nowości kinowe

PIŁA: DZIEDZICTWO. Odgrzewany krwisty kotlet

Gra trwa dalej, ale schemat, na którym się opiera, uległ wyświechtaniu. Szkoda, bo była szansa na odmianę.

Autor: Jakub Piwoński
opublikowano

Chcę zagrać w grę...

Zapewne niejeden widz zadał sobie pytanie, jakim cudem seria Piła zdołała przetrwać tak długo. W jej przypadku mamy bowiem do czynienia z niemałym fenomenem. Choć w każdej kolejnej odsłonie było coraz mniej świeżości i kreatywności wyróżniającej pierwszy film, sygnowany nazwiskiem Jamesa Wana, to jednak za każdym razem niski budżet filmów (zamykający się zwykle w 10 milionach dolarów) zwracał się twórcom kilku-, jeśli nie kilkunastokrotnie. Piła pozyskała swoich wiernych fanów i poczęła realizować ten sam schemat, co inne wielkie horrorowe serie – uwielbiane i oglądane bez względu na jakość.

Ja też muszę wyznać ten powszechny grzech – uległem fascynacji Piłą od pierwszej chwili. Wiem zatem, na czym polega jej siła oddziaływania. Zabawa rozgrywa się na dwóch płaszczyznach – wyjątkowo intrygującego pomysłu wyjściowego oraz możliwości uczestnictwa w krwawym spektaklu z bezpiecznej pozycji widza. Podczas gdy jednych zatem przyciągną do ekranu moralne dylematy, drugich skusi perspektywa obcowania z co rusz to bardziej wymyślnymi pułapkami, stanowiącymi wizytówkę serii.

Film nie stwarza nawet możliwości do beztroskiej zabawy – pułapki, w które wpędzane są ofiary, wypadają bowiem wyjątkowo nieatrakcyjnie, rządząc się niezrozumiałymi zasadami.

Czy kolejna, ósma już część tego spektaklu jest w stanie zaspokoić oczekiwania widza? Wszystko zależy od tego, jakiego rodzaju widzem się jest. Mam bowiem wrażenie, że Piła: Dziedzictwo zadowoli jedynie amatorów łaknących prostych w zasadach, acz dosadnych w wydźwięku igrzysk, przy których będą mogli się głośno pośmiać, nażreć się i pokomentować. Ci bardziej wymagający widzowie, dobrze pamiętający akrobatykę, jaką stosowano w scenariuszach kolejnych części serii, obliczoną na poskładanie puzzli i wiarygodne domknięcie finału, będą jednak dalece rozczarowani. Dlaczego? Dlatego, że Piła: Dziedzictwo, sequel nakręcony po siedmiu latach oddechu, zamiast zaintrygować nowymi pomysłami, okazuje się być niczym innym, jak kolejnym odgrzewanym – w tym wypadku wyjątkowo krwistym – kotletem.

Film nie sprawdza się bowiem ani na jednej, ani na drugiej ze wskazanych przeze mnie płaszczyzn odbioru. Niepokojący sygnał został wysłany już z poziomu listy płac. Wiedząc bowiem, że znajduje się na niej Tobin Bell, odtwórca roli Jigsawa – którego los wiadomo jak się potoczył i kiedy skończył – były tylko trzy możliwości jego ponownego występu. Jakimś cudem wstał z martwych, miał brata bliźniaka albo też pojawi się w retrospektywie, a za sznurki pociągać będzie (a jakże) naśladowca. Choć z zasady nie ma nic złego w powtarzaniu schematu, na którym ugruntowana została horrorowa seria, to jednak w tym wypadku jest to już trochę męczące. Zwłaszcza że film nie stwarza nawet możliwości do beztroskiej zabawy – pułapki, w które wpędzane są ofiary, wypadają bowiem wyjątkowo nieatrakcyjnie, rządząc się niezrozumiałymi zasadami.

Piła: Dziedzictwo żeruje na postaci Jigsawa (o czym świadczy już oryginalny tytuł), serwując widowni popłuczyny z jego oryginalnej filozofii. Zawsze fascynowało mnie to, w jaki sposób główny oprawca Piły dopuszcza się swych zbrodni. Tak po prawdzie bowiem, nie jest on seryjnym mordercą w klasycznym rozumieniu tego pojęcia. Nigdy bowiem nie zabija on swych ofiar własnoręcznie, a jedynie uprowadza i konfrontuje z zaprojektowanymi przez siebie pułapkami. Co jednak najważniejsze, zawsze daje nieszczęśnikowi wybór. Działanie Jigsawa ma ukazać hipokryzję i zepsucie społeczne. Jego ofiary to bowiem ci, którzy chowają się za maską niewiniątek i skrywają występki, które uszły uwadze sprawiedliwości. Jigsaw jawi się zatem jako ten, który czyści świat z brudu niczym John Doe z Siedem. Jako że działa w słusznej sprawie, doczekał się kultu i naśladowców, przywodzących na myśl osobliwy przypadek syndromu sztokholmskiego.

Piła: Dziedzictwo nie wykorzystuje potencjału tego konceptu. I pod tym względem nie różni się niczym od swych poprzedniczek. Tylko pierwsza części potrafiła stawiać ciekawe pytania o podłożu etycznym, cała reszta, nakręcona siłą rozpędu, posługiwała się już tylko skrótami myślowymi. W Pile: Dziedzictwie pomiędzy wierszami da się zasłyszeć o bazie oddanych fanów – zorientowanych wokół strony internetowej – kultywujących dzieło Jigsawa. Szkoda, że nie zostało to rozwinięte, gdyż w ciekawy sposób otworzyłoby możliwość do poszerzenia historii i oderwania od krępujących serię rozwiązań fabularnych. Bo pod tym względem ósma część przypomina wręcz autoplagiat.

Trudno mówić o Dziedzictwie w kategoriach rozczarowania, gdyż można się było spodziewać, że jako ósma część serii nic oryginalnego nie przyniesie. Istniały jednak minimalne przesłanki do jakościowego skoku. Bracia Spierig, którym powierzono reżyserię, mają za sobą dwa celnie oddane strzały – wampiryczny horror z elementami SF, czyli Daybreakers – Świt oraz SF z elementami dreszczowca, czyli Przeznaczenie. Oba filmy zostały dobrze zapamiętane przez sympatyków fantastyki, gdyż cechują się wyjątkowo intrygującymi rozwiązaniami fabularnymi. Tej właśnie specyficznej świeżości zabrakło w Dziedzictwie, ale może przyczyna leży w tym, iż bracia Spierig nie zdołali w pełni rozwinąć przy projekcie skrzydeł, gdyż po raz pierwszy pracowali na cudzym scenariuszu.

A ten, pisany przez cztery osoby, okazał się tworem obliczonym na wykorzystanie najbardziej charakterystycznych atrybutów serii, poupychanych nieco na wyrost, ale z wyraźną chęcią zbudowania pomostu do przeszłości. Problem w tym, że choć w pierwszych aktach da się odczuć przyjemność z faktu powrotu do dobrze znanej gry, to jednak w ogólnym rozrachunku wypada ona prostu nieciekawie i licho. A już najbardziej boli to, że brakuje w najnowszej Pile tego, co zwykło wyróżniać (przynajmniej niektóre) filmy z serii – elementu zaskoczenia. Porządny reset jest tu potrzebny.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane