Felietony

BYŁEM W KINIE 7D. Pierwszy i ostatni raz

Autor: Jakub Piwoński
opublikowano

Podczas nadmorskich wakacji miałem okazję zaznać niezwykłego doświadczenia. Doświadczenia, dzięki któremu moje życie kinomana stało się znacznie bogatsze. Moja percepcja weszła na wysokie obroty za sprawą seansu w kinie 7D. Oto opis moich wrażeń.

Tym, którzy z jakichś powodów nie natknęli się nigdy na tego typu rozrywkę, pośpiesznie wytłumaczę, że kino 7D to rodzaj widowiskowego miejsca oferującego niecodzienny rodzaj seansu. Prócz trójwymiarowego obrazu widz ma w założeniu doświadczyć śledzonych na ekranie wydarzeń dosłownie na własnej skórze, poprzez uczestnictwo reszty zmysłów. Pojawia się wiatr, woda, do nozdrzy dociera zapach, a ciało poniewierane jest ruchem fotela. Ta liczba w nazwie kina to zatem wyliczanka wymiarów, w których obcować ma widz.

To jednak tylko oryginalne założenia. Rzeczywistość nie realizuje ich nawet w połowie.

Być może udałem się na zły seans. Z szerokiej oferty kilkuminutowych filmików najbardziej zachęcająca wydała mi się wyprawa na Marsa. Przed wejściem na seans pan w kowbojskim kapeluszu opiekujący się kinem uprzedził mnie jednak, że film ma bardzo naukowy charakter i posiada mniej atrakcji od reszty filmów z oferty, w której przeważają horrory, rollercoastery i inne spotkania z rekinami. Niezrażony tym ostrzeżeniem, udałem się na seans, ponieważ to właśnie Mars wydał mi się – zagorzałemu fanowi SF – najbardziej przyjaznym gruntem do tego rodzaju, dziewiczej eksploracji.

Naiwnie liczyłem, że da się z tej podróży wycisnąć więcej emocji...

Wrażenia? Seans trwał pięć minut, ale akurat mi zajęło jeszcze mniej czasu wyrzucenie go z pamięci. Grafika filmu animowanego była mniej więcej tej jakości co w najlepszych grach komputerowych lat 90. Na nos założono mi mocno zużyte okulary, które wypaczały trójwymiarowy efekt. Efekt, do którego oczy przez pierwsze kilka minut muszą przecież przywyknąć, stąd długość seansu jest tym bardziej niekorzystna. Co jakiś czas dmuchał na mnie zamontowany w pobliżu wentylator, który w dodatku był przesadnie głośny. Z kolei fotel, na którym siedziałem, reagował na wydarzenia, wpadając co jakiś czas w silne konwulsje. Wszystko to dość znacząco zaburzało moją koncentrację na seansie. Nie dowiecie się niestety ode mnie, o czym dokładnie film opowiadał.

I to by było na tyle. Ja wiem, że kosmos jest nudnym miejscem, nie roznoszą się w nim zapach ani dźwięk, nie leje się woda, nie jest słyszalny też żaden krzyk. Ale naiwnie liczyłem, że da się z tej podróży wycisnąć więcej emocji. Mam jednak podejrzenie graniczące z pewnością, że w przypadku wybrania jakiegokolwiek innego filmu z listy moje spostrzeżenia byłyby mniej więcej takie same. Z tego nie da się wycisnąć więcej. Kino 7D to bubel na kółkach. I to dosłownie, ponieważ jak spostrzegłem, czasem za salę widowiskową służy tył zwykłej furgonetki ustawionej pod pensjonatem wypełnionym po brzegi dziećmi kolonijnymi.

Gdybym szukał przyczyny tego zjawiska, zapewne odbiłbym się od zwykłej ekonomii. Tego rodzaju kina, ulokowane w wakacyjnych miejscowościach, charakteryzujących się lekkością w wydawaniu pieniędzy i ochotą poszukiwania łatwych wrażeń przez turystów, z pewnością regularnie na siebie zarabiają. Jest to zarazem z pewnością jedyny obszar ich egzystencji i tylko w ten sposób da się wytłumaczyć, w jaki sposób osiągają profity. To atrakcja rodem z wesołego miasteczka. Jeśli ktokolwiek myśli, że w przyszłości mechanizmy kina 7D mogłyby zostać wykorzystane do zaprezentowania w nowej odsłonie tradycyjnych hitów kinowych, to może już teraz te domysły wsadzić między bajki. Raz, że proces takiej „konwersji” byłby zwyczajnie za drogi, a dwa, całkowicie zbędny.

Tuż przed rozpoczęciem seansu kino – jako miejsce obcowania ze sztuką filmową – składa nam bowiem jedną bardzo ważną obietnicę. Bez względu na to, co będzie działo się na ekranie, do jakich emocji skłonią nas twórcy, my, widzowie, mamy w ciemnej sali kinowej czuć się komfortowo i bezpiecznie. To warunki niezbędne do tego, by odpowiednio skoncentrować się na seansie, a co za tym idzie, docenić i zrozumieć jego wartość. Sami zatem odpowiedzcie sobie na pytanie, co ważnego chcą nam przekazać lub pokazać twórcy kina 7D, jeśli jedynym ich celem jest skuteczne utrudnienie nam patrzenia w ekran za sprawą co rusz uskutecznianej gonitwy bodźców.

Byłem w kinie 7D. Pierwszy i ostatni raz.

Ostatnio dodane