Recenzje

1920 BITWA WARSZAWSKA

Autor: Grzegorz Fortuna
opublikowano

Słabo zmontowane zwiastuny, prezentujące komiczne grymasy Nataszy Urbańskiej, odezwy Jerzego Hoffmana, który prosił krytyków o przyjęcie jego produkcji w przychylny sposób i pierwsze recenzje, nie pozostawiające złudzeń co do jakości Bitwy Warszawskiej 1920 zapowiadały film zły, akademicki, wpisujący się z gracją w nurt współczesnego polskiego kina narodowo-historycznego, definiowanego do tej pory przez Katyń czy Popiełuszkę. Nic bardziej mylnego. Bitwa Warszawska 1920 nie jest po prostu zła. Jest tak tragiczna, że każdy, kto pójdzie na nią do kina, powinien dostać odszkodowanie za poniesione straty moralne. Nie przesadzam, nie koloryzuję – Jerzy Hoffman, pomimo współpracy z wieloma utalentowanymi fachowcami (Idziak, Dębski, Szyc, Olbrychski), wyprodukował twór, którego na dobrą sprawę wszyscy powinniśmy się wstydzić.

1920 Bitwa warszawska

Poetyka łopaty

Już pierwsza scena generuje takie stężenie żenady, że mimowolnie zacząłem tęsknić za Katyniem: Lenin, Stalin i kilku innych radzieckich oficjeli siedzą przy biurku, rozmawiając o tym, jaką drogę powinna obrać czerwona rewolucja. Stalin proponuje, by „wyzwolić” Polskę, będącą ostatnim bastionem w drodze na zachód. Po szybkim głosowaniu Lenin z entuzjazmem przyjmuje pomysł swojego przyszłego następcy, wstaje z krzesła, by wypowiedzieć jakąś komunistyczną mantrę, zamiera w bezruchu, a tło za nim… zmienia barwę na czerwoną. Czerwień zalewa też twarz przywódcy, upodabniając go do diabła, by za chwilę otoczyć wyłaniający się w tle tytuł filmu. Sens tego zabiegu będzie jasny nawet dla uczniów podstawówki – Lenin to szatan, Lenina trzeba zniszczyć. Przykre jest jednak co innego: od początku seansu nie minęły nawet trzy minuty, a Jerzy Hoffman już osiągnął najwyższy możliwy poziom łopatologii. Nie ma się jednak co martwić, dalej będzie jeszcze gorzej.

I tak: Polacy walczą z Ruskimi na cmentarzu. Nasi dostają solidnego łupnia, radziecka artyleria wysadza w powietrze niemal całą nekropolię (swoją drogą: kartonowe nagrobki latają tu z taką energią, jakby ktoś zamontował w nich silniki rakietowe). W pewnym momencie kamera ucieka od scen walki, prezentując jedynie spadające w zwolnionym tempie krzyże. Tego typu metafor – prostych, oczywistych, do bólu tandetnych – jest w Bitwie Warszawskiej na tyle dużo, że wymienianie wszystkich nie ma większego sensu. Jerzy Hoffman operuje symbolami z subtelnością godną naćpanego słonia, jakby bał się, że któryś z jego genialnych pomysłów może zostać przez mniej rozgarniętych widzów niezauważony. Wystarczy wspomnieć o scenie ukazującej walecznego księdza dumnie kroczącego w stronę radzieckich oddziałów z krzyżem zamiast karabinu.

1920 Bitwa warszawska

„…bolszewika goń, goń, goń!”

Wróćmy jednak do początku filmu. Kiedy kończy się prolog, poznajemy głównych bohaterów: ułana Janka i jego dziewczynę Olę, która robi tutaj dokładnie to, co grająca ją Natasza Urbańska w prawdziwym życiu – tańczy, śpiewa i z uśmiechem wymachuje zgrabnymi nóżkami. Sala kabaretu została w Bitwie Warszawskiej przedstawiona za pomocą takiej ilości kolorowych świateł, jakby twórcy chcieli wpędzić w kompleksy samego Dario Argento: lampy są zielone, żółte, fioletowe, czerwone i niebieskie, wszystkie świecą naraz bez ładu i składu. Zresztą całe lata dwudzieste mają w filmie Hoffmana o wiele więcej wspólnego z komiksową retrostylizacją Kapitana Ameryki, niż z jakkolwiek pojmowanym realizmem, co szczególnie widać w przesadnie nasyconych barwach, sugerujących raczej wspomniany komiks, niż historyczną opowieść.

1920 Bitwa warszawska

Gdy już przebrniemy przez teatralną konwencję wstępu, dotrzemy do właściwej części fabuły: Janek wyjeżdża walczyć z bolszewikami, Ola zostaje sama w Warszawie. Jak wynika z lakonicznych dialogów między Piłsudskim a jego współpracownikami, oddział dzielnego ułana wygrał bitwę pod Kijowem. Niestety, trudno się tego domyślić z zaprezentowanych w Bitwie… urywków, ukazujących na przemian losy Janka (ograniczające się w tej części filmu do jeżdżenia na koniu po malowniczych polach) i kolejne występy kabaretowe jego wybranki. Nie chodzi nawet o to, że takie zestawienie jest jednym wielkim stylistycznym zgrzytem (żeby skutecznie mieszać wojnę z radosnymi piosenkami, trzeba mieć gigantyczne wyczucie; Hoffman takowego nie posiada), ale o całe narracyjne upośledzenie, na które cierpi Bitwa Warszawska 1920. Wszystko zostało wrzucone do jednego gara: wojenna tułaczka Janka, niezbyt oryginalnie przedstawiona groza wojny, polityka w wykonaniu Piłsudskiego i Lenina, kabaretowe numery Oli. Nie jest trudno się w tym połapać, bo poszczególne wątki niby nawzajem się tłumaczą, ale co chwilę można odnieść wrażenie, że coś zostało pominięte lub opowiedziane zbyt pobieżnie. Nie ma płynności w przejściach od sceny do sceny, kolejne sekwencje robią wrażenie niedomkniętych, za bardzo ogólnikowych. Najgorzej prezentuje się ostatni akt filmu Hoffmana – finałowa bitwa powinna być kulminacją, do której cały czas stopniowo się dąży. Tymczasem wielka Bitwa Warszawska w Bitwie Warszawskiej to po prostu dość krótka seria chaotycznych starć, a na dodatek… gubi się w niej główny bohater. Nie żartuję: Hoffman na jakieś dwadzieścia minut zapomina o Janku, skupiając uwagę na statystach, ponoszących śmierć w naturalistyczny sposób. Potem, bez żadnego wyjaśnienia, znowu wraca do postaci walecznego ułana, jakby chciał powiedzieć: „No co? Znudził mi się, to zrobiłem sobie od niego przerwę. Nie narzekajcie, i tak będę kręcił filmy za wasze pieniądze”.

Ostatnio dodane