Connect with us

Publicystyka filmowa

Apokalipsa według Johna Carpentera

W APOKALIPSIE WEDŁUG JOHNA CARPENTERA spotkamy Nieznane w różnych postaciach. Trzy filmy z trylogii łączą mroczny klimat i niepokój.

Published

on

Apokalipsa według Johna Carpentera

W latach 1982 – 1995 John Carpenter wyreżyserował dziewięć pełnometrażowych filmów kinowych. Wszystkie należały do gatunku szeroko pojętej fantastyki. Każdy z nich traktował o spotkaniu człowieka z Nieznanym.

Advertisement

Za wyjątkiem Gwiezdnego przybysza (Starman, 1984), w każdym z tych filmów Nieznane było zagrożeniem. Przybywało z kosmosu, ujawniało się pod postacią ducha w maszynie lub wyskakiwało z chińskiej czarnej magii. Bohaterowie Carpentera walczyli do końca. I choć wygrywali, to ich ofiara przeważnie szła na marne, gdyż i tak Nieznane w ostatniej scenie zdawało się mówić I’ll be back. W najlepszym wypadku pozostawało dramatyczne niedopowiedzenie i zawieszenie ostatecznego rozwiązania w próżni. Wśród tych dziewięciu niezależnych fabularnie filmów, John Carpenter wytypował trzy tytuły, składające się na tzw. Trylogię Apokalipsy: Coś (The Thing, 1982), Książę ciemności (Prince of Darkness, 1987) i W paszczy szaleństwa (In the Mouth of Madness, 1995).

john-1

Rozpatrując indywidualnie, te trzy filmy nie mają ze sobą nic wspólnego. Nawet z perspektywy filmografii Johna Carpentera układają się w raczej przypadkowy ciąg dzieł twórcy, który swoje filmy kręcił przeważnie wtedy, gdy zjawiał się ktoś z pomysłem i pieniędzmi. Bowiem kariera Johna Carpentera, jako niezwykle stylowego reżysera kina klasy B, rzadko układała się pod typowy dla tak znanych twórców, zaplanowany na kilka kroków naprzód artystyczny timeline.

Advertisement

Jeszcze w latach 70. niskobudżetowe pomysły Carpentera miały pewną realizatorską ciągłość, a ich twórca – głos decydujący. Ale po pierwszym, nieudanym flircie z Universalem podczas realizacji The Thing, sytuacja się nieco zmieniła. Odtąd zazwyczaj za jego filmami stały propozycje małych i większych wytwórni, szukających faceta, który za śmiesznie małe pieniądze przeniesie na ekran interesujący, acz mało kasowy pomysł w wypielęgnowanym autorskim stylu. A niepewny finansowo Carpenter nierzadko brał co było, żeby nie przepaść na rynku.

Na przekór tej przypadkowości, John Carpenter konsekwentnie posuwał się naprzód w budowaniu światów na krawędzi globalnej zagłady. Jej przedsmak zasygnalizował już w Ucieczce z Nowego Jorku (1981), wrzucając Snake’a Plisskena na teren więzienia Manhattan. Pulsująca akcją fabuła plus niski budżet odciągnęły Carpentera od wyraźnego nakreślenia epickiej wizji końca znanego nam świata po III wojnie, dopisanej dopiero w nowelizacji scenariusza.

Advertisement

Opowieść o początku końca wymagała cofnięcia się o tysiące lat, kiedy to z głębin kosmosu nadleciał obcy statek i rozbił się na Antarktydzie. Zimą 1982 roku znalazła go ekipa norweskiej stacji naukowej. Wyciągnięty z wnętrza statku obcy posiadał niepojętą zdolność przechodzenia na kolejnych biologicznych nosicieli. Człowiek, pies, nawet plama krwi – wszystko jedno, byle nie zginąć. Obcy w ciele psa dotarł do amerykańskiej bazy antarktycznej, i w tym momencie zaczęła się akcja filmu Coś (1982), chyba najwspanialszego dokonania Johna Carpentera.

Dwunastu osaczonych facetów walczyło z… Chciałoby się napisać „z cieniem”, ale pod warunkiem, że wyobrazimy sobie cień niepostrzeżenie wnikający w nasze wnętrzności i rozrywający je na wyjątkowo malowniczą krwawą miazgę.

Advertisement

Nieustającym wzorem dla Johna Carpentera był Howard Hawks i jego Rio Bravo, skąd zaczerpnął powielaną w kolejnych swoich filmach sytuację wyjściową – „dobrzy” bunkrują się w jednym miejscu, a hordy „złych” nacierają ze wszystkich stron. Atak na posterunek 13 (1976) był, zdaniem wielu, najdoskonalszym Carpenterowskim spełnieniem tego fabularnego postulatu. We Mgle (1980) schemat ten został rozbity na kilka miejsc akcji, zaś w Ucieczce z Nowego Jorku mamy jego odwrócenie – „dobry” Snake włazi do zamkniętego siedliska „złych”, by tam rozegrać bój o życie własne i uprowadzonego prezydenta USA.

norris_thing

Natomiast w The Thing ograniczenia ruchu postaci mają już kilka poziomów. Załoganci stacji mogą, co prawda, wyjść na zewnątrz, lecz antarktyczna noc i przeraźliwy mróz czynią naturalną drogę ucieczki przed „czymś” zgoła bezsensowną. Pozostaje ciepłe wnętrze wśród znajomych twarzy. Lecz nie wiadomo, za którą twarzą kryje się zasymilowany przez obcego nosiciel. Przynależne realistycznemu Atakowi na posterunek 13 ograniczenie geograficzne zostało w The Thing spotęgowane ograniczeniem biologicznym.

