Recenzje

ACH ŚPIJ KOCHANIE. Piękny Władzio, a potem długo, długo nic

Olbrzymi potencjał, który postanowiono rozmienić na drobne.

Autor: Damian Halik
opublikowano

Najnowszy film Krzysztofa Langa zapowiadał się doskonale. Kanwą dla scenariusza Andrzeja Gołdy była prawdziwa historia Władysława Mazurkiewicza, która w latach 50. elektryzowała całą Polskę – to filmowy samograj, materiał na wysokiej jakości kryminał. Do tego ciekawa obsada i intrygujący zwiastun, jakże odmienny od tego, co widujemy zazwyczaj. Niestety twórcom Ach śpij kochanie zabrakło odwagi, by sięgnąć wyżej – garściami czerpać z tego, co dostali od losu. Szkoda.

Władysław Mazurkiewicz – elegancki morderca czy też piękny Władzio, jak często go nazywano – był człowiekiem bezwzględnym. Nie widział nic złego we współpracy z Gestapo podczas II wojny światowej, podobnie jak nie wadziły mu bliskie kontakty z komunistycznymi władzami w powojennej Polsce. Ktoś powie: „człowiek bez kręgosłupa”, jednak nie jest to w żadnym wypadku diagnoza prawidłowa. Mazurkiewicz od dziecka odczuwał bowiem bardzo silną potrzebę zaspokajania samego siebie. Swoich potrzeb materialnych. Temu właśnie służyła kolaboracja (dobytek niejednego Żyda przewinął się przez jego ręce), temu też służyć miały kontakty w czasach, gdy wszyscy mieli po równo, a ci u władzy jeszcze równiej. Koniec końców także rabunek stanowił jedyny motyw jego bezwzględnych ataków na niezliczoną ilość ofiar. Oficjalnie było ich sześć – do tylu się przyznał (potem zmienił zdanie, twierdząc, że zmuszono go groźbami względem bliskich mu osób) – nieoficjalnie ponad trzydzieści, a kto wie, czy nie dwukrotnie więcej (twórcy Ach śpij kochanie sugerują sześćdziesiąt siedem). Cały ten mrok przez lata był jednak skrywany za zawadiackim uśmiechem, nienagannymi manierami i eleganckim odzieniem. Piękny Władzio brylował na krakowskich salonach. Uchodził za duszę towarzystwa – szarmanckiego dżentelmena, u boku którego po prostu warto się pokazać. Podobno nawet osoby wiedzące o morderstwach były święcie przekonane, że wykonywał on tylko zlecenia „przełożonych” z Urzędu Bezpieczeństwa. Był nietykalny.

To wszystko sprawia, że historia eleganckiego mordercy jest wdzięcznym tematem do rozważań moralno-egzystencjalnych, choć akurat w tym przypadku odniosłem wrażenie, że Krzysztof Lang i Andrzej Gołda sporo dodali od siebie. Uczłowieczyli bestię, nadali mu rys psychologiczny, który w pewnym stopniu ociepla wizerunek bezwzględnego mordercy i złodzieja. Było to doskonałym zagraniem, które sprawiło, że Andrzej Chyra w Ach śpij kochanie jawi się niczym polski Hannibal Lecter. Spokojny, nawet w areszcie trzymający fason, pouczający młodego śledczego Karskiego (Tomasz Schuchardt) tak w kwestii stylu, jak i sprawach damsko-męskich. Ich relacji (zwłaszcza w drugiej połowie filmu) trudno nie porównać do znanych z Milczenia owiec wizyt Clarice Starling u doktora Lectera.

O ile Chyra swoim kunsztem dystansuje całą resztę obsady, trudno jest też zarzucić cokolwiek Schuchardtowi – dobrze odgrywa to, co mu kazano – nie jego wina, że uczciwy glina wrzucony między skorumpowane hieny to sztampa. Nieźle wypada także Katarzyna Warnke, której postać – mimo początkowego wrażenia ozdoby na potrzeby scen w negliżu – z czasem sukcesywnie jest rozwijana. Większych zarzutów nie mam też w stosunku do Karoliny Gruszki, choć jej bohaterka wygląda z kolei na wyraźnie pisaną na siłę, ale o tym za chwilę. Natomiast reszta wypadła… Tak źle, że aż dobrze! Bogusław Linda dał z siebie wszystko, ale ostatecznie zagrał typowego Bogusława Lindę. Podobnie Andrzej Grabowski Andrzeja Grabowskiego, Arkadiusz Jakubik Arkadiusza Jakubika, a Katarzyna Figura rosyjską Rysię z Kilera. Z jednej strony może to świadczyć o odpowiednim doborze aktorów, z drugiej trudno oglądać świeży film, kiedy jedna kreacja wypada świetnie, dwie czy trzy dobrze, a całą resztę widziało się już w przynajmniej kilku innych produkcjach. To pierwszy feler Ach śpij kochanie, który wyraźnie rzuca się w oczy. Kolejny, znacznie większy, to scenariuszowe uproszczenia odpowiedzialne za ostateczne zmarnowanie potencjału tego tytułu.

Wizualne wrażenia są niezłe. Część scen jest ewidentnym ukłonem w stronę miłośników kina noir, świetne kompozycje Michała Lorenca dodatkowo wzmacniają te odczucia, ale wszystko to nie jest w stanie zamaskować uproszczeń scenariuszowych.

W Ach śpij kochanie postać Mazurkiewicza stanowi główny powód opowiadania całej historii, jednak dla kluczowej kryminalnej rozgrywki jest on jedynie tłem (zresztą jego los i tak znany jest każdemu, kto nie wybiera się na film w ciemno). To odważne posunięcie, które wyszłoby całkiem nieźle, gdyby nie fakt, że scenariusz woła o pomstę do nieba.

Widz bardzo szybko i wręcz łopatologicznie uświadamiany jest, kto stanowi prawdziwego antagonistę – to nieudana próba podjęcia rękawicy rzuconej przez Jestem mordercą, czyli wplecenia w historię wyraźnego uderzenia w czasy PRL-u. Przesłanie jest równie jasne, co zbyteczne. Na dodatek w wydaniu Gołdy i Langa intrygi grubymi nićmi szyte bardzo szybko wyjaśniają się same. To zabija napięcie oraz klimat, który i tak odstaje od ideałów kina noir. Wizualne wrażenia są niezłe – olbrzymia w tym zasługa Ewy Skoczkowskiej oraz Elżbiety Radke, które odpowiadały za scenografię i kostiumy. Część scen można też potraktować jak ukłon w stronę miłośników gatunku, świetne kompozycje Michała Lorenca dodatkowo wzmacniają te odczucia, jednak wszystko to nie jest w stanie zamaskować uproszczeń. Nadające klimat noir zdjęcia migają między bardziej pospolitymi obrazami, a historia zdaje się być spłycana jak to tylko możliwe – wyłącznie po to, by film mógł obejrzeć dosłownie każdy. I choć Ach śpij kochanie ogląda się całkiem dobrze, po seansie pozostaje wyraźny niedosyt. Mogło być świetnie, a wyszło – niestety – jak zwykle. Rozkrok między stylowym kryminałem a produkcją dla mas ostatecznie odbiera wszelkie argumenty na obronę Ach śpij kochanie.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane