Connect with us

Publicystyka filmowa

BODYGUARD. Śpiewająco klasyczny

„BODYGUARD. Śpiewająco klasyczny” to ikona lat 90., łącząca emocje, akcję i niezapomniane melodie w jednym niezwykłym filmie.

Published

on

Warner Bros. szykuje remake filmu "Bodyguard". Za kamerą reżyser "Taylor Swift: The Eras Tour"

Rok 1992. W Polsce wprowadzono jednolity podatek dochodowy od osób fizycznych i powołano do życia klub piłkarski Amica Wronki. W Salwadorze… zaraz, nie ten dział i nie ta recenzja. Ale rok się zgadza. To właśnie wtedy, pod koniec listopada na ekranach kin zadebiutował film praktycznie nieznanego Micka Jacksona (bynajmniej nie spokrewnionego ze słynnym Michaelem).

Z gwiazdami przed kamerą i relatywnie niewielkim budżetem szybko stał się najbardziej kasową produkcją aktorską roku, zostawiając daleko w tyle trzecią część Zabójczej broni, ale też i takie szlagiery jak Powrót Batmana, Nagi instynkt, Czas patriotów i Liberatora. I do dziś wydaje się najpopularniejszym tytułem z całej stawki.

Advertisement

Nie wiem, czy jest jeszcze ktoś, kto nie zna tej historii. Szczególnie że ta została bezpośrednio zainspirowana Strażą przyboczną­ Akiry Kurosawy – w jednej ze scen oglądanej zresztą w kinie przez bohaterów (japońskie Yôjinbô oznacza dosłownie ochroniarz, czyli właśnie bodyguard) – i od dekad próbowano podjąć się jej realizacji w Hollywood. Początkowo z samym Steve’em McQueenem, który wraz z Dianą Ross miał wystąpić w tym filmie jeszcze w latach 70.

To właśnie dlatego wcielający się ostatecznie w tytułową rolę Kevin Costner jest ustylizowany na dawną ikonę kina i podobnie jak Steve również ogranicza swój zasób słów i mimiki do absolutnego minimum. W tym zawodzie nie ma wszak miejsca na sentymenty. Paradoksalnie takim właśnie lekkim sentymentalizmem scenariusz spod klawiatury Lawrence’a Kasdana jest niesiony. To po prostu kolejna amerykańska bajka, w której kopciuszek zakochuje się w księciu. Przy czym role są oczywiście odwrócone i nie tak dosłownie podzielone społecznie.

Advertisement

Nie jest więc nasz bohater, Frank Farmer, czystym odzwierciedleniem swojego prostackiego nazwiska. To profesjonalista w każdym calu, który bardzo niechętnie przystępuje do wzięcia czeku od Rachel Marron – nie tyle księżniczki, co wręcz królowej popu (w tej roli faktyczna ówczesna władczyni muzyki, debiutująca na ekranie i niesprawiedliwie nominowana potem za swój występ do Złotej Maliny Whitney Houston). Ona także kręci nosem na zatrudnienie jeszcze jednego draba, który w dodatku jest ignorantem zupełnie nieznającym się na jej branży. Ale ponieważ przeciwieństwa się przyciągają, to zanim dwugodzinne widowisko dobiegnie końca, oboje nie będą chcieli bez siebie żyć.

Rzecz jasna w międzyczasie Franek będzie musiał zakasać rękawy i wziąć się solidnie do roboty, czyli ochrony Rachel przed nagabującym ją psychopatą. No cóż, szołbiznes nie jest usłany różami. Wie o tym z pewnością Jack Woltz z Ojca chrzestnego – mieszkający kiedyś w tej samej posiadłości co filmowa Marron i również mający tam problemy z bezpieczeństwem…

