Plebiscyt
Najlepsze FILMY 2019 roku według czytelników Film.org.pl
W NAJLEPSZYCH FILMACH 2019 ROKU odkryj wyjątkowe oblicza kina, które zdobyły serca widzów. Złoty Krab i różnorodność w top 20!
Tradycją staje się, że do wyboru najlepszych filmów roku zapraszamy również naszych czytelników. To wy w głosowaniu zdecydowaliście, który film otrzyma specjalnego Złotego Kraba. Zwycięzca wyklarował się dość szybko i ostatecznie zdeklasował konkurencję. Na kolejnych miejscach różnice były jednak znacznie mniejsze. W waszym top 20 znalazły się superprodukcje, kino ambitne, filmy amerykańskie i europejskie, kinowe i netfliksowe. To naprawdę ciekawy, różnorodny zestaw. Jesteście ciekawi, jak ułożyły się wyniki? Nie przedłużajmy.
20.
Portret kobiety w ogniu
Film Céline Sciammy to bodaj najpiękniejszy pod względem estetycznym obraz tego roku. Słowo „obraz” akurat tu pasuje wyjątkowo dobrze, ze względu na unikalny aspekt malarski Portretu kobiety w ogniu. Nie chodzi tylko o fakt, że narracja budowana jest tu wokół wątku potajemnego tworzenia portretu młodej dziewczyny przez zawodową portrecistkę, lecz także o przesycone plastyczną wrażliwością kadry, które budują niepowtarzalną, uduchowioną atmosferę filmu. W delikatnej formie, raz czule podkreślającej emocje bohaterek, a kiedy indziej wypuszczającej się w rejony wizyjnych introspekcji, prosta historia o przyjaźni i miłości wybrzmiewa z zaskakującą mocą. [Tomasz Raczkowski]
19.
Ból i blask
Może nie tak czasowo zapętlony jak wcześniejsze filmy Almodóvara. Może nie tak krzykliwy kolorystycznie. Może obyczajowo dużo bardziej stonowany. Ból i blask to Almodóvar w zupełnie nowej odsłonie i z nowym pomysłem na kino. Nad estetyczny eksces hiszpańskiego reżysera jeszcze bardziej interesuje powolne wnikanie w głąb głównego bohatera – przechodzącego przez twórczy kryzys i zdrowotne załamanie reżysera Salvadora (niezwykłego, fenomenalnego, nieziemsko dobrego w tej roli Antonia Banderasa).
Kolejne kadry, sytuacje i długie segmenty rozmów przepełnione są melancholią, roztacza się w nich idealizująca wszystko aura wspomnień. Salvador jednak nie sięga w przeszłość (do młodości, do nieudanych związków, do relacji z matką), by dojść do konkretnych wniosków i odnaleźć przyczynę swojego aktualnego marazmu. To jedynie nostalgiczne powroty do kilku konstytutywnych dla jego charakteru momentów. Myślę, że każdy widz dopowie sobie, co z nich Salvador dla siebie wyciągnął. Dla Almodóvara kino nie ma leczniczej siły. Jest natomiast najskuteczniejszym na świecie placebo. [Maciej Niedźwiedzki]
(ex aequo) 17.
Spider-Man: Daleko od domu
Druga część Spider-Mana o twarzy Toma Hollanda zamyka tak zwaną trzecią fazę Kinowego Uniwersum Marvela i stanowi swoisty epilog do Avengers: Końca gry. W tej roli spisuje się naprawdę znakomicie, bo dopiero tu znajdziemy moment na niespieszne przyjrzenie się temu, jak działania grupy bohaterów wpłynęły na codzienne życie mieszkańców Ziemi, a bardziej osobiście – jak Peter radzi sobie ze śmiercią swojego mentora. Poza tym dostajemy świetne teen comedy z cudownie wyświechtanym motywem podróży po Europie i emocjonujący blockbuster z zaskakującym metakomentarzem dla całej tej gałęzi amerykańskiego przemysłu filmowego.
Jest zabawnie, wzruszająco i emocjonująco, a przy tym z potrzebnym raz na jakiś czas tej marce dystansem i luzem. Całość ogląda się z prawdziwą przyjemnością także dzięki obsadzie. Tom Holland jest idealnym Peterem Parkerem, towarzysząca mu Zendaya moją ulubioną ekranową partnerką tego bohatera, a Jake Gyllenhaal wyraźnie doskonale bawił się na planie filmowym. [Filip Pęziński]
(ex aequo) 17.
Le Mans ’66
Trzeba powiedzieć jasno: z punktu widzenia struktury Le Mans ’66 nie jest niczym szczególnym. Typowe amerykańskie kino biograficzne, w tym wypadku opowiadające o ważnym wycinku w historii motoryzacji rodem z US and A. Prawdziwa siła filmu Jamesa Mangolda tkwi jednak w jego realizacyjnej jakości, dzięki której kinowy fotel niemal zamienia się w fotel samochodu rajdowego. Le Mans ’66 pozwala nam poznać historię powstawania legendarnych wyścigowych bolidów GT marki Ford, a także wczuć się w magię jednego z największych wydarzeń w świecie wyścigów – tytułowego Le Mans.
Matt Damon i Christian Bale tworzą tu świetny ekranowy duet, ale to drugi z nich daje tu prawdziwy aktorski koncert. Jeśli zastanawialiście się, jak wyglądało kino motoryzacyjne przed Szybkimi i wściekłymi, film Mangolda da wam odpowiedź na to pytanie. [Dawid Myśliwiec]
16.
Dom, który zbudował Jack
Bezczelny, okrutny, przerażający i przeraźliwie zabawny – najnowszy film Larsa von Triera to coś na kształt brawurowego autoepitafium dla własnej artystycznej drogi i filozofii. Von Trier nie szczędzi w Domu… prowokacji, odniesień do własnych filmów i klasyki kina oraz literatury, filozoficznych tyrad i ironicznych szyderstw skierowanych zarówno w stronę społeczeństwa, swoich krytyków, jak i samego siebie. Historia seryjnego mordercy uważającego się za artystę to z jednej strony rozliczenie, a z drugiej strony list miłosny do własnego artystycznego ego von Triera, i dlatego jest to film tak doskonały.
Reżyser nie idzie w nim bowiem na żadne kompromisy i tworzy porywającą, rozbuchaną narrację na pograniczu intelektualnego traktatu i absurdalnego thrillera. Do tego grający tytułowego Jacka Matt Dillon gra tu rolę życia, bezbłędnie interpretując przerysowanego von trierowskiego protagonistę i wirtuozersko dopełniając perwersyjnego geniuszu filmu. [Tomasz Raczkowski]
15.
To my
Jordan Peele staje się powoli prawdziwym królem amerykańskiego horroru. Po głośnym i nagradzanym Uciekaj! nie zwalnia tempa i zaskakuje, przeraża, śmieszy, ale przede wszystkim bezgranicznie wciąga tegorocznym To my. Wątki rasowych tarć – podobnie jak w debiucie sprzed dwóch lat – są tu co prawda obecne, ale tym razem obszar zainteresowania Peele’a jest dużo bardziej uniwersalny. W swoim najnowszym dziele reżyser opowiada o społecznych nierównościach i chorobliwej chęci awansu klasowego.
Peele bawi się ukochanym kinem grozy, a w podwójnej roli głównej obsadza fenomenalną Lupitę Nyong’o. Perfekcyjnej całości dopełnia znakomita ścieżka dźwiękowa autorstwa Michaela Abelsa. [Filip Pęziński]
14.
Rocketman
Myśląc o Rocketmanie, trudno uniknąć porównań z Bohemian Rhapsody, wszak oba filmy to biografie słynnych muzyków, którzy grali w tym samym czasie i w dodatku się znali. Pozostaje mi wyrazić żal, że to właśnie biografia Mercury’ego okazała się takim fenomenem wśród widzów, bo jako film to Rocketman jest lepszą historią. Strzałem w dziesiątkę okazało się postawienie na stylistykę musicalową, bo dzięki temu twórcy mogli poszaleć z formą i dać się wykazać KAPITALNEMU aktorsko i wokalnie Taronowi Egertonowi (zasłużony Złoty Glob!), który ma tu wiele wspaniałych momentów, będących prawdziwą emocjonalną bombą. [Łukasz Budnik]
13.
Dwóch papieży
Można się było spodziewać, że ktoś taki jak Fernando Meirelles znowu zapewni jakość. Temat był wdzięczny, wystarczyło go dobrze poprowadzić. Ale Dwóch papieży pozostanie dla mnie jednym z tych zaskakujących seansów 2019 roku, chociażby z uwagi na sposób, z jakim reżyser opowiedział historię abdykacji Benedykta XVI. Wydarzenia, które, wydawać by się mogło, powinny znaleźć swoje rozwinięcie, przedstawione są w telegraficznym skrócie. Esencję od początku stanowić ma rozmowa dwóch osobistości kościoła oraz emocje jej towarzyszące. Ujęło mnie, że film Meirellesa zdołał skupić moją uwagę na dwie godziny, opierając się głównie na dialogu.
Nie radzę jednak nikomu patrzeć na film jak na historyczną prawdę. Dwójka bohaterów to nic innego jak metafora dwóch porządków w Kościele katolickim – konserwatyzmu i liberalizmu. Przekonajcie się, czy stanowią one przeciwieństwo, czy też mogą się uzupełniać. [Jakub Piwoński]
12.
Midsommar. W biały dzień
Wnioskując z jego wypowiedzi, Ari Aster tworzył swoje horrory, działając raczej intuicyjnie niż według jasnego planu. Mówił o tym, że intencja i obrazy przyszły pierwsze, a szczegóły struktury, historii i świata przedstawionego klarowały się w ich następstwie. Dzięki temu te filmy to przebiegłe koszmary. Groza podpełza w nich w postaci rzeczy znanych i prozaicznych, niepozornych, które z czasem ulegają zohydzeniu. Motywy wizualne i dźwiękowe powtarzają się niczym tresura dla podświadomości, ale kontekst, a co za tym idzie – konotacje, ulegają zmianie. Bodźce stopniowo i niepostrzeżenie przechodzą od neutralności do potworności.
Klaśnięcie językiem? Mocny wydech? Zawiedziona twarz matki? Liście drzew tańczące na gałęziach w pełnym słońcu? Według Astera wszystko może być horrorem. O ile wobec Dziedzictwa. Hereditary mam mieszane uczucia – brakowało mi w nim spójności, o tyle Midsommar jest dla mnie dziełem dojrzalszym, zdecydowanym, pewnym i pełnym. Mimo że reżyser ponownie (zdaje się, że celowo) pozostawia widza trochę zdezorientowanym, zręcznie eksploatuje dość powszechną prawidłowość, że boimy się tego, co nieznane lub niezrozumiałe.
Temat żałoby pełni tym razem funkcję wspierającą dla historii głównie o rozkładzie relacji romantycznej i uzyskaniu autonomii przez jedną ze stron, a trochę o kondycji mentalnej człowieka nowoczesnego. Zgodnie z gatunkiem rozstanie odbywa się przemocą, a konsekwencje wycieczki grupy przyjaciół z Ameryki na szczególny festiwal letniego przesilenia w Szwecji są wstrząsające i makabryczne, pomimo odrobiny czarnego humoru. Znakomity przedstawiciel folk horroru, który doprowadził mnie aż do dyskomfortu psychosomatycznego. [Weronika Lipińska]
11.
Na noże
„Klasyczny kryminał. Reaktywacja” mógłby brzmieć alternatywny tytuł filmu Riana Johnsona. Gwiazdorsko obsadzona (od lektury listy płac może się zakręcić w głowie) produkcja przywraca do życia konwencję detektywistyczną spod znaku Herculesa Poirota, lecz na tym nie poprzestaje. Tak jak Johnson bawił się konwencją Gwiezdnych wojen, tak prowadząc narrację skoncentrowaną na zagadce tajemniczej śmierci słynnego pisarza powieści kryminalnych, gra z gatunkowymi konwencjami, z wdziękiem je przerysowując i czyniąc z kryminalnej intrygi ironiczną zabawę. Sercem tej zabawy jest Benoit Blanc, charyzmatyczny i przenikliwy detektyw, grany ze swadą przez Daniela Craiga, a gdzieś w tle czeka całkiem poważna już refleksja na temat klasy i amerykańskiego stosunku do imigrantów. Na noże to piękny przykład świetnego filmowego rzemiosła oraz ambitnej rozrywki, cieszącej oko i umysł. [Tomasz Raczkowski]
10.
Boże Ciało
Trzeba przyznać, że ostatnimi czasy miało miejsce niemałe zamieszanie w zakresie rodzimych produkcji poruszających tematykę instytucji Kościoła w Polsce. Ledwo przebrzmiały kontrowersje wokół Kleru, a nowe poruszenie wywołał Tylko nie mów nikomu braci Sekielskich. Natomiast ostatni film Jana Komasy wychylił się prawie nieśmiało na tle tych sensacyjnych tytułów, poświadczając przy tym o dojrzałości reżysera.
Boże Ciało to surowy, pokorny, rozbrajająco szczery i mądry film o Bogu odnajdywanym tam, gdzie powinniśmy go szukać, czyli w drugim człowieku. Ze wszystkimi jego niedoskonałościami. Po licznych historiach księży dopuszczających się skandalicznych czynów kryminalnych dostajemy opowieść o kryminaliście, który popełnia kazania bez święceń. Ujęcie tematu jest zupełnie odmienne i fabuła nie dostarcza tak drastycznych treści jak dwa wcześniejsze tytuły, a jednak to Boże Ciało wydaje mi się skuteczniejszą i trafniejszą krytyką, ponieważ kwestionuje samą istotę funkcji księdza i Kościoła.
Po cichutku i na spokojnie – tak, żeby można było nawiązać dialog. Daniel, młodziutki recydywista, wychodzi z poprawczaka duchowo odmieniony z pragnieniem, żeby zostać księdzem. Przez kartotekę święcenia są poza jego zasięgiem, jednak przypadek podsuwa mu szansę wejścia w wymarzoną rolę. Okazuje się, że pragnienie czynienia dobrze wystarczy, żeby odmienić i uleczyć całą lokalną społeczność. Nie szkodzi, że ze szlugiem w zębach. Wystarczy dla wiernych – niestety nie dla Kościoła. Zatem czy dobro nielegitymizowane jest mniejsze w oczach Boga? Szansa na Oscara jak najbardziej zasłużona, a znakomity Bartosz Bielenia to moja nowa aktorska obsesja. Natomiast za najlepszy komentarz niech posłuży zasłyszane, szczere stwierdzenie jednego z księży, z którymi wychodziłam z kina: „mam mieszane uczucia”. [Weronika Lipińska]
9.
Avengers: Koniec gry
Koniec gry nie jest pod kątem dramaturgicznym czy fabularnym tak dobrym filmem jak Wojna bez granic, ale ci, którzy śledzą perypetie bohaterów MCU od samego początku, z pewnością nie raz będą zachwyceni, patrząc na to, co zaserwowali im bracia Russo. Jasne, dużo tu fanserwisu, ale podanego tak, że trudno mi było ukryć ekscytację, gdy siedziałem w kinowym fotelu. Ukoronowaniem całości jest oczywiście wspaniała scena z portalami, w której pojawiają się niemalże wszyscy lubiani przez widzów bohaterowie. Znakomity seans! [Łukasz Budnik]
8.