Advertisement

W dodatku nawet nosiciel może nie znać swojego tragicznego losu, aż do momentu przejęcia przez „coś” wybuchowej kontroli nad jego ciałem. Przywleczone z zewnątrz Nieznane wniknęło tam, skąd człowiek nie ma dokąd uciec.

A gdzie tu apokalipsa? Jej podejrzenie rodzi się w scenie komputerowej symulacji rozprzestrzeniania się wirusa wśród obszarów zamieszkałych. Zaś finał filmu, w którym jedyni ocalali z obcego pogromu Childs i MacReady leżą pogodzeni z nieuchronnym losem, Carpenter zamyka drażniącym niedopowiedzeniem i brakiem ostatecznej odpowiedzi na pytanie o śmierć obcego. Ale jeżeli coś ma pójść źle, to pójdzie. Nieobecna w filmie reszta ludzkości cieszy się właśnie ostatnim wolnym weekendem.

Advertisement

Pięć lat później pojawił się Książę ciemności, zrealizowany za głodowe 3 mln dolarów demoniczny horror o tym, że jeżeli Antychryst ma pojawić się na naszym łez padole, uczyni to poprzez portal umieszczony w opuszczonym kościele w Los Angeles. Carpenter bez żenady skorzystał ze sprawdzonego schematu – grupka naukowców instaluje się w kościele, by szkiełkiem i okiem badać tajemniczą zieloną substancję zamkniętą w przezroczystym cylindrze w kościelnej krypcie.

Brzmi tandetnie? To jeszcze nic! Pisząc scenariusz pod pseudonimem Martin Quatermass (hołd dla serii klasycznych brytyjskich filmów grozy z prof. Quatermassem, walczącym zresztą również z nietypową kosmiczną inwazją), John Carpenter do jednego wora powrzucał fizykę kwantową, tajemnice Biblii, temporalną komunikację pozazmysłową i zombiaków firmowanych szpetną fizjonomią Alice’a Coopera. Słowem bigos, który w rękach mniej szalonego twórcy przeciekłby nawet przez palce nabrzmiałe od dobrych chęci.

Advertisement

prince-of-darkness

Ale Johna Carpentera uratował styl i klimat, którymi wypełnił dziury tej fantasmagorycznej łamigłówki, pełnej absurdalnych zwrotów akcji. Powtórzony w dalece bardziej surowej formie schemat z Coś nie stawiał pytań o przynależność atakowanych naukowców do zdrowej tkanki społeczeństwa. Wystarczyły kamienne twarze asymilowanych przez Jej Szatańską Mość ludzi, by od razy wiedzieć, przed kim należy zamykać drzwi i sprawdzać zamki (choć niektórzy bohaterowie tradycyjnie wykazywali rażącą niefrasobliwość, ale takie to już prawa gatunku).

A gdzie tu apokalipsa? John Carpenter tradycyjnie w próżni zostawił retoryczne pytanie o to, czy Szatanowi się udało. Bo, choć bohaterowie walczyli jak MacReady na stacji antarktycznej, a grany przez Donalda Pleasence’a ksiądz w ostatniej chwili rozbił ogromne lustro – portal, to główny bohater w ostatniej scenie sięga do innego lustra, by przekonać się, czy przepowiednia nadal działa. W Księciu ciemności do zagrożeń geograficznych i biologicznych doszło zagrożenie mentalne. Człowiek nie tylko nie jest zaskoczony inwazją Nieznanego – on jej wręcz pomaga, ukrywając pierwotne destrukcyjne instynkty pod płaszczykiem badań naukowych. Kolejny szczebel na drodze do dokonania zniszczenia został osiągnięty.

Advertisement

Eskalację takiej filozofii można osiągnąć już chyba tylko przez rzucenie jej na żer bezkrytycznych wchłaniaczy popkultury. Naukowcy walczący z przyjściem Szatana na świat byli, nomen omen, laboratoryjną próbką straceńczej myśli ludzkiej. Czas wyprowadzić metodę na ulicę. Jest takie powiedzonko, że największym sukcesem Szatana było przekonanie ludzi o jego nieistnieniu. Scenarzysta i producent Michael De Luca wymyślił, jak dokonać ostatecznej inwazji zła w białych rękawiczkach i pod pozorem sztuki wyższej. Ten iście szatański plan zawarł w scenariuszu W paszczy szaleństwa, którego realizację jeszcze pod koniec lat 80. zaproponował Carpenterowi.

