search
REKLAMA
Artykuł

HAKERZY W FILMACH – 4 udane produkcje łamiące baśniowe schematy

Paweł Kuraś

24 listopada 2016

sh hacker in hoodie1500px1
REKLAMA

Jak wygląda przeciętny „hacker” z typowej filmowej produkcji? Czy nie jest to przypadkiem odziany w dresową bluzę i okulary geniusz, którego przed chwilą mafia bądź potężna organizacja rządowa wyciągnęła z wygodnej pozycji przed własnym komputerem w domu i nakazała mu w dziesięć minut złamać zabezpieczenie wrogiego serwera? I czy ten jegomość nie czyni potem magicznych rytuałów klepania w klawiaturę, gdzie przed oczami widzów stają pojawiające się z powietrza zastępy linijek kodu (często powyciągane ze źródeł jakiś wolnodostępnych programów), tajemnicze interfejsy z wielkimi komunikatami, a do tego wszystko zwizualizowane jest renderowanymi w trójwymiarze korytarzami, będących metaforą wędrówki do serca systemu?

Jeżeli uważacie, że w tym momencie buduję przesadzony obraz budowania wizerunku hackowania, to wymienione przeze mnie przykłady nie są generalizowaniem, a wyciągniętymi wprost przykładami z filmów Kod dostępu (w reżyserii Dominica Seny) i Hackerzy (dzieło Iaina Softleya), uznawanych za pozycje kultowe. Takie obrazki bardzo mocno działają na wyobraźnię, zwłaszcza młodych osób, które zafascynowane łamaniem zabezpieczeń w stylu Hollywood, z łopotaniem w tempie czterystu znaków na minutę przypadkowych „programistycznie brzmiących” słów postanawiają później, że to jest właśnie to, co chcą robić w życiu.

Idzie więc taki delikwent na swoją lokalną politechnikę z zamiarem zostania mistrzem hackingu, a taki zamiar oznacza, że na 99% jako kierunek studiów obrał właśnie informatykę. I cały filmowy niesamowity świat ulega wtedy załamaniu – bo okazuje się, że programowanie to nie klepanie w klawiaturę, a mozolna nauka słów kluczowych, struktur danych, zarządzania pamięcią. Że jest potrzebna bardzo dobra znajomość matematyki, żeby z kolei móc ogarnąć umysłem założenia algorytmiki. I łamanie zabezpieczeń sieciowych to nie walka pirackich statków w cyfrowym morzu, a raczej mozolne wysyłanie pojedynczych pakietów i wpatrywanie się w monitor w poszukiwaniu najdrobniejszej nieprawidłowości, aby ten słaby punkt wykorzystać. Z kolei żeby ukryć się przed rządem i wierzycielami, nie wystarczy siedzieć w ciemnej piwnicy, z migoczącym zielonym światłem monitorów – do tego raczej służą VPN-y, Tor i lata doświadczeń w zacieraniu śladów, a dużo mniej widoczny jesteś, pracując w kawiarni niż we własnym domu.

Na szczęście jednak istnieją twórcy, którzy potrafili złamać baśniowe schematy.

Zamiast programowania w komórkach arkusza kalkulacyjnego mamy do czynienia z dobrze skonsultowanym, realistycznym podejściem do tematu przedstawiania pracy szeroko pojętych informatyków. Dlatego przedstawiam wam cztery – z mojej perspektywy – udane produkcje, w których ten temat przekazano z wyjątkową dbałością o zachowanie realizmu.

MR ROBOT

mrrobot show 2560x1440 01 73rocky

Zamieszczając tutaj bardzo popularny serial amerykańskiej sieci kablowej USA Network, z pewnością narażę się na zarzuty, że ta lista jest potwornie oczywista. Jednak argument, który podniosłem we wstępie – podążanie do realności w przełamywaniu komputerowych barier – został w tej serii oddany z niespotykanym do tej pory w telewizji pietyzmem.

Wszystkie akcje ukazane w serii o przygodach Elliota w walce z mroczną korporacją E Corp mają niemal stuprocentowe przełożenie na możliwość dokonania ich w rzeczywistości – wszystkie polecenia linuxowe, których używają bohaterowie, są prawdziwe, pomysł z użyciem Raspberry Pi jako sabotażu w Steel Mountain Data Center, który miał „usmażyć” wszystkie znajdujące się tam nośniki danych, również jest jak najbardziej realny. Takich przykładów można mnożyć bez liku, a wymienianie wszystkich prawdopodobnych w realnym świecie zdarzeń zdradziłoby niemal całą fabułę. Serial pokazuje prawdę życia informatyka także na innym pułapie – frustracji życiowej. Pracując w renomowanej firmie zajmującej się zabezpieczeniami sieciowymi, czyli czymś, co teoretycznie powinno być zgodne z zainteresowaniami Elliota, jest on wyraźnie nieszczęśliwy w swojej pozycji. I jest to niestety smutna prawda – propaganda uprawiana przez wielkie koncerny pokroju Google czy Microsoft ukazuje pracę w IT jako życiowe spełnienie – superstołówki, jeżdżenie rowerem po rozległych kompleksach, pokoje ze stołami bilardowymi, automatami do gry, ping-pongiem czy nawet studiem nagraniowym.

Tymczasem w rzeczywistości często jest to praca trwająca nawet po szesnaście godzin na dobę, w nerwowej atmosferze, z ludźmi nad sobą o kompetencjach niższych od naszych, wymagająca ciągłego myślenia i ślęczenia przed monitorem komputera, a w większych korporacjach dodatkowo odzierająca piszącego kod z jakiejkolwiek kreatywności i indywidualności – naturalnie wszystko za cenę solidnej wypłaty. Serial doskonale to pokazuje, a dla mnie był to nawet ważniejszy, nieoczywisty przekaz, który w moich oczach przewyższył wszystkie górnolotne idee pojawiające się w produkcji – wszystko, co czynił bohater, miało korzenie między innymi w braku spełnienia spowodowanym pracą która go wykańczała. W naszym świecie oczywiście większość informatyków po godzinach nie zamienia się w rewolucjonistów. Ale bardzo duża część z nich angażuje się choćby w tworzenie wolnego oprogramowania – żeby poczuć, że oprócz zapewniania kokosów dla odpowiedników filmowego E Corp robią też coś pożytecznego dla świata…

Przeczytaj recenzję pierwszego sezonu.

THE SOCIAL NETWORK

67363653 the social network wallpapers1 74rozowe

Kolejny bardzo realistyczny film, świetnie ukazujący, jak rozwija się młoda firma. Mimo iż dzieło Davida Finchera i Aarona Sorkina skupia się bardziej na – równie ważnej co zdolności programistyczne – warstwie międzyludzkich relacji, to aspekty kultury informatycznej są tutaj zaimplementowane wzorowo. Jest nocne stawianie projektów „dla beki” w domu studenckim, zapychających swoim niesamowicie dużym przesyłem danych akademicką sieć komputerową, jest organizowanie hackatonów w celu wyłonienia nowych pracowników dla TheFacebooka, czy też „wkręcanie się” w pisanie kodu, od którego może oderwać młodego Zuckerberga najwyżej trzęsienie ziemi. Do tego prozaiczne problemy raczkujących start-upów, jak choćby brak pieniędzy na zakup serwerów koniecznych do rozruchu serwisu czy konieczność „sprzedania się” inwestorom za cenę niezależności i przymusu nakręcania dla nich zysków.

To wszystko podlane smakowitym, psychologiczno-moralnym sosem – atmosferą kradzieży, ludzkich wyborów oraz oczywiście historii miłosnych – daje obraz bardzo dobrze oddający realia stawiania pierwszych kroków w branży IT. I to, nawet jeśli nie oddaje do końca realiów historycznych powstania akurat Facebooka – prawdziwy Mark Zuckerberg powiedział, że to bardzo dobry film, choć on pierwsze słyszy o niektórych rzeczach, które rzekomo uczynił. Tę historię jednak z powodzeniem można podłączyć pod setki innych raczkujących przedsiębiorstw z branży – początki są zwykle jednakowe dla wszystkich, a to, czy serwis skończył jako gigant, czy dalej pozostał garażowym projektem grupki studentów, pozostaje przypisać już tylko dwóm czynnikom – ludzkiej pracy i szczęśliwym zbiegom okoliczności.