Historia małżeńska
Ogromną zaletą Historii małżeńskiej jest to, że Baumbach pisząc scenariusz nie opowiedział się za żadną ze stron. Zarówno Charlie, jak i Nicole mają swoje racje i obojgu można coś zarzucić – to, czy widz będzie kibicować jednemu z nich, jest wyłącznie efektem subiektywnych odczuć. Ukoronowaniem tego schematu jest jedna z najlepszych scen roku, czyli kłótnia w mieszkaniu Charliego, prawdziwy popis aktorski wspaniałych Scarlett Johansson i Adama Drivera. To, ile żalu i czystych emocji wylewa się w tym fragmencie z obu stron, może przytłoczyć i zagwarantować godziny refleksji jeszcze na długo po seansie. [Łukasz Budnik]
7.
Lighthouse
Niezależnie od tego, że mnie akurat Czarownica: Bajka ludowa z Nowej Anglii – debiut reżysera z 2015 roku – nieco rozczarowała, trudno było na drugi film Roberta Eggersa nie czekać. Już w Czarownicy reżyser dał się bowiem poznać jako twórca o sprecyzowanej wizji, estetycznym wyczuciu i dobrze pracujący z aktorem. W Lighthouse wszystko to zagrało perfekcyjnie, a w moim mniemaniu to film dużo bardziej od produkcji z 2015 roku udany. Tegoroczny film Eggersa urzeka obłędną, opartą na doskonałych czarno-białych zdjęciach stroną wizualną i bezgranicznie wciąga trudną do jednoznacznej interpretacji treścią.
Aktorski pojedynek pokoleń w wykonaniu Willema Dafoe i Roberta Pattinsona sprawia, że trudno oderwać wzrok od ekranu. Bezkompromisowo brutalny, podszyty erotycznym napięciem, a przy tym wszystkim niezwykle zabawny. [Filip Pęziński]
6.
Faworyta
Jorgos Lantimos bierze na warsztat skostniały gatunek kina kostiumowego i drwi z typowych dla niego tropów i konwencji. Tworzy obraz autorski, ekscentryczny, niezwykle odważny. Rozkosznie kpi z monarchii, ze zrozumieniem i empatią pochyla się przy tym nad samą monarchinią. Na gruncie realizacyjnym tworzy dzieło, od którego trudno oderwać wzrok, a odważny trójkąt Olivii Colman, Emmy Stone i Rachel Wiesz dostarcza widzom jednych z najciekawszych aktorskich pojedynków ostatnich lat. Ta pierwsza wyszła z nich z zasłużonym Oscarem. Jorgos Lantimos utrwala swój wizerunek reżysera niepokornego, ale jednocześnie udowadnia, że nie jest zamknięty na nowe kierunki. [Filip Pęziński]
5.
Irlandczyk
Gdy wydawało się, że Martin Scorsese na dobre zmienił swojego ulubionego aktora z Roberta De Niro na młodego wilka Leonardo DiCaprio, twórca Taksówkarza nieoczekiwanie powrócił do klimatów mafijnych i starej aktorskiej ekipy. W Irlandczyku mogliśmy dzięki temu zobaczyć ponownie na wspólnym ekranie Roberta De Niro i Joego Pesciego (którzy w duecie wymiatali w takich filmach mistrza jak Wściekły byk, Chłopcy z ferajny i Kasyno), a na drugim planie mignął też Harvey Keitel, z którym Scorsese pracował na początku kariery (Ulice nędzy, Taksówkarz). Szkoda jedynie, że w filmie, który w pewien sposób podsumowuje nie tylko karierę aktorską wyżej wymienionych, ale i całą twórczość mafijną Scorsesego, zabrakło miejsca dla Raya Liotty.
Mogliśmy za to cieszyć oczy ponownym spotkaniem De Niro i Ala Pacino (po raz pierwszy u Scorsese), który daje w Irlandczyku najlepszy występ od lat. Sam film to opowiedziana w spokojnym tempie historia płatnego zabójcy działającego przez dekady dla mafii i mającego związek z zaginięciem Jimmy’ego Hoffy. Mimo niewielu scen akcji, braku dynamiki oraz szybkiego montażu i ogólnie powoli sączącego się tempa opowieści opartej na dialogu i aktorskich niuansach trwający trzy i pół godziny film oglądałem z niesłabnącym zachwytem, nie mogąc oderwać się od telewizora (okej, jeden raz musiałem do toalety).
Delektowałem się zdjęciami, montażem, dialogami, kapitalną grą aktorską i chemią między aktorami (Pesci, Pacino i Stephen Graham – na najwyższym poziomie!). Robert De Niro też po latach wrócił do formy, pod skrzydłami Scorsese nie mogło być zresztą inaczej.
W ubiegłym roku twórca Kasyna rozpętał w Internecie niemałą burzę (do której aktualnie dołączył Terry Gilliam, podzielając zdanie Scorsesego), kiedy to naskoczył na filmy Marvela. Nie zrobił tego jednak z pozycji emerytowanego, sfrustrowanego reżysera, którego filmy już nikogo nie interesują… Nie, równocześnie z atakiem na Marvela (słusznym czy nie, to już każdy musi ocenić sam), którego filmy nazwał „parkiem rozrywki”, dał widzom kolejne wielkie dzieło ze starej szkoły kina – dostojne, wystawne, nakręcone z pietyzmem, dbałością o szczegóły i kontemplację chwili (na co w komiksowych filmach czasu faktycznie nie ma).
Irlandczyk to kino przez wielkie „K”, znakomicie opowiedziane i fantastycznie zagrane, udowadniające, że mimo 77 lat na karku Scorsese ma jeszcze wiele do powiedzenia we współczesnym show-biznesie. Aktualnie w filmografii twórcy Króla komedii, w zapowiedziach na 2021 rok, możemy znaleźć tytuł Killers of the Flower Moon, a w rolach głównych widnieją Robert De Niro i Leonardo DiCaprio. Dwaj ulubieni aktorzy Scorsesego, stary i młody wilk na jednym planie? Będzie się działo! [Rafał Donica]
4.
Green Book
Gdybyśmy dziś wydawali słownik gatunków i konwencji filmowych, Green Book bez wątpienia znalazłby się wśród przykładowych tytułów pod pojęciem feel good movie. Co ciekawe, spisuję te słowa tuż po którymś z kolei seansie (było ich chyba już pięć) i wciąż odczuwam tę samą przyjemność z oglądania filmu Petera Farrelly’ego – a to domena filmów może nie wybitnych, ale bez wątpienia szczególnych. Opowiadający o relacji uznanego czarnoskórego pianisty i amerykańsko-włoskiego „mięśniaka” w latach 60., Green Book w nieinwazyjny sposób podejmuje temat segregacji rasowej i nadaje mu rzeczywisty wymiar.
Zestawienie Afroamerykanina z potomkiem włoskich imigrantów skutkuje całą serią zabawnych i trafnych spostrzeżeń, a relacja postaci kreowanych przez Mahershalę Alego (Oscar) i Viggo Mortensena (powinien być Oscar!) to czyste filmowe złoto i miód na serce niejednego widza. Nie przesadzę chyba, gdy stwierdzę, że pod względem sympatii widzów Green Book może stać się Forrestem Gumpem minionej dekady. [Dawid Myśliwiec]
3.