Advertisement

Produkcja Jacksona ma w sobie wszelkie znamiona hitu, choć jest, mimo wszystko, bajeczką nie do końca oczywistą. Jasne, główny szkielet wydarzeń wpisuje się w dość banalny schemat. Jednak z perspektywy czasu trzeba docenić realizm tego dzieła oraz jego zaskakującą dojrzałość. Pomijam tutaj samo rodzące się uczucie tych ludzi z dwóch światów, których de facto zbliża do siebie ścieżka dźwiękowa (co ciekawe, będąca jeszcze większym hitem niż ruchomy obraz). Patrząc na Bodyguarda przez pryzmat dzisiejszego, pstrokatego kina o facetach w trykotach, jest on naprawdę skąpanym w mroku, dorosłym przykładem blockbustera.

Obecnie R-ki niechętnie rozdaje się nawet tańszym filmom, do jakich zaledwie dwudziestopięciomilionowy budżet z pewnością także wtedy zaliczał Bodyguarda. Niemniej nawet taka suma pozwoliłaby na stworzenie widowiskowego filmu akcji, na którym nie ma czasu na złapanie oddechu, a co dopiero szeroko pojętej głębi wydarzeń (przykładowo późniejsi o trzy lata Bad Boys kosztowali zaledwie dziewiętnaście baniek i wszystko tam dosłownie lata w powietrzu).

Advertisement

Tymczasem Jackson i jego ekipa oferują nam raczej rasowy dramat w sosie akcji aniżeli prawdziwą jazdę bez trzymanki. Stawiając na klimat i powolne budowanie napięcia, wpisują się w ogólnie dość ponury krajobraz filmów sensacyjnych tamtej dekady. Również uchwycona zimnym obiektywem Andrew Dunna i skąpana w chłodnej, zimowo-deszczowej aurze akcja jako taka, choć zapodana z pazurem i trzymająca na krawędzi fotela (dziś już bardziej kanapy), jest raczej efektywna niż efektowna. To w pierwszej kolejności kino relacji i małych konfliktów, a dopiero później wybuchów, strzelanin i naginających prawa fizyki pościgów.

To oldskul pełną gębą. Również w kwestii reszty obsady, na którą składają się tacy charakterystyczni wyjadacze gatunkowi jak Bill Cobbs (Człowiek demolka), Mike Starr (Błękitna stal, później pamiętny epizod w… Głupim i głupszym), Tomas Arana (Gladiator), Tony Pierce (znajomy Costnera z planu Tańczącego z wilkami) i Ralph Waite (Na krawędzi). To wszystko się ceni. To się może podobać. To w końcu stanowi o klasie całego projektu, którą uwypukla dodatkowo jeszcze pięknie rzewna, wyważona muzyka Alana Silvestriego.

Advertisement

Kompozytor nie dał się do cna przytłoczyć gęsto zaludniającym seans piosenkom Whitney (w większości coverom już istniejących szlagierów, co bynajmniej nie przeszkodziło publice się w nich zakochać) i stosownie ubrał fabułę w podkreślające tradycyjne korzenie tej produkcji nuty, którym przewodzi zadziwiająco wręcz smutny temat przewodni, z elegijną trąbką w tle. Szkoda jedynie, że ten słodko-gorzki finał, w którym rzeczony instrument najbardziej zaznacza swoją obecność, jak i płynące z filmu przesłanie i problematyka, z którą twórcy się mierzą, przeniosły się również na rzeczywistość.

Bo choć film przyniósł Houston olbrzymią sławę i rozpoznawalność oraz dał aktorski start, to jednak kosztował ją również utratę dziecka (poroniła w trakcie zdjęć), zdrowia (nie radząc sobie z tak dużym rozgłosem, wpadła w narkotyki), a ostatecznie poniekąd także i życia.

