Recenzje

DŻENTELMENI. Poważna gangsterka GUYA RITCHIEGO (tym razem na serio)

W "Dżentelmenach" Ritchie przestał być cudaczny, nie szuka usilnie przekombinowanych scen, ujęć czy przesadzonego humoru. I co? Nakręcił kapitalnie poprowadzony film.

Autor: Jan Tracz
opublikowano

Tę wojnę wygra tylko jeden.

Najnowsza produkcja Guya Ritchiego rozpoczyna się od typowo bondowskiego wstępu, gdzie bohaterowie zostają ukazani w oparach marihuany, w wystylizowanych garniturach, kolorowych okularach i z groźną bronią. Naszą uwagę zwraca również wpadająca w ucho piosenka, która w połączeniu z wypieszczonym wstępem stwarza swojski nastrój gangsterskiego ogniska domowego. Widzieliśmy już coś takiego nie raz – czy to w kultowym Przekręcie, czy w całkiem niedawnym Królu Arturze. Przyzwyczajeni do takiego stanu rzeczy, czujemy się swobodniej, a noga sama podryguje w rytm muzyki. Ritchie nie wprowadza nowości, czerpie ze sprawdzonych środków przekazu, a jego kolejny film jawi się jako esencjonalna i skondensowana wersja RocknRolli. Mniej tu cyrkowych wygłupów, więcej natomiast poważnej gangsterki, stresogennych momentów, gdzie burzliwa akcja lawiruje między kryminalistami z krwi i kości a fajtłapowatymi młodzikami. Żywiołowi, niespokojni Dżentelmeni nie są czymś odkrywczym. Są za to produktem opierającym się na tym, co najlepsze – brytyjskim humorze sytuacyjnym i tamtejszym niecodziennym stylu bycia.

Uwagę pewnych nieprzyjemnych osobników zwraca na siebie Amerykanin Mickey Pearson (Matthew McConaughey), który postanawia skończyć z narkotykowym światkiem i przejść na swego rodzaju emeryturę. Biznes go męczy, jednak zamierza wyjść z niego z klasą, niczym prawdziwy dżentelmen  poprzez legalne podpisanie umowy będzie mógł umyć ręce i spokojnie rozpocząć nowe, wspaniałe życie. Mickey wraz z najbliższym asystentem, Rayem (Charlie Hunnam), mają co nieco za uszami: na porządku dziennym są u nich zabójstwa, groźby, wymuszanie haraczu. Dobrze wie o tym Fletcher, w którego wciela się rewelacyjny (jak zwykle) Hugh Grant. Ten ekstrawagancki dziennikarz nie zawaha się użyć zdobytych informacji i niczym pasożyt wkradnie się do życia gangsterów. Do tego dochodzą Azjaci żądni majątku Pearsona oraz pewna niecodzienna grupa młodzików szkolona przez sfrustrowanego trenera sztuk walk, „Brytola” z krwi i kości. W ten właśnie sposób rozpoczyna się konflikt, w którym nic nie jest pewne, a wszystkie chwyty są dozwolone. A jednak tę wojnę wygra tylko jeden…

Guy Ritchie

Nie oszukujmy się, Dżentelmeni nie są niczym innym jak swoistą kalką poprzednich projektów Guya Ritchiego. To odbitka wszakże świadoma, odtwórcza, lecz przy tym niekonwencjonalnie skonstruowana. Sam film dzieli się na parę elementów składowych, które dopiero potem łączą się w świetnie zrealizowaną, a przy tym przemyślaną całość. Gdy Fletcher odwiedza Raya na samym początku, widz dosłownie nie ma pojęcia, co dzieje się na ekranie. Postaci wymieniają się przeróżnymi nazwiskami i korzystają z najulubieńszych brytyjskich wulgaryzmów. Widać przy tym, że aktorzy czuli się komfortowo na planie. Fletcher, (prawie) wszędobylski wolny strzelec, przedstawia współpracownikowi Pearsona skrótową wersję dotychczasowych wydarzeń, wcielając się zresztą w głównego narratora opowieści. Wyróżniające się wprowadzenie w fenomenalny sposób tłumaczy główne wątki oraz rolę określonych bohaterów i odpowiada na pytanie, dlaczego doszło do eskalacji konfliktu między Pearsonem a przeciwnikami z „branży”. Mimo wszystko Fletcher robi to… niczym Fletcher, po swojemu; dosłownie wyjmuje scenariusz swojego nowo napisanego filmu, bazującego na wcześniejszych wydarzeniach świata przedstawionego. W swojej wyobraźni odpala kamerę, nakreślając przy tym widzowi jaką, i pozwala nam zanurzyć się w brudny światek kryminalnego Londynu.

Film Ritchiego stoi w głównej mierze na sygnaturze, jaką jest jego indywidualny styl, korzysta również z pierwszorzędnych kreacji aktorskich. Przykładowo McConaughey wciela się w przenikliwego, wręcz mefistofelowego zbira, który zazwyczaj spokojny i honorowy potrafi postawić na swoim i o to zawalczyć. Gdy przeciwnicy ruszą mu jego „najprawdziwszy skarb”, ociekającą seksapilem żonę (Michelle Dockery), nie będzie wahał się ani przez minutę i prędko przejdzie metamorfozę w autentycznego sługę szatana. Show kradnie natomiast Hugh Grant, mnie osobiście chwilami przypominający stylowo-rubasznego Willema Dafoe ze Świętych z Bostonu. Figlarnie żonglujący soczystymi dialogami i (nie)śmiesznymi żartami, zwraca swoją uwagę na ekranie i do końca filmu nie zamierza przestać. Do tego jeszcze Colin Farrell jako wspomniany wyżej trener, brytyjska wersja Toma Cruise’a z komedii Jaja w tropikach. Uwierzcie, ten dziwaczny zespół nie zawodzi ani na sekundę.

Ale nie zapominajmy o energicznym stylu, z którego Ritchie jest do dzisiaj znany. Dżentelmeni pełni są dynamicznych, szalonych sekwencji, począwszy od pościgów za niemoralnymi nastolatkami, po emocjonujące sceny walk, które reżyser ukazuje w typowy dla siebie nonszalancki sposób. Do tego dochodzą siarczyste, w większości rynsztokowe dialogi i wypowiedzi dopełniające obrazu środowiska brytyjskich gangsterów. Całość natomiast zostaje zachowana w naprawdę poważnym tonie, a napięcie rośnie wraz z zagęszczeniem akcji. W pełni zdaję sobie sprawę, że jest to jedynie kolejny kryminał od Ritchiego, ale dawno nie siedziałem w kinie tak wciśnięty w fotel. Na ekranie wiele się dzieje, a tempo filmu okazuje się wprost idealne.

Biznesmeni-gangsterzy działający poza prawem, ci niefrasobliwi materialiści, zrobią wszystko, by osiągnąć sukces i otrzymać wynagrodzenie w postaci narkotykowego imperium Pearsona. Będą gotowi zabić nawet swoich najbliższych. A sam Mickey? Postara się im przeszkodzić i wyjść z tej sytuacji triumfująco, z klasą i honorowo, niczym prawdziwy dżentelmen. Czas pokaże, kto tak naprawdę udaje bandytę, a kto zasługuje na miano utalentowanego arcyłotra.

Ostatnio dodane