Felietony

Dlaczego BOŻE CIAŁO jest lepsze od lekcji RELIGII

Autor: Jakub Piwoński
opublikowano

Byliście już w kinie na Bożym Ciele? Jeśli nie, to powinniście. Raz, że z tego, co podano do oficjalnej informacji, wynika, że dzieło Jana Komasy będzie naszym kandydatem do Oscara i powalczy o nominację w kategorii nieanglojęzycznej. Dwa, bo to bardzo dobry film jest po prostu, świetnie napisany, świetnie zagrany. Mocny, bezpretensjonalny, poruszający. Nadto posiada w sobie pewną wartość dodaną, która na naszym bogoojczyźnianym, katolickim poletku może okazać się bezcenna – uczy prawdziwej modlitwy.

Pamiętam, że w latach szkolnych byłem jednym z aktywniejszych uczniów na lekcjach religii. Niekoniecznie dlatego, by przymilić się katechecie i nie tylko z chęci zdobycia dobrego stopnia. Wiele wątpliwości natury religijno-teologicznej od zawsze we mnie buzowało, stąd częstokroć dużo pytań naturalnie wypływało z moich ust. Nie, nie byłem przy tym złośliwy. Nie, nie szukałem łatwej drwiny, wspierając przy tym kolegów śmiejących się z dosłownego rozumienia Księgi Rodzaju. Jako chłopak dorastający w wierze, dobrze zaznajomiony z obyczajowością katolicką, chciałem jedynie wyprostować w głowie te rzeczy, które przeze lata tkwiły w krzywiźnie.

Wiele z nich pozostało krzywych do dziś. Sfera seksualna, że pozwolę sobie ją wziąć za przykład, jest dla mnie przykładem żywiołu, który ma w sobie znacznie więcej czynników determinujących, uniemożliwiających zamknięcie go w sztywnych ramach. To samo tyczy się moralności, którą momentami (acz nie zawsze) warto poddać relatywizmowi. Ta prosta czerń i biel, przemawiająca z Biblii, nierzadko nijak ma się do widocznej za oknem szarości. Ale jak dobrze określił to Daniel w Bożym Ciele, jeśli się w coś wchodzi, to wchodzi się na maksa, zasady mieć trzeba i tyle. Wątpić można, to ludzkie, ale pewnych drzwi czasem nie warto wyważać, zwłaszcza gdy są to drzwi do własnego domu.

Dla wierzącego kluczowa jest jednak modlitwa. Bez niej, bez relacji z Bogiem, cała wiara wydaje się nie mieć sensu. Jest ona – a przynajmniej powinna być – niczym innym jak zajrzeniem do wnętrza swego sumienia. Kiedyś pewien bliski mi ksiądz posłużył się bardzo trafnym porównaniem, które do dziś siedzi mi w głowie, a które tłumaczy sens cotygodniowego odwiedzania kościoła czy też właśnie zwykłej modlitwy. Otóż, jeśli kogoś kochamy, to rzeczą normalną jest, że się z tą osobą kontaktujemy. Jak zatem kontaktować się z Bogiem? Odwiedzając go w jego symbolicznym domu przynajmniej raz w tygodniu lub rozmawiając z nim siłą ducha (i Ducha). I tu jedna uwaga: odwiedzając go, a nie odbębniając mszę po to, by sąsiedzi widzieli. Rozmawiając z nim, a nie klepiąc formułki.

W jednej z najbardziej wzruszających scen w Bożym Ciele przebrany za księdza Daniel podchodzi do grupy pogrążonych w żałobie parafian. Wsłuchując się w recytowane przez nich zdrowaśki, postanawia zademonstrować swój sposób na rozmowę z Bogiem, adekwatny do trawiącej społeczność traumy. To, co wówczas mówi, jest tak cholernie szczere, tak mocne, tak prawdziwe, że jako widz nie zdołałem przejść obok tego obojętnie. On po prostu trafia w sedno problemu. Koniec z bezpieczną otoczką, koniec z nic niewnoszącą gadaniną. Przed żałobnikami rozpostarta zostaje jedna, właściwa droga, prowadząca do zmierzenia się z bólem w pełnej jego okazałości. Spojrzenia prawdzie w oczy, uznania słabości i wad. Przyjęcia do wiadomości własnej bezradności w obliczu trudów codzienności oraz przyznania się do tego, że pewnych decyzji się po prostu nie rozumie.

Twoich decyzji, Boże, częstokroć niesprawiedliwych. Przy udziale łaski chcemy jednak nauczyć się jednego – zaufania. Zaufania do ciebie i siebie nawzajem.

To dopiero kuriozum, to dopiero zagadka. Chłopak dopiero co wyszedł z poprawczaka, z oczu nie zeszła mu jeszcze opuchlizna alkoholowego zatrucia, z głowy nie wyszły wspomnienia przygodnego seksu, a prowadzony sprawnym rysopisem ręki Mateusza Pacewicza niesie ze sobą siłę, którą zaraża wszystkich wokół. Swoją postawą i niekonwencjonalnymi metodami daje niejako prztyczka w nos naszym duchownym, pokazując, że droga ku prawdzie może być rozświetlana nie przez tego, kogo otacza aureola, ale przez tego, co potrafi sprawnie posługiwać się latarką. Daniel to klasyczny wykolejeniec, zbłąkana owca, która tak przesiąkła złem napotkanym w lesie pełnym wilków, że zaczęła się z nim w końcu utożsamiać. Głęboko trzyma jednak w sobie też wrażliwość, jego serce otwiera się tam, gdzie inni trwają w zacietrzewieniu, dzięki czemu prowadzi współtowarzyszy gniewu do oczyszczenia.

Swego czasu pewien kapłan, Fulton John Sheen, powiedział, że:

Być grzesznikiem, to nasze nieszczęście, ale być tego świadomym – to nasza nadzieja.

Przewagą Daniela w modlitwie jest to, że on na skutek cierpienia, którego w życiu doświadczył, zdołał obyć się ze świadomością siebie jako istoty zepsutej i ułomnej. Prawdę tą składa Bogu w ofierze, wiedząc, że koloratka przed niczym go nie chroni, a gniew tłumiony to gniew destrukcyjny. Nieważne, czy osiągnie skutek. Ważne, że próbuje, daje świadectwo. Oto jego walka. Gdyby zatem każdy ksiądz, każdy katecheta, zamiast mamić obiecankami nieba i straszyć perspektywą piekła, skupił się na tym, co dzieje się tu i teraz, na tym, jak trudno się żyje, a nie jak pięknie będzie umierać, byłoby to dla wierzących bezcenne.

Boże Ciało to historia kulawej, acz bogobojnej duszy, która wie, co mówić i jak mówić, by trafić w sedno. To lekcja religii dla nas wszystkich. Nie przekonacie mnie bowiem, że kilkukrotne powtórzenie „Zdrowaś, Maryjo” ma takie samo znaczenie i taką samą siłę, jak powiedzenie z ręką na sercu i z bólem w głosie „Jezu, ufam Tobie”. To tak proste i trudne zarazem.

Ostatnio dodane