Recenzje
Transformers: Wiek Zagłady
Scenariusz, który nawet jak na tego typu produkcję razi głupotą i nielogicznością, montaż rodem z MTV, wszechobecny chaos, orgia efektów specjalnych i nuda, która pomimo całej parady atrakcji jaką serwuje nam Bay pod koniec daje się mocno we znaki.
Nie wiem co jest ze mną nie tak, że mimo, iż z filmu na film seria „Transformers” pod batutą Michaela Baya spadała coraz niżej, ja ciągle meldowałem się w kinie. Tragiczne części 2 i 3 powinny mnie raz na zawsze wyleczyć z mojego pędu ku destrukcji, a jednak mimo to, słysząc, że „Wiek zagłady” wchodzi do kin zarezerwowałem bilet i wraz z pozostałymi ludźmi na pełnej sali kinowej czekałem na to, co tym razem zaserwuje nam nasz „Master of disaster”.
Oczekiwań nie miałem absolutnie żadnych, w swojej naiwności liczyłem jednak, że może tym razem będzie chociaż trochę lepiej, a ja nie będę czuł się zażenowany podczas seansu. I faktycznie nie byłem! Może dlatego, że momentami przysypiałem.
Od wydarzeń z trzeciej części minęły 3 lata. Sojusz między ludźmi, a Autobotami został zerwany, a Ci ostatni są ścigani przez specjalną komórkę CIA i likwidowani jako zagrożenie dla spokoju na świecie. Tymczasem, gdzieś w Teksasie zdolny, ale nieco nierozgarnięty inżynier – wynalazca próbuje związać koniec z końcem wychowując przy okazji nastoletnią córkę. Poszukując staroci, które mógłby wykorzystać w swojej pracy natrafia na zdezelowaną ciężarówkę, która okazuje się być Transformerem. Od tego momentu jego życie zmienia się o 180 stopni.
Największą zmianą w porównaniu do poprzednich części jest całkowicie nowa obsada. Shia „No, no, no, no, no!” Lebeouf został zastąpiony przez przypakowanego Marka Wahlberga, zaś zamiast gorącej Megan Fox dostaliśmy jeszcze gorętszą Nicole Peltz, która nawet na farmie chodzi w szpilkach i półprzeźroczystych sukienkach. Co do tej drugiej pani, to ciężko powiedzieć cokolwiek sensownego, wszyscy wiemy, że jej rola ogranicza się jedynie do ozdobnika ekranu i trzeba przyznać, że wywiązuje się ze swojego zadania znakomicie. Natomiast Marky Mark sprawił, że wreszcie nie miałem ochoty mordować głównego bohatera.
Oczywiście musimy przymknąć oko na to, że gra on inżyniera, bo umówmy się – jest w tej roli absolutnie niewiarygodny, ale wiemy, że tym razem jest to twardziel z krwi i kości, a nie irytujący swoim skamleniem nastolatek.
Przetasowanie zostało poczynione również w ekipie Autobotów. Twórcom zarzucano, że robotów jest za dużo, przez co nie możemy poznać ich charakterów. Ekipę ograniczono do 5 transformerów. Oprócz Optimusa Prime’a i Bumblebee, który w dalszym ciągu nie mówi (ile chcą to ciągnąc?) dostaliśmy 3 zupełnie nowe roboty. I tutaj niewielki plus – wreszcie mają jakąś osobowość, a niektóre z nich, np.
Hound, któremu głosu użyczył John Goodman jest naprawdę zabawny i wzbudza u widza poczucie sympatii. Jest także Autobot samuraj, rzucający mądrościami wschodu i autobot buntownik narzekający na swoją sytuację.
Sporo emocji wzbudził fakt, że na ekranie mają pojawić się Dinoboty. Dla fanów są to postacie kultowe, niestety nazwa ta nie pada podczas seansu ani razu, zaś Grimlock, Slag, Swoop i (chyba) Snarl pojawiają się na zaledwie kilka minut. W formie robotów robią autentyczne wrażenie, niestety jako dinozaury są przestylizowane. Ich występ ogranicza się do orgii CGI i chaosu, który w trzecim akcie filmu zaczyna naprawdę męczyć.
Mimo tych kilku zmian „Transformers: Wiek zagłady” to praktycznie kalka części 1 i 3. Tajemniczy artefakt, walka w mieście podczas, której reżyserowi puszczają wszelkie hamulce – eksplodujące samochody, walka na autostradzie, wybuchy, wybuchy i jeszcze raz wybuchy, ale tym razem w slow-motion. Generalnie pełen zestaw Bayizmów. Jeżeli dołożymy do tego scenariusz, który nawet jak na tego typu produkcję ma mnóstwo bzdur i nielogiczności dostaniemy film, która swoją konstrukcją autentycznie potrafi widza zmęczyć i wynudzić. Słowo daję, że pod koniec zacząłem się zastanawiać czy nie dorobię się odcisków.
Można się było tego spodziewać, skoro scenariusz podobnie jak w przypadku poprzednich dwóch części napisał Ehren Kruger. Koleś pisze chyba tylko według jednego szablonu, bo wszystko jest do bólu schematyczne, a pod koniec Optimus wygłasza oczywiście mowę.
Żeby być sprawiedliwym trzeba przyznać, że film ma kilka plusów. Efekty specjalne stoją na bardzo wysokim poziomie, zdjęcia widoków i panoramy są ładne, w końcu zrezygnowano także z żenującego humoru. Tzn. wymuszone dowcipy nadal są obecne, ale tym razem miałem wrażenie, że są mniej rażące i nie ma ich, aż tak dużo. Muszę nawet przyznać, że dwa razy w ciągu seansu zdarzyło mi się uśmiechnąć. Ludzie na sali śmiali się znacznie częściej. Cóż, widocznie jestem ponurakiem.
Miało być nowe rozdanie. Nowi bohaterowie, nowe Autoboty, nawet Linkin Park został zastąpiony przez Imagine Dragons. Niestety wyszło tak jak zawsze. Scenariusz, który nawet jak na tego typu produkcję razi głupotą i nielogicznością, montaż rodem z MTV, wszechobecny chaos, orgia efektów specjalnych i nuda, która pomimo całej parady atrakcji jaką serwuje nam Bay pod koniec daje się mocno we znaki. Końcówka, która z założenia miała wzbudzać emocje i chęć zobaczenia kolejnej części powoduje jedynie westchnięcie z bezsilności, bo zapowiada się, że po raz kolejny dostaniemy dokładnie to samo. Puste pudełko, opakowane w błyszczący papier, na którym zmienia się jedynie wstążki. Szkoda czasu i pieniędzy.
