search
REKLAMA
Recenzje

WINNI. Skandynawski thriller telefoniczny

Jan Brzozowski

9 listopada 2018

REKLAMA

Wyobraź sobie, że pracujesz jako dyspozytor numeru alarmowego. Zmuszony jesteś na co dzień rozmawiać z ludźmi będącymi w najróżniejszych potrzebach: jeden przewrócił się na rowerze, drugiemu skradziono portfel oraz laptopa, trzeciemu zepsuł się samochód i nie wie co zrobić, a czwarty dzwoni z kolegami jedynie dla żartów. I nagle, po setkach godzin monotonnej pracy, odbierasz ten jeden telefon, który na zawsze zmieni twoje życie. Telefon od osoby, która została porwana i jest przetrzymywana w samochodzie wbrew swojej woli. Możesz ją uratować, ale pamiętaj, że masz tylko jedną szansę. Musisz więc myśleć, a przede wszystkim działać szybko, nie zawsze grając przy tym według zasad.

W dokładnie takiej sytuacji znalazł się główny bohater debiutu Gustava Möllera – Asger Holm. Mężczyzna zwykł pracować jako policjant w terenie, ale ze względu na pewne kontrowersyjne zachowanie podczas próby aresztowania został zdegradowany i do czasu zakończenia śledztwa w tej sprawie oraz wydania wyroku musi pracować jako dyspozytor. Asgera poznajemy w sposób naturalny poprzez jego rozmowy z ludźmi potrzebującymi pomocy, kolegami i koleżankami z pracy, a także dziennikarzami wydzwaniającymi na jego prywatny numer. Wraz z upływem czasu zaczyna nam się wyłaniać z licznych konwersacji obraz człowieka kompletnie wypalonego zawodowo, zgorzkniałego, zmęczonego pracą oraz życiem, który swoje niezadowolenie chowa za maską chłodnego cynizmu. Z apatii wyrywa go wspomniany na wstępie telefon porwanej kobiety. Asger postanawia zrobić wszystko, aby jej pomóc, nawet jeśli wykraczałoby to daleko poza zakres jego obowiązków i było niezgodne z regulaminem. Świetnie z niejednoznaczną rolą Holma poradził sobie szwedzki aktor Jakob Cedergren. Dźwiga on film na swoich barkach przez nieomal pełne dziewięćdziesiąt minut, budując swoją postać jedynie przy użyciu oszczędnej, iście skandynawskiej mimiki oraz tonu głosu, który zmienia się wraz ze wzrostem napięcia.

winni the guilty

Napięcia, które rośnie z minuty na minutę aż do zaskakującego, przewrotnego finału. Duża w tym zasługa odpowiedniego dozowania informacji. Wiemy dokładnie tyle, ile jest w stanie dowiedzieć się za pomocą komputera oraz telefonu główny bohater. Wspólnie z Asgerem bierzemy udział w kolejnych, kluczowych dla rozwoju akcji rozmowach. Wspólnie z bohaterem przeżywamy wzloty i upadki, chwile nadziei oraz rozczarowania. Wspólnie z Holmem dajemy się przez osiemdziesiąt pięć minut swobodnie wodzić za nos. Aż trudno uwierzyć, że to pierwszy film, a przede wszystkim pierwszy scenariusz autorstwa Gustava Möllera. Wszystko jest tutaj na poziomie strukturalnym dopracowane nieomal do perfekcji. Film trzyma się w ryzach od samego początku, nie ma w nim żadnych poważnych dziur logicznych. Dzięki temu jego oglądanie jest dla widza intelektualną przyjemnością, a nie pełną wybojów drogą przez mękę.

winni the guilty

Czym przy pisaniu scenariusza mógł inspirować się Möller? Pierwszym tytułem, jaki przyszedł mi na myśl po obejrzeniu Winnych, był naturalnie Locke Stevena Knighta. Tam również główny bohater, w którego wcielił się fantastyczny Tom Hardy, komunikował się ze światem oraz widownią jedynie za pomocą telefonu komórkowego. Podobny schemat fabularny został wykorzystany także w świetnym Pogrzebanym Rodrigo Cortésa albo popularnym Telefonie Joela Schumachera. Möller mógł się więc spokojnie inspirować pracą starszych, bardziej doświadczonych kolegów po fachu. Największym zwycięstwem szwedzkiego reżysera jest to, że udało mu się stworzyć film oryginalny, który co prawda wykorzystuje schematy znane z wyżej wymienionych tytułów, ale modyfikuje je na swój sposób, dostosowuje do konwencji kina gatunkowego i zręcznie zwodzi widza aż do zakończenia ostatniego połączenia.

Jeżeli więc poszukujecie dobrego, trzymającego w napięciu thrillera, to Winni są znakomitym wyborem. Mogę wam zagwarantować, że z seansu wyjdziecie roztrzęsieni, ociekający potem, z paznokciami krótszymi o połowę, ale szczęśliwi. Szczęśliwi, bo udało wam się obejrzeć kawał naprawdę porządnego, skandynawskiego kina.

Janek Brzozowski

Jan Brzozowski

Absolwent poznańskiego filmoznawstwa. Permanentnie niewyspany, bo nocami chłonie na zmianę westerny i kino nowej przygody. Wielki fan umiejętności aktorskich Jamesa Deana i Jimmy'ego Stewarta oraz urody Ryana Goslinga i Elle Fanning. Poza dziesiątą muzą interesuje go również literatura amerykańska (w szczególności proza Huntera S. Thompsona i Philipa Rotha) oraz francuska (zwłaszcza dzieła Marcela Prousta i Alberta Camus), a także piłka nożna (od 2006 roku jest oddanym kibicem FC Barcelony). Ostatnimi czasy odkrywa w sobie ogromne pokłady miłości względem kina dokumentalnego. Żałuje w życiu tylko jednego: że nie jest kimś innym.

zobacz inne artykuły >>>

REKLAMA