Parasite
Joon-ho Bong tworzy film wyjątkowy. Na szczęście jego wizji nie imają się granice i z Korei Południowej obraz dotarł do najbardziej odległych rynków, by tam dumnie kroczyć przez kina i zdobywać kolejne zasłużone nominacje, nagrody i wyróżnienia. Nic dziwnego, bo to kino, które współczesny widz kocha. Szybkie, nieprzewidywalne, bawiące się konwencjami, nigdy nietracące czysto rozrywkowego charakteru, a przy tym komentujące kwestie społeczne dużo trafniej niż niejeden dokumentalista czy publicysta. Parasite robi ogromne wrażenie tym, o czym opowiada, ale także – jak opowiada. Formalnie zupełnie nie odstaje od najlepszych zachodnich produkcji (ten montaż!). Siedzi w głowie. [Filip Pęziński]
2.
Pewnego razu… w Hollywood
To powinien być ostatni film Quentina Tarantino. Bynajmniej nie dlatego, że reżyser stracił formę, wręcz przeciwnie – Pewnego razu w Hollywood to moja ulubiona zeszłoroczna produkcja. Myśl o tym, że Tarantino mógłby na niej zakończyć karierę reżysera wynika oczywiście z tematyki podjętej w Hollywood. W każdym kadrze widać miłość Quentina do kina i do epoki, w której obsadził akcję, a ja mógłbym nieprzerwanie patrzeć na bohaterów sunących przez słoneczne Los Angeles.
Wiele pozytywnych emocji wzbudza we mnie też wątek Sharon Tate, której Tarantino złożył piękny hołd, celebrując jej radość z przeżywania każdego dnia. Końcowe pół godziny to jedna z najlepszych rzeczy, jakie nakręcił Tarantino. [Łukasz Budnik]
1.
Joker
Śmiech i zabawa jako objawy choroby cywilizacyjnej? Czemu nie. Kiedy ogłoszono realizację kolejnego filmu o Jokerze, było mi to obojętne. Jak chyba w przypadku większości, jedynym aspektem budzącym jakiekolwiek emocje był dla mnie angaż Joaquina Phoenixa. Po premierze jedynym aspektem, na który pozostałam obojętna, była krytyka filmu Todda Phillipsa za cytaty między innymi z Taksówkarza i Króla komedii, ponieważ Joker to film zjawiskowy i będę bronić tego poglądu jak niepodległości. Zarzuty o wtórność i odtwórczość wydają mi się chybione, ponieważ absurdem jest oczekiwać, że twórcy nie będą wchodzili w dialog z filmami sprzed kilku dekad, szczególnie jeżeli poruszane w nich problemy jeszcze bardziej eskalowały. Arthur Fleck uosabia złożoną diagnozę jednostki uwikłanej we współczesność: biedaka w świecie nadmiaru, chorego w rzeczywistości pozorów, samotnika w tłumie, potrzeby brudnej prawdy w czasach, kiedy normą są eleganckie kłamstwa, aż wreszcie – komiksowego arcyprzestępcy w dramacie społecznym w kinematografii XXI wieku, zdominowanej przez atrakcje w miejscu treści.
To właśnie ten aspekt autotematyczny, skuteczna demitologizacja wszelkich „batmanizmów”, stanowi dla mnie o wyjątkowej wartości tego filmu. Kino superbohaterskie od lat dominowało box office, ponieważ sprawia, że większość czuje się ze sobą dobrze, czuje moc wbrew otaczającej rzeczywistości. Nie twierdzę, że to źle, sama je uwielbiam (z pewnymi wyjątkami) i uważam, że każdy nurt jest potrzebny. Jednak może – dla równowagi – zdrowo byłoby pamiętać, żeby czasem pozwolić sobie też poczuć się źle? Joker pod pozorem kina mainstreamowego przemycił masom propozycję wyzwalającego, odwróconego eskapizmu w miejsca, od których zwykliśmy odwracać wzrok.
Phillips udowodnił, że można inaczej, i fakt, że przy tym przebił w box offisie między innymi finalnych Avengers, zostając najbardziej dochodowym filmem komiksowym wszech czasów, stanowi dla mnie kinowy triumf minionego roku. [Weronika Lipińska]
