serca, wygląda, jakby nakręcono ją od linijki, zgodnie z kalkulacjami – to po prostu kolejny film Disneya. A zarówno proza Lewisa Carrolla, jak i kino w reżyserii Burtona znane są jako niekonwencjonalne, awangardowe, zahaczające o abstrakcję czy absurd. Zdaję sobie sprawę z tego, że odbiorcami filmu miały być głównie dzieci, ale to nie znaczy, że trzeba im sprzedać produkt nijaki. Dla mnie Burton podszedł do tematu leniwie, bez inwencji i stworzył zaledwie poprawne dzieło. Wierzę, że z mającym niebawem premierę Dumbo tak nie będzie.
Transformers 3
Trzeci film z serii Transformers był pierwszą produkcją wytwórni Paramount, która zarobiła ponad miliard dolarów w box offisie. Owszem, efekty specjalne w 3D zachwycały, a to w tego typu kinie jest pewnie najważniejsze, jednak ta historia była po prostu żadna. Dwie i pół godziny seansu, kiedy tak naprawdę nie wiadomo, o co w tym wszystkim chodzi, to zdecydowanie za dużo. Filmowi Transformers 3 nie byli w stanie pomóc nawet John Malkovich i Frances McDormand.
Szkoda, bo wizualnie ten tytuł przebijał to, co pokazano w pierwszych dwóch częściach. Trzy nominacje do Oscara w kategoriach technicznych dobrze oddają to, co w filmie najlepsze. Osiem wyróżnień do Złotych Malin jest z kolei niezłym wyznacznikiem tych najgorszych rzeczy.
Transformers: Wiek zagłady
O ile Transformers 3 był filmem nieudanym, o tyle Transformers: Wiek zagłady trzeba określić jako totalne nieporozumienie. To fatalna produkcja, która została zjechana nawet przez największych fanów serii. Zamiast rozrywki na poziomie dostaliśmy film próbujący być patetyczny, „głęboki”, chwilami wręcz mroczny. Oczywiście z tych prób nic nie wyszło. Producentem Transformers: Wiek zagłady był Steven Spielberg i czasem widać na ekranie inspirację kinem nowej przygody, ale bardziej przypomina to parodię niż hołd. Ostatecznie film nie sprawdza się ani jako produkcja familijna, ani propozycja dla tych, którzy narzekali na marność wcześniejszych scenariuszy z serii.
Wyszło pomieszanie z poplątaniem, w skrócie nic. To 160 minut bełkotu i zachwytu reżysera Michaela Baya nad samym sobą. Dla mnie nie do strawienia. Biorąc pod uwagę opinie w internecie, nie jestem w tym poglądzie osamotniony. Domyślam się, że wielu widzów próbowało dostać zwrot pieniędzy za bilet – a tych sprzedano całe mnóstwo. Wiek zagłady zarobił na całym świecie miliard 104 miliony dolarów.
