Recenzje

LEAVING NEVERLAND. W szponach Piotrusia Pana

Najbardziej niepokojące są bowiem twarze matek głównych bohaterów dokumentu, wciąż zaskoczone tym, że lubiący szwendać się z ich synami Jackson mógł być kimś bardziej wykręconym niż Jacko, zwykły kolega z sąsiedztwa, który wpadł przenocować i poukładać Lego.

Autor: Jakub Koisz
opublikowano

Dokument Leaving Neverland od HBO w reżyserii Dana Reeda jest tak skonstruowany, że w dalszym ciągu należy wybierać. Jeśli uważasz, iż nie podaje nowych dowodów w sprawach nieudowodnionego molestowania dzieci przez Michaela Jacksona na początku lat dziewięćdziesiątych, możesz pozostać niewzruszony. Szczególnie że musimy brać słowa głównych bohaterów na wiarę, a oskarżony gwiazdor nie może się już bronić. Jeśli natomiast przeczuwałeś, że otoczony zabawkami i śpiący z dzieciakami w jednym łóżku trzydziestokilkulatek musi mieć ostro nawalone pod kopułą, to ten film tylko to potwierdzi.

Jestem atawistyczną bestią i mój od dawna naturalnie regulowany czujnik popaprańców (uwierzcie, choć czasem zaskrzypi, zazwyczaj w terenie sprawdza się całkiem nieźle) szalał za każdym razem, gdy na scenę wychodził ktoś tak ikoniczny. W popkulturze nie lubię ikon, ale samą muzykę i storytellerów, dlatego śmieszą mnie oskarżenia dziennikarza „Gazety Wyborczej” o mizoginizm skierowany w stronę formacji PRO8L3M, która słynie z tego, że tworzy sobie persony na potrzebę sztuki. Prawdziwy potwór nie przywdziewa maski ulicznego chama, aby czynić komukolwiek krzywdę. Potwory mają twarz uśmiechniętych panów śpiewających I Believe I Can Fly i w celu zrealizowania swoich niecnych planów tymczasowo nie chcą nikogo straszyć.

Będąc na grubej fazie, wpadłem kiedyś na pomysł, żeby napisać opowiadanie rozgrywające się w rzeczywistości alternatywnej, czyli swoiste „co by było, gdyby…”. W tym świecie Król Popu, prezentując dziennikarzom i światu dziewięciomięsięcznego syna na balkonie dokładnie tak, jak to miało miejsce w rzeczywistości (czyli w berlińskim hotelu Adlon w 2002 roku), nie zdołał złapać wysuwającego się z ramion niemowlęcia.

Do rozjaśnienia rzeczywistości dochodzi więc w chwili, kiedy niemowlę roztrzaskuje się o chodnik i do świata dociera, że nie ma ikon, żaden Jezus muzyki nie wpuścił nas na chwilę do swojego świata, a bożki potrafią krwawić. Niezbędna światu manifestacja ekspresji seksualnej, która wybrzmiewała wręcz boleśnie z wysokiego, idealnego głosu Jacksona oraz tańca, którego elementem było łapanie się za krocze i wykonywanie biodrami wraz dziećmi na scenie ruchów frykcyjnych, chowa się na chwile do szafy, a kulturę znowu nawiedza zapięta pod szyję na ostatni guzik pruderia. Pozostaje tylko przerażony, wybudzony do rzeczywistości mężczyzna z rozpadającą się twarzą, który rekompensował sobie brak dzieciństwa dziwnymi praktykami zabawowymi, a pogłoski o rzekomym homoseksualizmie maskował intratnymi dla obu stron, dziwacznie wyreżyserowanymi małżeństwami. Poślubienie córki Elvisa Presleya brzmi w kontekście cyrku, który miał wtedy miejsce, jak ponury żart specjalistów od wizerunku wyjęty wprost ze skeczy SNL.

Porzuciłem swój koncept na fabułę w momencie, w którym zdałem sobie sprawę, że machina zwana Michael Jackson przeżyła wstrząsy nie mniejsze niż śmierć niemowlaka. Popkultura lat dziewięćdziesiątych to chyba najbardziej mocarny bad trip rzeczywistości – ciągnąca się sprawa O.J. Simpsona, wzbierające pogłoski o pedofilii Jacksona, głośne i spektakularne upadki sportowców, a także okres największego żniwa obleśnych czynów Billa Cosby’ego.

Dwuodcinkowy dokument ogląda się bardzo dobrze, nawet jeśli nie wierzymy w relacje Jamesa Safechaka i Wade’a Robsona, dorosłych już ofiar popularności muzyka, które na pewnym etapie swojego życia zostały namaszczone przez Jacksona, aby potem zostać przezeń opuszczonymi na rzecz kolejnych dziecięcych przyjaciół Króla. Jest to bowiem ciekawy wycinek z popkultury, która zawalała się od nadmiaru złota; swojego rodzaju studium upadku i krytyka amerykańskiego snu.

Michael Jackson

Porzucając relacje o kilkukrotnej ejakulacji w ciągu jednej nocy na oczach małego dziecka i bardzo mrocznie brzmiące opowieści o fortecy gwałtu, w której zamieszkać mógłby Willy Wonka, tylko taki od wchodzenia komuś pod kołdrę – pozostaje desperacka relacja ludzi oparzonych z jakiegoś powodu blaskiem złotego cielca. Nawet jeśli traktować obraz Reeda jako konfesjonał z odrzuconymi kochankami albo sądową poczekalnię z byłymi współpracownikami, to również opowieść o tym, że czyjś kult może być tak potężny, iż narusza fundamenty rodzicielskiego zdrowego rozsądku i trzeźwej oceny sytuacji. Najbardziej niepokojące są bowiem twarze matek głównych bohaterów dokumentu, wciąż zaskoczone tym, że lubiący szwendać się z ich synami Jackson mógł być kimś bardziej wykręconym niż Jacko, zwykły kolega z sąsiedztwa, który wpadł przenocować i poukładać Lego. Nawet jeśli nie pedofilem, to najwyraźniej kimś z ostro przepalonymi stykami. Samotnym królem w czekoladowym zamku bez przyjaciół.

Ostatnio dodane