Felietony

BEZ WYTRYSKU TO NIE GRZECH. „Tylko nie mów nikomu” Tomasza Sekielskiego

Autor: Odys Korczyński
opublikowano

Wydaje się to budujące, że tuż po publikacji filmu Tomasza Sekielskiego najwyżsi hierarchowie polskiego Kościoła mówią jednym głosem (no może prócz arcybiskupa Głodzia). Abp Stanisław Gądecki dziękuje za tak poruszający i smutny obraz, a prymas Wojciech Polak jest głęboko poruszony i przeprasza za każdą ranę zadaną przez „ludzi Kościoła”. W tym wypadku to kluczowe stwierdzenie – „ludzie Kościoła”, a nie Kościół. Wrócę do niego później. Takie stwierdzenia jednych z najważniejszych biskupów Konferencji Episkopatu Polski tylko wydają się budujące, ponieważ to właśnie oni odmówili wzięcia udziału i pomocy w realizacji produkcji, wreszcie to oni oskarżyli Tomka Sekielskiego o stronniczość i nieobiektywność podczas prac nad filmem. Mam nieodparte wrażenie, że właśnie teraz, tak zaskoczeni mocą i merytoryczną wartością dokumentu Tylko nie mów nikomu, postawieni pod ścianą, nie mogli inaczej się zachować. Zrobili, co musieli, bo twarz matki-Kościoła jest przecież od wieków najważniejsza, chociaż nie ma w niej krzty realnej skruchy.

Jakże to ksiądz natchniony łaską mógłby brać do ust penisa ministranta, albo masturbować się niewielkimi rękami 7-letniej dziewczynki?

Sekielski oparł swój dokument na dość sprytnym planie. Najpierw prezentował wypowiedzi ofiar, często tak kontrowersyjne, że trudno w nie było uwierzyć, zwłaszcza niedowiarkom albo miłośnikom Kościoła przekonanym o jego nieskazitelności. I gdy już faktycznie pogrążyli się oni w wątpliwościach, bo jakże to ksiądz mógłby brać do ust penisa ministranta albo masturbować się rękami 7-letniej dziewczynki, następowała konfrontacja ofiary z katem. To trochę jak cios w twarz, przynajmniej tak to poczułem, kiedy te „abstrakcyjne”, nakręcone w studio, wypowiedzi ofiar nagle zostają potwierdzane po dziesiątkach lat słowami samych księży, teraz już starych, niedołężnych ludzi, którzy jednak doskonale pamiętają, co robili. Przepraszają, zasłaniają się sądem ostatecznym, szatanem, samym Bogiem. A tak naprawdę dogorywają na garnuszku Kościoła i są jeszcze nawet dość przebiegli – czyli boją się odpowiedzialności i próbują ujść cało z konfrontacji z ofiarami za pomocą np. pieniędzy, jakby nie zauważyli, że kiedyś to nie mieli przed sobą dziwek, ale dzieci.

Konstrukcja Tylko nie mów nikomu jest tym bardziej rozdzierająca, że prócz tych konfrontacji i dziennikarskich poszukiwań sprawców pokazany jest stosunek instytucji Kościoła do ofiar, instytucji przecież natchnionej przez samego Boga. Już sam język, którego używają sprawcy wiele pokazuje. Ofiara mówi – Masturbował się moimi rękami. Ksiądz pedofil mówi – Często odprawiam msze za te ofiary i że diabeł wtedy zbierał żniwo. A więc to diabeł dotykał piersi małej dziewczynki, to diabeł ją całował i diabeł się przed jej twarzą spuszczał. Wreszcie ostrzejszy przykład. Ofiara, rosły teraz mężczyzna, mówi – Zawołał mnie… Patrzę co się dzieje… a on stoi ze spuszczonymi spodniami i mówi „Zobacz. Nie chce mi opaść. Co mam zrobić?” I ma penisa sterczącego na wierzchu, śmierdzącego… Ksiądz mówi – Nie doszło [do wytrysku]… Byłeś męski i tego nikt nie ukryje… Miałeś apetyt… równorzędnie żeśmy się tym darzyli… To ja ci dam trochę pieniędzy, żebyś se schował.

Asymetria języka najwyższych dostojników Kościoła w stosunku do opowieści ofiar jest identyczna, co zresztą Sekielski pokazuje, zestawiając konferencję prasową Episkopatu Polski na temat pedofilii z wypowiedziami molestowanych bohaterów. Biskupi z uporem maniaka twierdzą, że każdy z nas jest skłonny do złego, a księża to przecież tylko ludzie. Że natura ludzka naznaczona jest skazą w postaci grzechu pierworodnego [zapominają, że jego podwaliny sformułowali ludzie, i to o znikomej wiedzy psychologicznej, na synodach w Kartaginie (418 r.) i Orange (529 r.)]. Że zły duch wciąż działa, mamiąc słabych księży, więc im należy się miłosierdzie i nie wolno ich piętnować, jak to chcą robić niekatolickie media. Wreszcie, że dzieci faktycznie są wykorzystywane, tylko jakoś brakuje dookreślenia, co to za wykorzystywanie. Posyłanie ich przez księży do przymusowej pracy czy zmuszanie do ssania księżowskich genitaliów? Bo to zasadnicza różnica, a brak dookreślenia i używanie frazesów w postaci gadania o miłosierdziu i głębokich ranach zadanych naturze ludzkiej nic nie dają. W tym niekonkretnym języku, a raczej braku dosadnych nazw mieści się lęk Kościoła przed konfrontacją, co Sekielski miał odwagę pokazać. Nie zrobił filmu o ofiarach i katach. On wyraźnie oskarżył cały Kościół, że tworzy katów i ofiary.

Ostatnio dodane