publicystyka filmowa

Dlaczego WONDER WOMAN bije KAPITAN MARVEL na głowę?

Autor: Filip Pęziński
opublikowano

Wonder Woman z 2017 roku i szturmująca właśnie kina Kapitan Marvel aż proszą się o porównania. To nie tylko dwie potężne superbohaterki wywodzące się z dwóch konkurencyjnych stajni komiksowych, ale też postaci kobiece, którym dzierżące do nich prawa studia filmowe postanowiły poświęcić pierwsze w historii megaprodukcje komiksowe z kobietami w rolach głównych. To oczywista odpowiedź Hollywood na potężne zmiany społeczne i trwającą feministyczną rewolucję kina mainstreamowego. Czas ramotek w postaci Supergirl, Kobiety Kot czy Elektry minął, a – bez względu na to, jak ocenimy filmy z Gal Gadot i Brie Larson w rolach głównych – superbohaterki właśnie przeszły do pierwszej ligi!

Po obejrzeniu obu produkcji stwierdzam, że na polu filmowym Wonder Woman znacząco wygrywa z Kapitan Marvel. Dlaczego? Przekonajcie się sami.

Historia

Wonder Woman to historia amazońskiej księżniczki Diany, która przybywa do cywilizowanego świata, wprost na front I wojny światowej, aby pokonać boga wojny dążącego do zniszczenia ludzkości. Chociaż to ekranizacja słynnego komiksu superbohaterskiego, to reżyserce Patty Jenkins udało się sprawić, by widz nie miał poczucia obcowania z przynudzającym origin story, a całość stanowi raczej zgrabne kino przygodowe, klimatem bliskie nieco filmom Disneya, produkcjom o Indianie Jonesie, a miejscami wyraźnie inspirowane pierwszą częścią Kapitana Ameryki. To lekkie kino, którego aspiracje kończą się na dostarczeniu widzom sprawnej rozrywki.

Kapitan Marvel to historia konfliktu między dwiema kosmicznymi rasami, w którego sam środek wplątana zostaje grana przez Brie Larson bohaterka. Podobnie jak Patty Jenkins, również Annie Boden i Ryanowi Fleckowi udaje się na szczęście uniknąć przydługiej genezy bohatera, ale nie zmienia to faktu, że film bywa nużący, ma sporo problemów, a pierwsze dwadzieścia minut wymaga od widza naprawdę dużo pokładów dobrej woli. Na szczęście później całość całkiem nieźle się rozkręca, a nostalgiczny klimat lat dziewięćdziesiątych, w których osadzona jest produkcja, pozwala czerpać z filmu względną radość. Nie jest to film specjalnie zły, ale nie jest też dobry. A ja niestety w natłoku superbohaterskich produkcji muszę coś pokochać lub znienawidzić, aby nie zapomnieć o tym pięć minut po seansie.

Protagonistka

Diana to niezwykle wdzięczna postać. Duża w tym zasługa budzącej natychmiastową sympatię, przeuroczej Gal Gadot, ale też scenariusza, który czyni ją postacią ciekawą świata, o wielkim sercu i dużej niewinności. Jej historia to ciekawa droga bohatera, w zaskakujący sposób doprowadzająca ją do punktu, w którym wszystkie wysiłki protagonistki okazują się daremne, a przekonania nieprawdziwe. Szkoda tylko, że finał mocno to spłaszcza i tam, gdzie powinno znaleźć się miejsce na trudną lekcję, widzimy tylko efektowny – chociaż romantycznie smutny – triumf.

Carol Danvers, w przeciwieństwie do postaci Gal Gadot, nie budzi natychmiastowej sympatii widza. Przeciwnie, przez dużą część filmu zwyczajnie odrzuca, sprawia wrażenie aroganckiej, a grająca ją Brie Larson po prostu nie jest w stanie udźwignąć roli głównej heroiny filmu. Wierzę jednak, że to zasługa kiepskiego scenariusza i liczę, że bracia Russo w Avengers: Końcu gry uczynią ją ciekawszą postacią. W końcu udowodnili, że bohaterowie tego świata najlepiej czują się pod ich opieką.

Antagoniści

Jeśli miałbym wybrać najgorszy element składowy filmu Patty Jenkins, to zdecydowanie postawiłbym na przeciwników tytułowej bohaterki. To postaci zupełnie nieciekawe, pozbawione motywacji i jakiejkolwiek niejednoznaczności. Po seansie trudno przypomnieć sobie chociaż jedną ciekawą scenę z ich udziałem, a nawet zwieńczenie losów poszczególnych antagonistów powoduje u widza jedynie wzruszenie ramionami. Szczególnie szkoda mi zupełnie niewykorzystanego angażu Danny’ego Hustona, który w Mieście cudów udowodnił, jak budzącym grozę przeciwnikiem może być.

Niestety Wonder Woman nie ma na tym polu w tegorocznym hicie Marvela konkurencji. Antagoniści z Kapitan Marvel wpisują się ku memu rozczarowaniu w schemat większości produkcji studia. Wepchani są na daleki plan, ich działaniom brakuje porządnej motywacji, a po seansie trudno przypomnieć sobie, co sprawiło, że w ogóle wystąpili przeciwko głównemu protagoniście. Widać to doskonale po znanym ze Strażników Galaktyki Ronanie, który powraca w filmie do świata Marvela tylko po to, żeby znów być postacią absolutnie przezroczystą. Trudno mi określić, czyi przeciwnicy – Wonder Woman czy Kapitan Marvel – przypadli mi do gustu mniej.

Drugi plan

Na drugim planie Wonder Woman zobaczymy m.in. Connie Nielsen i Robin Wright, pełne klasy i charyzmy aktorki starszego już pokolenia, ale całą uwagę kradnie świetny Chris Pine, który jako ekranowy Steve Trevor – partner Diany – sprawdza się po prostu doskonale. Widać ogromną chemię między nim a Gal Gadot, a wątek miłosny granych przez nich postaci to naprawdę silny punkt filmu. Za ciekawe tło robi także charakterystyczna ekipa przyjaciół kapitana Trevora.

Tak jak Wonder Woman stoi Chrisem Pine’em, tak Kapitan Marvel Samuelem L. Jacksonem, który wśród całego drugiego planu wypada zdecydowanie najbarwniej. Sporym zaskoczeniem okazał się Ben Mendelsohn, którego rola mocno w ciągu filmu się rozkręca i sprawia aktorowi widocznie niemałą radość. Bardzo rozczarowuje za to Jude Law, który zagrał chyba swoją najnudniejszą, najmniej charyzmatyczną rolę w karierze. I to ten zmarnowany potencjał przechyla szalę na korzyść filmu Jenkins.

Ostatnio dodane