Advertisement

Abstrahując jednak od tego swoistego epitafium, to wszystkie powyższe elementy składowe – stojące przecież nieco w opozycji do poradnika producenta filmowego XXI wieku, i, tym bardziej, trendów trapiących obecny przemysł filmowy – zagwarantowały Bodyguardowi stałe miejsce na liście największych przebojów lat 90. Dość napisać, że film zarobił ponad czterysta milionów zielonych i zdobył dwie nominacje do Oscara za wspomniane piosenki (I Have Nothing i Run to You). We wszystkich tych kategoriach zdetronizował go jedynie Disneyowski Aladyn, którego remake lada dzień znowu ujrzymy na wielkim ekranie. Przebój z Costnerem odbił sobie jednak tę „porażkę” na soundtracku, który rozszedł się lepiej od ciepłych bułeczek i benzyny i do dziś pozostaje najlepiej sprzedającym się albumem z muzyką filmową w historii (także w raczkującej demokracji nad Wisłą osiągnął status „złotej płyty”). Aż dziwne, że w tych łaskawych dla dolarów okolicznościach nie postanowiono mocniej odkręcić kurka i na score Silvestriego przyszło fanom czekać jeszcze dwadzieścia lat (ukazał się w formie limitowanej dopiero w 2013 roku).

Zastanawiające, że przy takim potencjale kasowym gdzieś zapodział się również sequel, który był jak najbardziej planowany, aczkolwiek o samym tylko Costnerze i jego dalszym losie. Swego czasu wyjątkowo gorącym newsem był udział w nim… księżniczki Diany. Lecz jej tragiczna śmierć rodem z najgorszego thrillera przekreśliła cały projekt w mgnieniu oka. Zamiast niego powstał sceniczny… musical, który również cieszył się powodzeniem. Teraz z kolei żywo powraca temat remake’u (w międzyczasie kilkakrotnie wysmażonego w Bollywood i okolicach). Ale, jak na razie, jedynym Bodyguardem na tapecie jest święcący sukcesy brytyjski serial o takim właśnie tytule – poza tematyką i złamaniem kardynalnej zasady łóżkowej niemający jednak wiele wspólnego z przebojem z 1992 roku.

Advertisement

Jedyny prawdziwy hit w karierze reżysera, który wcześniej nie nakręcił nic specjalnie ciekawego, a potem przepadł po porażce katastroficznego Wulkanu z Tommym Lee Jonesem, stał się prawdziwym kanonem współczesnego kina rozrywkowego z ambicjami. Nawet jeśli te ostatnie nie są zbyt wygórowane, film nie grzeszy oryginalnością i od momentu premiery zdążył już zostać solidnie wyeksploatowany, to i tak ma w sobie tę odpowiednią ilość magii i fantazji, która zawsze gwarantuje mu widownię. Zwłaszcza w ramówce telewizyjnej, gdzie zadomowił się już na dobre, u osób niemal w każdym wieku, niezależnie od płci.

Z pewnością widzieliście już go zatem nie raz. A jeśli nie, to trudno o łatwiejszy do nadrobienia tytuł. Nie jest on może „jedyny w swoim rodzaju”. Ale dobry i dzielnie znoszący bezlitosny upływ czasu – jak najbardziej.

Advertisement

Advertisement

KINO - potężne narzędzie, które pochłaniam, jem, żrę, delektuję się. Często skuszając się jeno tymi najulubieńszymi, których wszystkich wymienić nie sposób, a czasem dosłownie wszystkim. W kinie szukam przede wszystkim magii i "tego czegoś", co pozwala zapomnieć o sobie samym i szarej codzienności, a jednocześnie wyczula na pewne sprawy nas otaczające. Bo jeśli w kinie nie ma emocji, to nie ma w nim miejsca dla człowieka - zostaje półprodukt, który pożera się wraz z popcornem, a potem wydala równie gładko. Dlatego też najbardziej cenię twórców, którzy potrafią zawrzeć w swym dziele kawałek serca i pasji - takich, dla których robienie filmów to nie jest zwykły zawód, a niezwykła przygoda, która znosi wszelkie bariery, odkrywa kolejne lądy i poszerza horyzonty, dając upust wyobraźni.

Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *