Publicystyka filmowa
2 w 1, czyli PODWÓJNE FILMOWE ROLE
Podwójne role w filmach to zaskakujące wyzwanie dla aktorów. Odkryj, jak SAM ROCKWELL w MOON wznosi się na wyżyny!
Podwójne role to niemałe wyzwanie dla filmowców. Wiąże się to z koniecznością uciekania się do różnych operatorskich sztuczek, częstym korzystaniem z dublerów i zabawą komputerową magią. Przede wszystkim jednak to popis umiejętności aktora, który musi wznieść się na wyżyny, żeby wiarygodnie przedstawić interakcje i relację z… samym sobą. To wymaga oddania różnic między postaciami, wejścia w psychikę dwóch osób jednocześnie, stworzenia i podtrzymania dwóch bohaterów w tym samym czasie. Efekty takich starań bywają niezwykle imponujące, czego przykładem mogą być liczne komentarze osób autentycznie zaskoczonych faktem, że Armie Hammer nie ma brata bliźniaka, który wystąpił z nim w The Social Network. W poniższym zestawieniu postanowiłem przybliżyć kilka podwójnych ról, które zrobiły na mnie największe wrażenie.
Moon
Podwójna rola Sama Rockwella w Moon jest zdecydowanie najbardziej emocjonalną ze wszystkich, które tu opisuję. Jest tak po części dlatego, że widoczna na zdjęciu dwójka mężczyzn to, nie licząc GERTY (robot, któremu głos podkłada Kevin Spacey), jedyni bohaterowie filmu. Jasne, w wideorozmowach i nagraniach pojawiają się też inne postaci, ale to niewielki ułamek całości, której sukces opiera się właśnie na grze Rockwella. Dwoistość jego roli nie jest tu jednak żadnym gagiem (Iluzja 2 się kłania) czy ciekawostką, a częścią tajemnicy.
Na początku filmu poznajemy tylko jednego z bohaterów – zakładamy, że Sam to zwyczajny pracownik bazy na księżycu, który samotnie sprawuje nad nią kontrolę do końca swojego kontraktu. Pewnego dnia mężczyzna ulega jednak wypadkowi, a akcja przenosi się do ambulatorium. Sam po odzyskaniu przytomności podsłuchuje, jak GERTY otrzymuje instrukcję, według której ma uniemożliwić bohaterowi wydostanie się na zewnątrz bazy. Kiedy w końcu mu się to udaje, znajduje rozbity pojazd, a w nim… Sama. Okazuje się, że bohater, którego obserwowaliśmy w pierwszym akcie filmu, po swoim wypadku nigdy nie wrócił do bazy, a my śledziliśmy losy nowej postaci.
Obaj mężczyźni są zdewastowani tym odkryciem, obaj wierzą, że są oryginałami. Świadomość bycia czyimś klonem to chyba największy cios, jaki można sobie wyobrazić – cała pamięć, osobowość, wspomnienia i miłość do żony – wszystko to zostało zaprogramowane. Taki klon nie posiada nic. GERTY uświadamia mężczyzn, że obaj są klonami. Ich przeznaczeniem jest odpracować trzy lata, a następnie umrzeć – wtedy wybudzony zostaje następny klon i tak dalej. Bohater, którego poznaliśmy na początku, właśnie kończy swój trzyletni kontakt i zaczyna zupełnie się sypać – jednocześnie przypominając nowszemu Samowi, jaki los czeka i jego. Rockwell fenomenalnie oddaje ciężar tej historii i ewolucje relacji między dwoma klonami – od początkowej nieufności i niechęci przez akceptację aż po nawiązanie sojuszu i przyjaźni.
The Social Network
Jak już wspomniałem we wstępie, Armie Hammer (wspierany przez geniusz reżyserii Davida Finchera i scenopisarstwa Aarona Sorkina) tak wiarygodnie przedstawił postaci bliźniaków Winklevoss, że niejeden widz był przekonany o istnieniu bliźniaków Hammer. Interakcje między braćmi były tak żywe i intensywne, że trudno uwierzyć, że w każdego z nich wcielał się na zmianę jeden aktor.
Pomimo oczywistego fizycznego podobieństwa aktor zdołał także odróżnić ich trochę od siebie (aczkolwiek subtelnie, bez robienia sztywniaka z jednego i wariata z drugiego), tworząc niezwykle zniuansowaną podwójną rolę. Oglądając go, zapominamy, że to jedna osoba, a energiczność scen z jego udziałem i wspólny wysiłek twórców sprawiają, że kupujemy bliźniaków Winklevoss bez mrugnięcia okiem. Hammerowi udała się także niemała sztuka, jaką było uczynienie swoich postaci nieco bardziej sympatycznymi, niż początkowo można by je oceniać. Konflikty i dyskusje między nimi przybliżają nam ich emocje i pogląd na sytuację, w której się znaleźli, dzięki czemu możemy rozumieć ich rozgoryczenie, nawet jeśli kibicujemy filmowemu Zuckerbergowi.
Wróg
Tym razem dwie postaci na ekranie to w rzeczywistości przejaw zaburzeń psychicznych głównego bohatera granego przez Jake’a Gyllenhaala. Cały film jest jedną wielką łamigłówką – zaburzona chronologia, niedopowiedzenia, pozorna dwójka identycznych mężczyzn, sceny mające miejsce tylko w głowie protagonisty – poskładanie tego w jedną całość to wymagające zadanie, ale dopiero wtedy można docenić niesamowitość roli niedocenianego (z przyczyn niepojętych) przez Akademię Filmową Gyllenhaala.
