Connect with us

Recenzje

ZOMBIE SS. Kawał dobrej zabawy

ZOMBIE SS to wyjątkowa komedia grozy, która w odważny sposób łączy horror i humor, zapewniając niezapomnianą zabawę w niecodziennym stylu.

Published

on

ZOMBIE SS. Kawał dobrej zabawy

 

Co jakiś czas w europejskim światku filmowym pojawia się pozycja zupełnie inna niż wszystkie. Dość często pochodzi z kraju, który w takich gatunkach nie przodował. Często jest dziełem młodych ambitnych ludzi, którzy mają odwagę iść pod prąd, zrobić coś niszowego, coś, co czasami może – niestety – przejść niezauważone. Dzięki takim przedstawicielom homo sapiens w filmowym świecie nigdy nie jest nudno. Nie idą za nimi nazwiska, nie idą za nimi pieniądze, ale mimo to są w stanie pokonać przeciwności i pokazać widzom coś nowego, świeżego i ożywczego. Aby było jeszcze bardziej niszowo, łapią się za gatunek mocno wyeksploatowany, gatunek, w którym coraz trudniej wymyślić coś oryginalnego, gdzie często kopiowane są bezczelnie i nachalnie pomysły, które już miały szansę ujrzeć światło dzienne w innym filmie.

Advertisement

Przez to niestety rynek filmowy, jeżeli mogę użyć tego słowa, zalewany jest przez nijakie „produkcje” i rzadko zdarza się nam widzieć coś dobrego, coś, co mimo tego, że opiera się na oklepanych schematach jest tak skonstruowane, że bawi, a nie odstrasza.

Tym razem uderzenie przychodzi z Norwegii, od mało znanego reżysera, który na swoim koncie miał do tej pory jedną dość średnią pozycję. Nasi północni przyjaciele wzięli się za bary z tematyką zombie. Żeby było jeszcze lepiej, są to martwi naziści. I znowu pokazali naszym rodzimym producentom, reżyserom i scenarzystom, że zamiast kijem gruchy obijać, trzeba zakasać rękawy i zabrać się ostro do roboty. Tego typu filmy są specyficzne. Epoka ich świetności już dawno minęła. Co jakiś czas temat zombie z lepszym lub gorszym skutkiem pojawia się i równie szybko znika. Nawiązuje do takich pionierów gatunku, jak Martwica mózgu, Evil Dead czy Poranki…, Dni…, Noce… i Świty żywych trupów. Wydawać by się mogło, że w tej tematyce powiedziano już niemal wszystko. Okazuje się, że na szczęście nie.

Advertisement

Fabuła Dead Snow jest banalna. Oto mamy grupkę młodych przyjaciół, domek w odludnych górach, zimową porę i czające się w okolicy zło. Wiadomo więc, jak się to skończy. Pierwsze, na co trzeba zwrócić uwagę, to podejście, z jakim powinniśmy zabrać się za oglądanie tego filmu. Nie jest to typowy horror, którego zadaniem jest sprawić, że kolejne noce będą bezsenne i będziemy się bali najmniejszego choćby pierdnięcia. Nie, takie podejście jest zupełnie mylne i zawiedziemy się srodze. Ten typ horroru ma widza przede wszystkim bawić. I w tej dziedzinie jest on wyśmienity.

Zabawy nam tu nie zabraknie. Niestety, jest to film nie dla każdego. Jeżeli uwielbiasz morze flaków, absurdalne sytuacje, siekankę i wszędobylską rzeź, to ta pozycja jest skierowana do Ciebie. Ciebie pokazuje swoim zgniłym palcem i mówi: „Ty, nie odwracaj wzroku, usiądź wygodnie i przygotuj się na ostrą jazdę bez trzymanki! Tak pozytywnie nastawiony przygotowałem się na niespełna półtorej godziny świetnej zabawy. Przede wszystkim miejsce – piękne norweskie góry, przysypane białym puchem. Typowy domek ze sławojką na zewnątrz. Parę razy miałem okazję spędzić miłe wieczory w podobnej scenerii i droga w nocy do takiej sławojki dawała naprawdę niesamowity dreszczyk emocji. Człowiek siedzi i myśli, czy czasami nic go nie capnie za poślad, czy nic nie wysunie się z dziury i nie zrobi przykrego kuku. A w przypadku tego filmu jest to naprawdę konkretne kuku.

Advertisement

Jak to zwykle bywa, nasi sympatyczni bohaterowie, bo nikt chyba nie będzie darzył sympatią grupki martwych nazistów, spędzają bardzo miło czas, flirtując, oddając się cielesnym uciechom, pijąc i grając w przeróżne gry. Ot, typowa imprezka młodych ludzi. Do czasu. Do czasu aż zło nie wyjdzie z lasu. Bo gdy już wychodzi, mamy wyborny spektakl, którego głównym bohaterem jest obficie lejąca się posoka. Oglądając ten film, miałem wrażenie, że twórcy chcieli oddać hołd pionierom gatunku gore i moim skromnym zdaniem udało im się to w 100%. Kolejny szczegół, na jaki warto zwrócić uwagę, to przede wszystkim wygląd naszych antybohaterów.

Rozkładające się postacie ubrane w mundury Wermachtu i Waffen SS (te drugie znacznie lepiej się prezentują). Są wiecznie wkurzeni – wiadomo – to naziści, a oni tak po prostu muszą. I bardzo, ale to bardzo nie lubią, gdy ktoś zaiwania im ich skarby. Wtedy robią się naprawdę źli. Może dziwić, że mając do dyspozycji karabiny i inną broń palną, owi przyjemniacy upodobali sobie walkę wręcz przy użyciu bagnetów i swoich silnych ramion. Ale dzięki temu całość nabiera smaczku. Również dzięki temu nasi bohaterowie mają sposobność wykazania się niesamowitą kondycją fizyczną i umiejętnościami wykorzystania wszelkiego sprzętu domowego użytku, zaczynając od noży, a na pile mechanicznej kończąc.

Advertisement

Robią to fachowo, jak przystało na potomków wikingów. Stawiają czoła hordom wkurzonych zombie. Najlepsze, jeżeli już mówimy o zombie, jest to, że nie chodzi im wcale o pożywienie. W przeciwieństwie do swoich amerykańskich braci, norweskie odpowiedniki nie konsumują naszych bohaterów, zadowalają się wyłącznie rozerwaniem ich na najmniejsze kawałeczki. Chodzi im tylko i wyłącznie o złoto. Duży plus za to, że nie musimy po raz kolejny być świadkami konsumpcji. Tu liczy się tylko walka. Kolejnym plusem jest gra aktorów. Naprawdę nieźle jak na amatorów, serwują nam spektakl okraszony dość dużą dawką czarnego humoru.

Jakie minusy? Język norweski jest piękny, ale niestety niezrozumiały. Tak więc oglądając ten film na DVD, trzeba się będzie zadowolić napisami lub – pożal się boże – nieszczęsnym lektorem, a wiadomo, że wtedy trudniej skupić uwagę na filmie. Piszę DVD, bo szczerze wątpię, aby nasi zacni dystrybutorzy wpuścili go do kin. Są zbyt zajęci liczeniem pieniążków z takich kasowych „dzieł”, jak Kochaj i tańcz i ich tłuściutkie paluszki będą zbyt zmęczone, aby jeszcze pouderzać w klawiaturę i znaleźć film warty wprowadzenia na duże ekrany. Chociaż nie wiem, nie znam się i może okazałby się on wielką finansową klapą.

Advertisement

Mimo wszystko Dead snow jest wart zobaczenia, niesie ze sobą świeży powiew, który rozwiewa zgniliznę obecną w naszych kinach czy na półkach sklepowych, przez którą unikatowe lub niszowe produkcje musimy zamawiać często za granicą. I teraz Dead Snow kieruje swój zgniły palec w Twoją stronę z pytaniem: „Czy jesteś na mnie gotowy/a…?

Tekst z archiwum film.org.pl (07.04.2009).

Advertisement
Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *