Recenzje

GREEN BOOK. Przypowieść o przemianie

Wokół anegdoty, która zapewne transmutowała w rzeczywistości kilkakrotnie, zbudowano wzruszającą i piękną historię, mającą szansę stać się świątecznym klasykiem

Autor: Jakub Koisz
opublikowano

Podróż z zieloną książeczką w ręku do samego piekła rasizmu

Wokół najnowszego filmu Petera Farrelly’ego narosło kilka kontrowersji, padł między innymi zarzut o lekką konfabulację w kwestii zażyłości pary głównych bohaterów. Nawet jeśli przyjaźń, która narodziła się w czasie opisywanej podróży, nie była tak mocna, a perypetie protoplastów postaci granych przez Viggo Mortensena i Mahershali Aliego różniły się od tego, co przedstawiono na ekranie – to wszystko nie ma znaczenia. Green Book działa bowiem jako uniwersalna przypowieść o przemianie. Rola w jednostkowej refleksji u widzów i popkulturowym komentarzu na temat rasizmu może być znaczniejsza niż poziom filmu.

Lata sześćdziesiąte. Tony, zwany Warą, to amerykański Włoch, który traci pracę jako ochroniarz w klubie nocnym. Za Afroamerykanami jakoś nie przepada, a świetnie obrazuje to scena, w której wyrzuca do kosza szklanki, w których jego żona – nieco bardziej progresywna – podała lemoniadę hydraulikom o ciemnym kolorze skóry. Tony nie jest jednak złym facetem, ale produktem czasów, w których przyszło mu żyć. I ma pewne atuty: nie pozwala sobie pluć w kaszę, potrafi skutecznie „załatwiać” różne sprawy pięścią i jest całkiem dobrym kierowcą. Z powodu takiej właśnie reputacji zatrudnia go doktor Shirley, czarnoskóry wirtuoz fortepianowy, który wraz z zespołem postanawia wyruszyć w trasę koncertową na dalekie Południe, gdzie rasizm pulsuje mocniej niż gdziekolwiek w Stanach. Trzymając w ręku „zieloną książeczkę”, czyli spis miejsc, gdzie mogą zatrzymywać się czarni, Tony wyrusza w najważniejszą podróż swojego życia i nie chodzi wcale o pokonywanie kilometrów, ale własnych uprzedzeń. I chociaż dystyngowany, nieco zagubiony w swojej roli Shirley nie ułatwia mu tej sprawy, między mężczyznami rodzi się przyjaźń, która ponoć przetrwała lata.

No właśnie – ponoć. Można odnieść wrażenie, że warstwa emocjonalna została w tym filmie naniesiona grubą warstwą trików, które mają rozczulić widza, szczególnie cudowna przemiana Włocha. Kontrastuje ona jednak świetnie z rozterkami jego kompana, który skrywa w sobie wielowarstwowe uczucie odrzucenia (doktor Shirley nie czuje przynależności ani do czarnoskórej biedoty, ani do białych, którzy chcą oglądać jego występy), wrażliwość i kompleks ofiary. Pomaga w tym świetnie interpretujący tę postać Ali, który ponownie dowodzi umiejętności grania kilku bohaterów w ramach jednego. Natomiast szorstki Tony – wraz ze swoją rozdziawioną miną, gdy zaczyna rozumieć, jak bolesne potrafi być rasowe wykluczenie – prezentuje typ bohatera zgodnego z naszym myśleniem życzeniowym. Chcemy wierzyć, że gdzieś tam, w świecie uprzedzeń, istnieje taki olbrzym, który sam zaczyna dostrzegać ułomność rzeczywistości. Wyobrazić można sobie jednak, że w tę rolę wciela się ktoś inny niż brzuchaty (fizyczna przemiana Mortensena do roli robi wrażenie) i bardzo naturalny Skandynaw, a wtedy nad Green Book unosiłby się lekki zapach sztampy. Ani razu nie jest tutaj przekroczona granica ckliwości tak, jak miało to miejsce w łzawych, ale też manipulujących na poziomie emocji Nietykalnych. Wszystko to ilustruje zresztą muzyka, która ukazuje różnorodność stylistyczną epoki, pozwala bohaterom wyjść poza swoje ramy kulturalne, jak i świetnie komponuje się z diegezą narracji. Produkcji Farrelly’ego „słucha się” wyśmienicie i mimo że tylko fortepianowe solówki Shirleya mają znaczenie dla fabuły, to na przykład kawałki jazzowe są już czystą esencją tego, o czym opowiada film. Czyli o świecie, w którym istnieje szansa na piękno, wystarczy się nieco wsłuchać, dać ponieść sercu i przyjrzeć absurdom rzeczywistości.

To kino drogi ma szczególny walor terapeutyczny, jeśliby rasizm nazwać chorobą, która trapiła ówczesną Amerykę – może zahamować jej postępowanie, choć zadziała tylko na pacjentów, którzy świat odbierają bardziej serduchem niż intelektem. Trudno więc postawić go obok filmów typu Moonlight albo esejów traktujących o problemie rasowym w Stanach Zjednoczonych, ale to dobrze – zresztą Green Book wcale się na tę półkę nie pcha. Wokół anegdoty, która zapewne transmutowała w rzeczywistości kilkakrotnie, zbudowano wzruszającą i piękną historię, mającą szansę stać się świątecznym klasykiem. Ach, tak, zapomniałem dodać – kulminacja tej rozmrażającej serce podróży ma miejsce w Boże Narodzenie. Dzieją się wtedy rzeczy cudowne, w które nieco trudno uwierzyć, ale to nieważne – w przypowieściach realizm jest najmniej ważną warstwą.

Ostatnio dodane