Recenzje

SPIDER-MAN: DALEKO OD DOMU. Szkolna wycieczka do kina z atrakcjami

Ten fim dowodzi, że w rozbudzonym i odmłodzonym Spider-Manie tkwi jeszcze sporo opowieści.

Autor: Jakub Koisz
opublikowano

Nowy Spider-Man jest świeżutki niczym czereśnie z gałęzi sypane wprost do buzi. Sycący, zabawny i wizualnie kreatywny. Najbardziej jednak zadziwiające jest to, że w tym bardzo autorskim feelu przeszły trzy mocno branżowe metakomentarze, coś, na co pozwalają sobie bardzo pewni siebie twórcy. Pierwszy mówi, że zarówno masowy rynek, jak i widzów, guzik dzisiaj interesuje coś poza superhero. Drugi w przedziwny sposób zauważa, że nie należy wierzyć we wszystkie te bajki, tylko żyć intuicyjnie. Trzeci, że niektóre teorie fanów w Internecie można o kant stołu rozbić. Fake newsy również. Nic bowiem w tym filmie nie jest takie, jak się spodziewałeś. 

Trudno się mówi o tym filmie bez spoilerowania, ale spróbujmy – Spider-Man, dla najbliższych Peter Parker, wyjeżdża wraz z całą swoją straumatyzowaną szkołą na wycieczkę do Europy. Za mało? Dobrze, analizujmy zwiastun klatka po klatce – wiemy, że będzie starał się podbić serce swojej koleżanki ze szkoły, MJ. Zabawy nie popsuje widzowi też informacja, że jego drogi skrzyżują się z Mysterio, Nickiem Furym i Marią Hill. Odwiedzimy Czechy, Niemcy, Włochy oraz Wielką Brytanię, a nasi bohaterowie będą podróżować samolotem, pociągami i autobusami.

Mało tych warstw oraz wpływów? Oczywiście film musi też poradzić sobie z problemami, które nagromadziły się wraz z pstryknięciem i odpstryknięciem mającymi miejsce w ostatnich przygodach drużyny Avengers, i trzeba przyznać, że robi to w sposób inteligentny i satysfakcjonujący. Na tyle, że to właśnie Spider-Man: Daleko od domu może zostać uznany za prawdziwe zakończenie ostatniej fazy Marvela. I chociaż jest to pełną gębą produkt skąpany w nawiązaniach oraz wątkach z MCU, to Jon Watts nakręcił przede wszystkim ciepłą komedię trykociarską, która garściami czerpie z młodzieżowego kina inicjacyjnego, a także hollywoodzkiego nurtu, przeciągającego konwencję fish out of the water wręcz na kontynenty. Przy okazji, na szczęście, udało się przemycić kilka odautorskich komentarzy oraz zasugerować, że stopniowanie komplikacji oraz światotwórstwa w MCU to nie jest jeszcze skończony proces. Nie ma tutaj Griswoldów, ale jakaś szalona rodzina pełna jeszcze bardziej szalonych pomysłów się znajdzie.

Sama wycieczka, czyli swoisty pomysł na oderwanie Spider-Mana od rodzinnego Queens, jest odświeżającym wyborem, szczególnie że nie wszędzie w Europie można tak niefrasobliwie śmigać pajęczyną między drapaczami chmur. Mamy więc Pajączka nieco bliżej ulicy, zaułków, nieznanych mu wcześniej mostów, a ten element fabularny buduje nową dynamikę między postaciami. Może i romantyzowanie Europy wydaje się czasami zabawne, szczególnie jeśli pojawiające się w filmie miejsca naprawdę się zwiedziło, ale należy wybaczyć Amerykanom tę perspektywę. Nastoletni bohaterowie są dojrzalsi niż w poprzedniej odsłonie, ich hormony buzują coraz mocniej, a jednocześnie widać, jak bardzo prowadzenie podwójnego życia staje się dla nich udręką – Europa tylko wyostrza fakt, że ich świat bezpowrotnie się zmienia. Podobnie zresztą jak rzeczywistość medialna, żyjemy bowiem w czasach, w których swoistą magiczną iluzją są media oraz fake newsy (co zresztą komentowane jest konsekwentnie aż do ostatniej sceny po napisach).

Nic więc dziwnego, że kiedy w życiu Petera Parkera pojawia się inteligentny i pewny siebie (przypominający chłopakowi nieodżałowanego Starka) Quentin Beck, wypełnia pustkę w pomoście między nastolatkami a dorosłymi. Jake Gyllenhaal odnajduje się w tej marvelowskiej rodzinie bardzo dobrze, odgrywa swoją postać przy użyciu kilku tonacji charakterologicznych, a przede wszystkim reaguje iskrzeniem za każdym razem, gdy stawia się go obok Toma Hollanda, coraz pewniejszego siebie w butach Spider-Mana. Zresztą wszyscy z tej oryginalnej paczki, Zendaya, Jacob Batalon oraz Marisa Tomei w roli ciotki May, są w swoich rolach przeuroczy i prezentują się nam z podniesioną głową.

Ta superbohaterska komedia Wattsa może i nie jest kamieniem milowym w projekcie Kevina Feige’a, ale dowodem na to, że Marvel wie, jak bawić się tonacją. Po epickim, nieco nużącym funkcje poznawcze widowisku przychodzi coś mniejszego, ale koncentrującego się na rozwoju jednego segmentu tego świata. Ta okraszona skoczną muzyką młodzieżową, kilkoma świetnymi wizualiami (jedna z takich scen przywodzi na myśl psychodeliczną podróż z Doktora Strange’a) kolorowa, pomysłowa zabawa może nie deklasuje najlepszego filmu o Człowieku Pająku, czyli Spider-Man: Uniwersum, ale dowodzi, że w tym rozbudzonym ponownie świecie tkwi jeszcze sporo opowieści. Nie musimy poznać ich wszystkich, ale takie jak ta na pewno też nie zlasują nam umysłu.

Ostatnio dodane