Tworzy on niesłychanie złożoną postać na różnych etapach psychicznej degeneracji. Adam i Anthony to dwie strony jednego medalu, a każda z nich jest pełna niuansów i skomplikowania – to w żadnym razie nie jest czarno-biały podział na skrajności. Autentyzm całokształtu jeży włos na karku i jawi się jako jedno z najbardziej wiarygodnych, nieprzeszarżowanych przedstawień jednostki zagubionej w odmętach własnego umysłu. Abstrahując od jakości całego filmu (w mojej opinii bardzo wysokiej), warto go obejrzeć dla samego Gyllenhaala. Dzięki niemu odkrywanie tajemnicy nie męczy, a intryguje ponad wszelką miarę.
Obcy: Przymierze
Bezsprzecznie jednym z najbardziej interesujących elementów nowego Obcego jest podwójna rola Michaela Fassbendera. W tegorocznym filmie Ridleya Scotta przyszło mu się wcielić w znanego z Prometeusza Davida, a także w nowszego androida, Waltera. Konflikt między dwoma syntetykami oprócz podniesienia poziomu napięcia służy również jako zobrazowanie refleksji dotyczących sztucznej inteligencji. David jest wcześniejszym modelem, pod kilkoma względami znacznie bardziej zaawansowanym, bliższym człowiekowi. Jest kreatywny, odczuwa pożądanie, natchnienie i potrzebę tworzenia. Na przytyki dotyczące bycia zwykłą maszyną reaguje agresją – nawet jeśli skrywa ją i otwarcie pozwala sobie tylko na ciętą ripostę. Czuć, że samoświadomość i rozważania nad egzystencją są dla niego bardziej istotne niż służenie człowiekowi, którym gardzi.
Podsumowując go, posunąłbym się nawet do stwierdzenia, że David jest nadczłowiekiem. Posiada kreatywność i wolną wolę – tak bardzo hołubione przez nas cechy – ale jednocześnie jest wolny od krępującego nas sumienia i złudzeń moralności. Paradoksalnie to ograniczony w stosunku do poprzednika Walter ma więcej wspólnego z przeciętnym człowiekiem. Jego twórcze zapędy zostały przytępione, a samostanowienie zastąpiono wiernością i posłuszeństwem. Walter, wbrew temu, co mówi, jest zdolny do odczuwania czegoś więcej niż poczucie obowiązku wobec ludzi, ale nie odczuwa potrzeby autonomii, nie potrafi tworzyć i nie widzi sensu w buncie.
Z punktu widzenia Davida jest on rozczarowaniem, ułomnym bratem, któremu nie może pomóc. Wszystko to, o czym napisałem, Fassbender zdołał oddać bez ani jednej fałszywej nuty. Złożoność osobowości obu bytów, ich trudną relację i konflikt – aktor wznosi się na wyżyny swoich umiejętności. Już pojedyncza rola skonfliktowanego androida jest niezwykle wymagającym zadaniem, a to, co widzimy w Przymierzu, w mojej opinii zasługuje na prawdziwy deszcz nagród.
Legenda
O Legendzie miałem już okazję napisać jakiś czas temu. To zdecydowanie najgorszy film na całej liście (ta narracja…), ale to wcale nie znaczy, że nie zasługuje na wasz czas. Wręcz przeciwnie – polecam go obejrzeć dla samego Toma Hardy’ego, który usprawiedliwia ponad dwie godziny poświęcone na seans. To na pewno najbardziej efekciarska rola ze wszystkich tu opisanych. Jeśli oceniając Hammera w The Social Network, mówiłem o skupieniu się na niuansach, tak Hardy bez dwóch zdań pojechał po bandzie.
Jest to jednak w dużej mierze uzasadnione przez historię – film opowiada o perypetiach braci-gangsterów, z których jeden cierpiał na schizofrenię paranoidalną i generalnie był bardzo ekscentrycznym osobnikiem. Ten efekt udało się osiągnąć – tu nie ma cienia wątpliwości. Różnice między bliźniakami są może przesadnie skrajne, ale na pewno świetnie zagrane. Wcielając się w każdego z nich, Hardy zupełnie inaczej się wysławia, inaczej też gra ciałem i mimiką. To imponujące, zwłaszcza kiedy dwaj bracia stają naprzeciwko siebie i kłócą się albo wręcz walczą. Nie ma tu żadnej sztuczności, wszystkie wygrane emocje trafiają jak należy.
To brzmi jak zwyczajne dobre aktorstwo, ale pomyślcie o tym tak – Tom Hardy niebywale przekonująco odgrywa miłość i troskę o samego siebie. Bardzo szanuję go za tę rolę – zdecydowanie zasługuje ona na lepszy film.
* Nie zawarłem w swoim zestawieniu filmów takich jak Atlas chmur, gdyż postanowiłem wyróżnić wyłącznie te role, w których obie postaci grane przez danego aktora wchodzą ze sobą w istotne interakcje – dopiero to jest prawdziwie imponującym i interesującym zjawiskiem, o którym chciałem trochę napisać.
Zdaję sobie sprawę, że to same nowe produkcje, więc jeśli ktoś ma jakieś ciekawe przykłady ze starszych filmów, to zachęcam do podzielenia się nimi w komentarzach.
korekta: Kornelia Farynowska