Zniszczyć ludzkość za pomocą literatury grozy? Taki patent nawet dla Stephena Kinga byłby zbytkiem łaski, choć to właśnie jemu wielu widzów przypisało twórcze pokrewieństwo, czy wręcz źródło adaptacji In the Mouth of Madness. Pewnie zadziałały tu, przywoływane przez niego wiele razy, autotematyczne obsesje Kinga na punkcie niedoli autorów horrorów. A tymczasem oryginalny scenariusz Michaela De Luki stanowił jeden wielki hołd dla H.P. Lovecrafta, amerykańskiego mistrza literatury grozy, autora mitologii Cthulhu. Tutaj Carpenterowska apokalipsa nabrała wreszcie epickich rozmiarów, choć na ekranie zobaczyliśmy tylko historię agenta ubezpieczeniowego Johna Trenta, wciąganego w świat demiurgicznego pisarza horrorów, Suttera Cane’a.

Advertisement

itmom-postertear
Na początku filmu Trent szarżował cynizmem i niezależnością godną Snake’a Plisskena. Lądując w nieistniejącym miasteczku Hobb’s End, doświadczył niezwykłości, wobec których starał się zachować naukowy spokój. W końcu znalazł się tam, gdzie od początku informował tytuł filmu. Spiętrzenie niemożności opuszczenia świata małomiasteczkowego horroru osiągnęło Carpenterowskie szczyty. Trent nie mógł fizycznie opuścić Hobb’s End, uciekając i wracając wciąż na tę samą ulicę.

Jego partnerka z wydawnictwa została skutecznie zasymilowana przez Cane’a. Trent sam pchał się w otchłań szaleństwa, realizując zlecenie klienta z zawodowym uporem. Wreszcie chwycił za siekierę, zabijając młodego czytelnika powieści Cane’a w poczuciu spełniania makabrycznej powinności wobec świata dobrowolnie zmierzającego ku zagładzie.

A gdzie tu apokalipsa? Tradycyjnie zostaje zasugerowana wcześniej – widz dowiaduje się, że powieści Cane’a wywołują niewytłumaczalne ataki agresji opętanych czytelników. Zaś w ostatnim akcie filmu Trent opuścił wymarły szpital psychiatryczny (gdzie słyszał audycję radiową, informującą o światowej skali literackiej hekatomby), a idąc opustoszałymi ulicami miasta wszedł do kina, wyświetlającego… film Johna Carpentera W paszczy szaleństwa z Johnem Trentem w roli głównej. Tam Carpenterowski bohater dokonał ostatecznego złożenia broni, histerycznym śmiechem godząc się na nieuchronną zamianę rzeczywistości.

Advertisement

Te trzy tytuły nie wyczerpują tematyki zagłady, obecnej w filmach Johna Carpentera. Wręcz przeciwnie – niemal każde jego dzieło kończy się enigmatycznym zawieszeniem akcji, lecz z silnym wskazaniem na to, że „coś przetrwało”.

Zastrzelony w Halloween Michael Myers ucieka, zjawy z Mgły wracają po ostatnią ofiarę, Snake Plissken w Ucieczce z Nowego Jorku niszczy drogocenną taśmę i cynicznie olewa losy świata, w Christine sprasowana kupa złomu wykazuje resztki aktywności, a chińska maszkara wciąż siedzi za plecami Jacka Burtona w ostatnim ujęciu Wielkiej draki w chińskiej dzielnicy. Ostateczne rozwiązania z Oni żyją czy Ucieczki z L.A. wydają się wobec powyższych wręcz happy endami, które w swej najbardziej cukierkowej formie były obecne pod postacią Jenny Hayden, zostającej na Ziemi z dzieckiem gwiezdnego przybysza, czy Daryl Hannah, spodziewającej się dziecka bohatera Wspomnień niewidzialnego człowieka.

Advertisement

in-the-mouth-of-madness

Dlaczego więc John Carpenter akurat te trzy filmy wytypował do samozwańczej Trylogii Apokalipsy? Być może dlatego, że rozmiar apokalipsy jest w każdym z tych filmów konsekwentnie poszerzany.

Coś, Książę ciemności i W paszczy szaleństwa są trzema opowieściami o tym samym, lecz w kolejnych stadiach rozwoju. Choć samo słowo „rozwój” jest tu dość ironiczne, bo w kontekście nieuchronnej ekspansji Zła oznacza raczej bolesne zwijanie się ludzkości w okowach obcych sił, ochoczo przejmujących pełną kontrolę nad ludźmi i ich dumnymi, acz nad wyraz kruchymi bastionami nauki, wiary i kultury. Krzywe spojrzenie Johna Carpentera na naszą cywilizację ma w sobie coś z twórczej myśli Stanleya Kubricka, choć oczywiście artystycznie jest wyrażone dalece mniej subtelnie – możemy otoczyć się naukowym weryzmem, życiowym pragmatyzmem, zimnym profesjonalizmem, zdrowym rozsądkiem, silną wiarą czy wspieraniem kultury, a Nieznane i tak znajdzie sposób, byśmy od tych światłych zdobyczy cywilizacji dostali niezawodnej biegunki, na którą nie ma remedium. Wzorem MacReady’ego pozostaje nam zaczekać i popatrzeć, co się stanie.

Advertisement
Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *