Recenzje

NĘDZNICY (reż. Ladj Ly). Człowiek człowiekowi wilkiem

Ladj Ly doskonale buduje dramaturgię, kumuluje zdarzenia i komplikuje sytuację.

Autor: Maciej Niedźwiedzki
opublikowano

Dzieci rewolucji

Zaczyna się od prawdziwej euforii. Paryżanie wychodzą na ulicę. Połączył ich futbol i zdobycie mistrzostwa świata w 2018 roku. Reżyser, Ladj Ly, otwiera swój film ujęciami pełnymi energii, krzyku i radości. Z ekranu aż wylewa się poczucie dumy i jedności, wspólnego narodowego sukcesu. Francuska flaga powiewa nad wszystkimi i wszystkich zrównuje. Niezależna od klas, ras i obyczajów. Tłum gromadzi się pod łukiem triumfalnym i śpiewa Marsyliankę. To jednak nic więcej niż cukier puder, przykrywający rzeczywisty społeczny rozkład. Początek Nędzników podnosi na duchu i zniewala entuzjazmem. Przez resztę filmu Ly będzie nas jednak odzierał ze złudzeń, pozbawiał nadziei.

Ly ceni jaskrawość i grubą kreskę w portretowaniu postaci, ale jedną sceną potrafi nadać im liczne odcienie szarości i zaskakującą delikatność.

Reportażowa sekwencja oddaje tylko nastrój chwili, jest krótkotrwała i ulotna. To tylko jeden wieczór, nazajutrz trwać będzie dalej wojna. Ludzie rozejdą się do domów, zamkną drzwi na wszystkie zamki. Nie zostanie nic więcej niż kac i wrażenie „urwanego filmu”. To było wczoraj. Dziś już nie jest ważne. Dla Ladja Ly wielki sportowy sukces jest smutnym punktem odniesienia. Kontrą dla jego fikcyjnej, ale sięgającej po format paradokumentu opowieści. Francuskiego reżysera nie interesuje więc monumentalny zamek, ale rozpostarte po horyzont wokół niego pobojowisko.

Bohaterami Nędzników są mieszkańcy paryskich przedmieść, schowani i broniący swoich bloków niczym twierdz, i trójka policjantów dziennego patrolu. Wśród nich czarnoskóry imigrant Gwada (Djibril Zonga), Francuz Chris (Alexis Manenti) i arabskiego pochodzenia Stephane (Damien Bonnard). Ten ostatni właśnie przeniósł się z prowincji. Przed nim pierwszy dzień służby w wielkim mieście. Stephane zachowuje spokój i nie daje sobą pomiatać, jest pewny swoich umiejętności i zdobytego dotąd doświadczenia. Czeka go jednak dzień próby, test na siłę charakteru.

Paryskie przedmieścia w ujęciu Ly to miejsce, w którego niemal każdym rogu – na autobusowych przystankach, osiedlowych boiskach, w bramach bloków i prywatnych mieszkaniach – płoną lonty. Wystarczy nieostrożnie skiepany papieros, by wybuchła wojna. Ly eskaluje kolejne etniczne konflikty, podgrzewa temperaturę i kumuluje nieporozumienia, rozsiewa społeczne napięcia i kładzie pod nogami bohaterów miny. Jednak zawiązujący akcję filmu moment wydaje się aż nadto niegroźny. Czarnoskóry chłopak wykrada z prowadzonego przez muzułmanów cyrku lwiątko (religijny symbol siły i trwałości). Uzbrojeni w bejsbolowe kije poszkodowani ruszają więc pod blok, w którym może mieszkać niesforny dzieciak. Na miejscu sporu na czas pojawiają się policjanci. To oni decydują się znaleźć kota, by nie dopuścić do rozlewu krwi. Brzmi to może trywialnie, ale Ly umiejętnie buduje napięcie: wzmaga wrażenie, że wystarczy jeszcze jeden niewłaściwy krok, by doszło do kataklizmu. W pamięci ciągle żywe są obrazy płonących aut i zniszczonych sklepowych witryn.

Ladj Ly doskonale buduje dramaturgię, kumuluje zdarzenia i komplikuje sytuację. Tak na płaszczyźnie policyjnego kina sensacji, jak i dramatu jednostek. Niejeden cel okaże się macguffinem, niejeden sukces będzie zapowiedzią klęski. Francuski reżyser, z wyjątkiem wieńczącego film cytatu z Victora Hugo, unika przy tym jakiegokolwiek moralizatorstwa. Nie zmierza do tezy, ale prowadzi narracyjnie zdyscyplinowaną relację „na żywo”. W jego ujęciu winni są wszyscy. Te same konflikty od środka rozszarpują mieszkańców przedmieść, co zamkniętych w samochodzie policjantów. Wszystkie strony podejmują złe decyzje – kierowani źle rozumianą dumą, przyjęciem wypaczonej perspektywy, nieumiejętnością mediacji – wtedy jedynym rozwiązaniem pozostaje naciśnięcie za spust czy rzut koktajlem Mołotowa. Proste i bolesne.

Ly przyjmuje wiele perspektyw i punktów widzenia. Eksplorujemy ponure zaułki, wchodzimy do ukrytych pomieszczeń, a sugestywne nagrania z drona (jednego z istotnych „bohaterów” filmu) zwodniczo uspokajają i spowalniają tętno. To ujęcia z lotu ptaka, czającego się do ataku drapieżnika. Cała techniczna oprawa – będąca bardzo blisko bohaterów kamera, dynamiczny montaż, wyeliminowanie niediegetycznej muzyki – podporządkowane jest jednemu celowi: by skutecznie oddać rytm i charakter chwiejącego się u fundamentów miasta.

W filmie Ly najważniejsze są jednak dzieci. W tym samym stopniu ofiary, co napastnicy. Tak samo ciekawskie, co cyniczne i bezwzględne. Z taką samą łatwością sięgające po kolorowy pistolet na wodę, co po bejsbolowy kij. W filmie Ly, strukturalnie dopiętym na ostatni guzik i bezbłędnie reżysersko poprowadzonym, odnajdziemy tyle samo empatii i zrozumienia, co poczucia bezradności i beznadziei. Ly ceni jaskrawość i grubą kreskę w portretowaniu postaci, ale jedną sceną potrafi nadać im liczne odcienie szarości i zaskakującą delikatność. Za każdym spojrzeniem kryje się więc człowiek.

Ladj Ly w Nędznikach zmieścił etyczną problematykę oraz duszność Dnia próby Antoine’a Fuquy, odrobinę realizmu magicznego w stylu Miasta gniewu Paula Haggisa (kicz+patos to duet zawsze dobrze działający na wyobraźnię) oraz społeczną wrażliwość Klasy Laurenta Canteta. W skrócie: doskonale wyważona mieszanka i kino najwyższej próby.

Ostatnio dodane