Recenzje

PLAGI BRESLAU, czyli gdy Patryk Vega inspiruje się „Siedem” Davida Finchera

Wycieczka Patryka Vegi do Wrocławia to wciąż bardziej "Pitbull" niż "Siedem"

Autor: Tomasz Raczkowski
opublikowano

Patryk Vega znów atakuje. Tym razem za pośrednictwem platformy streamingowej Showmax i z Małgorzatą Kożuchowską w stylistyce mrocznego kryminału. Wraz ze zmianą konwencji gatunkowej twórca Pitbulli oraz Kobiet mafii przeniósł się też z Warszawy do odległego Wrocławia. To w stolicy Dolnego Śląska rozgrywa się akcja Plag Breslau, zorganizowana wokół serii niepokojących morderstw, których sprawca podejmuje makabryczną grę z policją, szczególnie z pokiereszowaną przez życie Heleną. Taki zarys jasno sugeruje, z czym mamy do czynienia – Patryk Vega postanowił w tym filmie zbadać nieco inny niż dotychczas grunt, włączając do swojego autorskiego uniwersum kolejne inspiracje przeszczepione na swoiście postrzegany polski grunt. Zasadnicze pytanie brzmi: jaki jest tego efekt? I w tym wypadku łatwo się domyślić.

W centrum filmu znajduje się kryminalna zagadka wstrząsająca całym miastem. Punktualnie o 18:00 na targowisku znalezione zostaje ciało wymyślnie i brutalnie zamordowanego człowieka. Szybko okazuje się, że nie jest to pojedyncze zdarzenie, a początek szokującej serii zabójstw, dokonywanych na pokaz w określonym kluczu oraz celu. Sprawą zajmują się Helena Ruś, chmurna i zmagająca się z własnymi demonami policjantka, oraz jej partner „Bronson”. Szybko przybywa też wsparcie z Warszawy w postaci profilerki Iwony Bogackiej z CBŚ. Dzięki jej analizie policjanci wpadają na trop wiążący makabryczne zbrodnie z wydarzeniami sprzed trzystu lat. Rozpoczyna się złowroga rozgrywka między tajemniczym mordercą a policją, próbującą zapobiec kolejnym morderstwom. W tym wszystkim jest jeszcze osobisty dramat Heleny, zasygnalizowany wyraźnie na początku, który nie tylko stanowi uzasadnienie jej nieprzyjaznego sposobu bycia, ale który również okaże się istotny w kontekście rozwoju fabuły.

Vega jest wierny estetyce swoich poprzednich filmów, przez co odbiera wątkowi seryjnych morderstw znaczną część suspensu.

Sam Vega nie kryje, czym inspirował się, tworząc Plagi Breslau, i te wpływy widać jak na dłoni od pierwszych minut. Główny wątek jest żywcem wzięty z Siedem Davida Finchera, a wrocławska otoczka czerpie garściami z popularnej serii kryminałów historycznych Marka Krajewskiego, rozgrywających się w przedwojennym Wrocławiu, czyli w Breslau. Grana przez Małgorzatę Kożuchowską główna bohaterka to z kolei sztampowa twardzielka à la Lisbeth Salander. Suma tych nawiązań i „dresiarskiego” stylu Patryka Vegi (uosabianego głównie przez Tomasza Oświecińskiego w roli „Bronsona”) to film dosyć płaski, z karykaturalnymi bohaterami i zbyt czytelną intrygą, co gorsza pozbawiony odpowiedniego dla konwencji dusznego klimatu. Vega jest bowiem wierny estetyce swoich poprzednich filmów, stawiając na literalne śledzenie akcji, a nie atmosferę, przez co odbiera wątkowi seryjnych morderstw znaczną część suspensu. Więcej tutaj czuć aury nowych Pitbulli niż Finchera, nie mówiąc już nawet o dekadencko-psychotycznym posmaku książek Krajewskiego. Dlatego eksplorowana chwilami w Plagach… brutalność wypada obcesowo, bardziej lokując się w rejonach taniego szokowania niż integralnej części świata przedstawionego.

Sam scenariusz również daleki jest od doskonałości. Tworzą go klisze i zgrane chwyty, bohaterowie są przerysowani – na wzmiankę zasługuje przede wszystkim Andrzej Grabowski jako zapity i niekompetentny prokurator – a obecne w zalążkach pogłębione charakterystyki i wątki szybko zaniechane. Dialogi to z kolei mieszanka nieporadnego podawania fabularnych szczegółów oraz wulgarnej, momentami bełkotliwej „vegowszczyzny”. Dynamika relacji między bohaterami jest albo żadna, albo sztampowa do bólu (duet Heleny i Iwony, który powinien napędzać film, jest całkowicie pozbawiony chemii i źle dobrany), a ich umocowanie w scenariuszu jest tak wyraźne, że zamiast ludzkich imion osoby powinny być nazywane swoją narracyjną funkcją, np. „Ponura twardzielka”, „Wredna dziennikarka”, „Szef-kolega”, czy „Ten facet, który coś wie”. Co jednak najgorsze, pozbawiona niemal zupełnie klimatu kryminalna historia nie tylko leniwie wykorzystuje znane z popkultury motywy, ale jest też mocno przewidywalna, a wyczuwalne na kilometr fabularne twisty przywodzą na myśl raczej Scooby Doo niż filmowe klasyki, do których odwołuje się reżyser.

Ostatnio dodane