Recenzje

MINARI. Uniwersalna autobiografia

Lee Isaac Chung dokonał nie lada wyczynu – stworzył coś na kształt „uniwersalnej autobiografii”. Bazując na własnych wspomnieniach z dzieciństwa nakręcił film daleko wykraczający poza pierwotny, osobisty charakter.

Autor: Janek Brzozowski
opublikowano

Lata osiemdziesiąte, Stany Zjednoczone. Okres rządów Ronalda Reagana, agresywnego kapitalizmu, zimnej wojny. Z Kalifornii do Arkansas przeprowadza się mała koreańska rodzina, licząca na poprawę swojej niepewnej sytuacji bytowej. Przez niecałe dwie godziny obserwujemy żmudne, codzienne zmagania bohaterów związane przede wszystkim z problemami natury finansowej oraz procesem kulturowo-społecznej asymilacji. Składają się one, dość niespodziewanie, na jeden z najlepszych filmów ubiegłego roku.

Lee Isaac Chung wierzy w inteligencję widza, wrzucając go poniekąd w sam środek akcji. Głównych bohaterów – małżeństwo i dwójkę dzieci – poznajemy w samochodzie, już podczas przeprowadzki. Opuścili Kalifornię z nadzieją na lepsze jutro, kryjące się pod postacią domu jednorodzinnego z pięknym, dużym ogrodem. Słowem, z nadzieją na zrealizowanie mitycznego „amerykańskiego snu”. Największym prowodyrem zmian jest zawiadujący rodziną Jacob (Steven Yeun) – wychowany z dala od dużego miasta, marzy skrycie o własnej farmie, dzięki której mógłby zaopatrywać w koreańskie owoce i warzywa okolicznych mieszkańców. Od początku nieufna względem przeprowadzki jest natomiast jego żona Monica (Ye-ri Han) – przyzwyczajona do klimatów wielkomiejskich, zadowolona z poprzedniego miejsca zamieszkania. Co istotne, wszystkie informacje dotyczące bohaterów oraz ich wcześniejszych losów Chung sprytnie kamufluje w dialogach. Przysłuchując się prowadzonym najczęściej w języku koreańskim rozmowom małżeństwa, powoli odkrywamy kolejne elementy subtelnej, rodzinnej układanki.

Kolejne sceny łączą się w sposób naturalny, nienachalny, a portretowane w nich zdarzenia są ze sobą ściśle powiązane.

Scenariusz Minari Chung oparł na doświadczeniach autobiograficznych. W szalenie interesującej rozmowie z Joon-ho Bongiem opowiedział, że początkowo miał ochotę przyjąć perspektywę swojego alter ego – najmłodszego, chorującego na serce Davida (w tej roli wyjątkowo uroczy Alan S. Kim). „Podczas pracy nad scenariuszem dokonałem ważnego odkrycia: jestem w stanie zdystansować się od tej historii, nie stawiając się tylko w roli Davida, małego chłopczyka. Często spoglądałem na świat oczami Jacoba, bohatera odgrywanego przez Stevena [Yeuna]. Poczułem wtedy, że tak naprawdę jestem blisko wszystkich postaci. Chciałem stworzyć swego rodzaju dystans, ponieważ miałem nadzieję, że film sprawdzi się nie tylko jako autobiograficzna pamiątka, ale również opowieść o rodzinie”. Chung zrezygnował więc z subiektywizujących zabiegów, takich jak narracja z offu, ujęcia POV czy zrównanie wiedzy o świecie przedstawionym z poziomem wiedzy któregoś z bohaterów. Każdemu członkowi rodziny, nawet pojawiającej się dopiero po kilkudziesięciu minutach babci (znakomita, niezwykle zabawna Yuh-Jung Youn), poświęcił odpowiednią, sprawiedliwą ilość czasu ekranowego. Na każdą z postaci spojrzał z empatią i wyrozumiałością, nikogo nie faworyzując i nie demonizując. Podejrzewam, że to właśnie z tego powodu film tak bardzo spodobał się najbliższym krewnym reżysera, pierwowzorom fikcyjnych bohaterów, co w przypadku opowieści autobiograficznych (zwłaszcza tych z najwyższej artystycznie półki) jest rzadkością. Wspomnieć wystarczy chociażby reakcję rodziny François Truffauta na premierę 400 batów – Francuz momentalnie stał się w niektórych jej kręgach persona non grata; z powodu nieprzepracowanej, chowanej aż do śmierci urazy jego matka nigdy nie ujrzała swoich wnuczek. We wspomnianej rozmowie z twórcą Parasite Chung powiedział, że jego rodzice potraktowali Minari w kategoriach prezentu, reagując na zakończenie seansu słowami: „Zrozumiałeś nas, zobaczyłeś nas”.