Przeczytaj recenzję filmu Davida Finchera.

BLACKHAT / Haker

blackhat movie poster chris hemsworth1 76sadystyczny

Ubiegłoroczny (2015) film z wcielającym się w rolę Nicka Hathawaya Chrisem Hemsworthem (znanym szerszej publiczności pod pseudonimem Thor) zebrał bardzo mieszane recenzje – mi jednak przypadł do gustu, może nie przez porywającą akcję (która, trzeba to przyznać, jest jednak oparta na klasycznych filmowych schematach), lecz przez to, że nie ma tutaj naciąganych wątków z dziedziny hakeryzmu – nie uświadczymy „potrójnej ściany ognia”, ani nawet „emacsem przez sendmailem” – spotkamy się za to z wirusem, który w swojej budowie przypomina istniejącego już Stuxneta, a swego czasu był używany do ataku na irańskie wirówki uranowe. Oprócz tego narzędzia używane przez bohaterów – Bash, Emacs, Linux.

To wszystko sprawia, że całość nabiera sporej dawki realizmu, a ujęcia, w których kamera obserwuje ekran monitora, pokazują nam obrazy adekwatne do podejmowanych działań. Do tego odrobina inżynierii społecznej, ataki typu air-gap z użyciem przenośnych napędów na USB i keylogger zaszyty w pliku PDF, dzięki którym ten film się u mnie wybronił i mimo oklepanej akcji w moich oczach zasługuje na miano dzieła informatycznie wybitnego i realistycznego. Chociaż Nick Hathaway jak na konsultanta ds. bezpieczeństwa komputerowego używa pistoletu zdecydowanie częściej niż przeciętny przedstawiciel tego fachu…

Przeczytaj recenzję filmu Michaela Manna

REVOLUTION OS

maxresdefault1 77salon

Na zakończenie coś z kina dokumentalnego – a więc z samego już założenia najbardziej bliskiego realizmowi. To żywa historia wszystkich znanych osób zaangażowanych w społeczność wolnego oprogramowania, opierająca się na wywiadach z ludźmi, którzy przeciwstawili się wielkim korporacjom i pokazali, że można dostarczać światu dobrej jakości oprogramowanie, nie pobierając przy tym ani grosza opłaty, do tego pozwalając na przetwarzanie go dalej, a nawet – jeśli uznamy, że dołożyliśmy istotny wkład w produkt – wydać go jako program komercyjny.

Film kręci się głównie wokół opowieści Linusa Torvaldsa – twórcy jądra systemu operacyjnego Linux – o powstawaniu swego dziecka, ale cały czas przewijają się tutaj inne wątki – dziejów projektu GNU, serwera WWW Apache, przeglądarek Netscape i Firefox. Mimo braku gwiazdorskiej obsady i porywającej fabuły oglądałem go z ciekawością dziecka odkrywającego świat. Oczywiście ludzi, którzy na widok terminala z migającym białym kursorem dostają palpitacji serca, ewentualnie nie wiedzą po prostu, do czego służy, ten film może w ogóle nie zainteresować. To jednak mimo wszystko wspaniała opowieść, w której gdzieś tam daleko w tle można dostrzec znamiona biblijnej historii o walce Dawida z Goliatem, gdzie oczywiście tym drugim są zachłanne korporacje na czele z ich personifikacją – Billem Gatesem, który przewija się w filmie non stop, a nawet poświęcono mu zaszczytne miejsce w historii otwierającej film (opowiadającej o jego „Liście otwartym do hobbystów”). Po przeciwnej stronie są Oni – bez potężnych środków finansowych, za to z zapałem do zmiany świata na lepsze.

*

To oczywiście produkcje, które ja polecam, ale moja skromna osoba nie jest tutaj żadną wyrocznią (krążą też słuchy, że ma kiepski gust i brak wyczucia). Serdecznie zachęcam w komentarzach do polemiki i zamieszczania swoich propozycji i ulubionych pozycji z gatunku kina „klawiatury i myszy”.

korekta: Kornelia Farynowska

REKLAMA