Felietony

PEWNEGO RAZU… W HOLLYWOOD, czyli o tym, jak kino CZYŚCI DUSZĘ

Autor: Jakub Piwoński
opublikowano

Uwaga, tekst zdradza istotne elementy fabuły filmu Pewnego razu… w Hollywood.

Tarantino to geniusz. Geniusz kina. To była moja pierwsza myśl po seansie Pewnego razu w… Hollywood. I wiele można by mówić o tym, co takiego wpływa na tak jednoznaczną w moich oczach recenzję najnowszego dzieła twórcy Pulp Fiction. Rzec coś o hołdzie złożonym kinematografii, przy udziale brawurowych występów aktorskich, klimatu epoki, cytatów z kultury i naturalnego błysku piękna Margot Robbie.

Ale o tym, że Pewnego razu… zostanie ze mną na dłużej, zadecydowała jeszcze jedna cecha. Po seansie filmu, z punktu widzenia duchowego, poczułem się czyściej, niżeli czułem się jeszcze, stojąc w kasach biletowych. W czym rzecz? Odpowiedzi udzieli nie kto inny, a sam Arystoteles.

Ostatnimi czasu czytam sporo na temat struktury filmu. Interesuje mnie jednak przede wszystkim jego aspekt fabularny. Od zawsze uznawałem, że w tym konkretnym przypadku, jako nośnik opowieści, film to sztuka wyjątkowo doskonała, ponieważ twórczo wspierając się mechanizmami audiowizualizacji, potrafi ponieść nasze zmysły w kierunku doznań, jakich żadna inna sztuka dostarczyć nie potrafi. Jednak jak każda sztuka narracyjna, ma też swoje zasady, którym musi podlegać, by wciągnąć nas w grę, utrzymać nasze zainteresowanie i dostarczyć na końcu niezbędnej satysfakcji.

Pewnego razu w Hollywood

Wpadła mi w ręce książka Katarzyny Bondy pt. Maszyna do pisania, w której nasza rodzima autorka kryminałów wykłada czytelnikom, co takiego wedle niej trzeba zrobić, by zostać dobrym pisarzem. Książkę czyta się świetnie, jest napisana prostym, acz bardzo treściwym i trafiającym w sedno językiem, co jest najlepszym dowodem na to, że autorka dokładnie wie, o czym mówi. Jeden z zasadniczych wniosków, jakie wysuwa, związany jest z pojęciem katharsis. Oddajmy zresztą głos na chwilę samej autorce:

W życiu unikamy konfliktów, staramy się łagodzić sytuacje krytyczne, minimalizujemy te niebezpieczne i niewygodne. (…) Fabuła zaś wymaga, by postaciom rzucać kłody pod nogi, utrudniać relacje, zarażać je chorobami, dewiacjami, obsesjami, doprowadzać do nędzy, niszczyć związki, hiperbolizować lęki i żądze, a potem wszystko to odkręcać i naprawiać. Po co? Chodzi o katharsis. (…) Oczyszczenie to klucz do opowieści.

Pojęcie katharsis odnosi się w tym wypadku do jednej z podstawowych cech sztuki antycznej. Dawno temu, w swojej Poetyce po raz pierwszy użył tego pojęcia Arystoteles, zwracając uwagę, że celem sztuki jest wywołanie w widzu wstrząsu, na skutek uwidocznienia jakiejś tragedii. To z kolei ma finalnie doprowadzić do kojącego w skutkach oczyszczenie duszy z negatywnych emocji i doznań. Syndromem tym zainteresował się później Freud w swej psychonanalizie. Najważniejsze jest jednak brać pod uwagę, że cecha ta stanowi fabularny fundament. Fundament, którego nie dostrzegamy, acz którego, jako odbiorcy, bardzo potrzebujemy.

Już wiecie do czego zmierzam? Tak, właśnie takie katharsis odczułem podczas seansu Pewnego razu w… Hollywood. Tarantino opanował zresztą tę zasadę do perfekcji. Zdarzało mu się to wcześniej, ale chyba dopiero teraz zaakcentował to w tak mocny sposób. Nie dało się bowiem nadać tej historii bardziej palącego znaczenia.

Być może emocje podczas kulminacji filmu zadziałały na mnie w taki sposób z tego względu, że ostatnimi czasy dużo taplałem się brudzie. Czytałem o zbrodniach seryjnych morderców, wzbogacając tym seans drugiego sezonu Mindhuntera (i dając wam to). Przybliżałem sobie postać Charlesa Mansona, niejako przygotowując się do seansu Pewnego razu w… Hollywood. Byłem przygotowany na najgorsze. Na zadawanie ciosów nożem w brzuch brzemiennej ślicznotce. Na tryskającą krew. I w końcu, na zmierzenie się z odczuciem dojmującego smutku, za sprawą przeżycia na własnej skórze tragicznych wydarzeń sierpnia 1969.

Otrzymałem jednak zaskoczenie. I to jedno z większych, jakie ostatnimi czasy było mi dane przeżyć w kinie. Wiedziałem, ze Tarantino lubi igrać z moimi przyzwyczajeniami, ale gdzieś podczas oglądania tych nostalgicznych pocztówek z Hollywood tamtych lat moja czujność została skutecznie uśpiona. I dobrze. Bo dzięki temu trauma, na którą byłem przygotowany, ustąpiła miejsca prawdziwemu oczyszczeniu. Widząc jaki los spotyka zahipnotyzowanych Mansonem Texa Watsona i spółkę, poczułem trudną do sprecyzowania satysfakcję. Słysząc głos bezpiecznej Sharon Tate wydobywający się z domofonu, poczułem natomiast namacalną wręcz ulgę. Dobrze mi z tym.

tarantino

Tarantino doskonale wiedział, czego się spodziewam (...). I dlatego odważył się zadziałać odwrotnie.

Okrutne, głośne morderstwa, które zapisały się w kartotekach policji, to rany, które w świadomości społecznej nigdy się nie goją. Może potrafimy uznać, że należą one do przeszłości, ale znacznie trudniej jest nam całkowicie o nich zapomnieć. Mają stanowić czytelne ostrzeżenie. Wystawiając bardzo przykre świadectwo człowiekowi, dają do zrozumienia, że ten jest istotą ułomną, naznaczoną lękami, obsesjami i żądzami. Częstokroć przy tym ulęgającą porywom tych nurtów. Nie ma zatem wyższej klasy konfliktu postawionego naprzeciw bohatera jak zbrodnia, która swego czasu wstrząsnęła światem.

Tarantino doskonale wiedział, czego się spodziewam podczas oglądania seansu filmu opartego na tragicznych wydarzeniach. Wiedział zatem, że będę oczekiwał finału, który nie pozostawi mnie obojętnym wobec tego, co przytrafiło się Sharon Tate, jej nienarodzonemu dziecku i jej znajomym. I dlatego odważył się zadziałać odwrotnie. Tylko po to, by w ramach magii kina, dostarczyć mi uczucia oczyszczenia. Bo Pewnego razu w… Hollywood to nic innego jak piękna bajka – o ludziach pogrążonych w melancholii, żyjących fikcją, będących częścią świata zbudowanego na fasadach szczęśliwości i dobrobytu. Bajka, dająca złemu wilkowi nauczkę.

I nawet jeśli ma się to odbywać tylko w wyobraźni, cholernie przyjemnie jest móc pokazać środkowy palec tej uporczywej niesprawiedliwości naznaczającej świat cierpieniem. Za to Quentin – dzięki.

Ostatnio dodane