Efektownym travellingom towarzyszy zazwyczaj subtelna, liryczna ścieżka dźwiękowa autorstwa Emile'a Mosseriego. Delikatne, klasyczne kompozycje nadają konkretnym fragmentom niemalże metafizycznego charakteru.

Pomimo autobiograficznych korzeni film Chunga ma charakter uniwersalny. Ktoś wyjątkowo uparty mógłby obedrzeć Minari z istotnego kontekstu kulturowego – ale i tak otrzymałby znakomicie opowiedzianą historię o rodzinie, która próbuje ułożyć sobie życie po przeprowadzce. Wynika to oczywiście z prostego faktu – dzieło Chunga stoi na niesamowicie solidnym fundamencie, jakim jest jeden z najlepiej rozplanowanych scenariuszy ostatnich lat. Nie chodzi mi w tym miejscu o dialogi (choć one też zasługują na pochwałę – świetnie sprawdza się chociażby dwujęzyczność bohaterów, którzy w mgnieniu oka przechodzą z koreańskiego na angielski i odwrotnie), ale o fabularną płynność i konsekwencję. Kolejne sceny łączą się w sposób naturalny, nienachalny, a portretowane w nich zdarzenia są ze sobą ściśle powiązane. Jeżeli Jacob w weekend przepracowuje się na polu, to najpierw ma problem z podniesieniem rąk do góry przed snem i potrzebuje pomocy przy umyciu głowy, a później w pracy upuszcza na ziemię pojemnik z kurczakami. Prosty ciąg przyczynowo-skutkowy? Owszem, niewielu jednak jest we współczesnym kinie twórców, którzy potrafią utrzymać swój film w ryzach logicznego następstwa wydarzeń przez cały czas jego trwania. Niewielu autorów jest tak konsekwentnych i drobiazgowych, niewielu osiąga ten szczególny rodzaj realizmu. Lee Isaac Chung udowodnił za pomocą Minari, że jest jednym z nich.

Budując nienaganną strukturę fabularną, reżyser dba również o audiowizualną stronę swojego filmu. Za zdjęcia do Minari odpowiedzialny jest Lachlan Milne, który wcześniej współpracował m.in. z Taiką Waititim (Dzikie łowy). W filmie Chunga udanie połączył dwa porządki estetyczne – eleganckie, statyczne ujęcia (najczęściej wypełnione bohaterami wnętrza) i dynamiczne, płynne jazdy kamery (najczęściej plenery, np. sekwencje montażowe ilustrujące katorżniczą pracę Jacoba na roli). Efektownym travellingom towarzyszy zazwyczaj subtelna, liryczna ścieżka dźwiękowa autorstwa Emile’a Mosseriego. Delikatne, klasyczne kompozycje nadają konkretnym fragmentom niemalże metafizycznego charakteru. Efektem jest poetycka wizja człowieka i natury, historia ich wzajemnych zmagań oraz prób współistnienia w harmonii – przypominająca miejscami, zwłaszcza pod kątem audiowizualnych rozwiązań, najlepsze filmy Terrence’a Malicka.

Lee Isaac Chung dokonał nie lada wyczynu – stworzył coś na kształt „uniwersalnej autobiografii”. Bazując na własnych wspomnieniach z dzieciństwa, nakręcił film daleko wykraczający poza pierwotny, osobisty charakter. W Minari, niczym w krystalicznie czystym zwierciadle, może przejrzeć się praktycznie każdy. Ojciec, syn, matka, córka, Amerykanin, Koreańczyk czy Polak – to bez znaczenia. Wszyscy jesteśmy ludźmi, zmagającymi się, w mniejszym lub większym stopniu, z problemami, którymi obarcza nas codzienne życie. Obyśmy, tak jak bohaterowie Minari, potrafili zjednoczyć się w najtrudniejszych momentach, nie zapominając, że są na tym świecie rzeczy ważne (pieniądze) i ważniejsze (rodzina).

Ostatnio dodane