Zestawienie

RĘCE OPADAJĄ, czyli FILMOWE ROZCZAROWANIA 2018

Autor: Jacek Lubiński
opublikowano
Skoro były już „ochy i achy” na temat tegorocznych premier kinowych, to teraz przydałoby się również kilka z nich zbesztać. W końcu nie każdy film jest w stanie nas „kupić”, nierzadko żałujemy też, iż w ogóle przyszło nam za nie zapłacić. I nawet jeśli nie są to dokumentnie złe produkcje, a bywa, że i wręcz przeciwnie, to jednak nie ma co ukrywać faktu, iż w taki czy inny sposób mocno nas rozczarowały. Oto wybrane przykłady takich filmowych przygód z 2018 roku. A was co zawiodło? Komentujcie!

Pomniejszenie

Bardzo ciekawy koncept miniaturyzacji społeczeństwa jako rozwiązania przeludnienia i innych problemów współczesnej cywilizacji. Niestety ten Kingsajz XXI wieku szybko traci na siebie pomysł, a rozwleczona do granic historia rozczarowuje zawartością, jak i wykonaniem, które poza kilkoma nad wyraz dużymi rekwizytami zamienia się w przeciętny dramacik, jakich wiele. Po tym reżyserze, po tej obsadzie i po samym pomyśle wyjściowym można było oczekiwać o wiele więcej. A tymczasem jedynym, co zostaje w głowie po seansie, jest wizerunek łysego Matta Damona. Całość jest zupełnie jak mająca nastąpić w jednej ze scen filmu eksplozja, która ostatecznie okazuje się tylko małym pierdnięciem.

Czarna Pantera

Tu i tak najlepiej wypada... biały facet.

Ponad miliard dolarów wpływów i zalew optymistycznych recenzji to w tym wypadku jawny wpływ politycznej poprawności i solidarności czarnej społeczności szturmującej kina. Szkoda, że nie było tak różowo w latach świetności blaxploitation, wtedy może ta przeciętna w ogólnym rozrachunku odsłona marvelowskiego uniwersum nie byłaby traktowana jak objawienie, lecz jak film niespełniający oczekiwań. Leży tu bowiem praktycznie wszystko – od fatalnych efektów specjalnych, przez mało zajmującą intrygę, po kompletnie niewykorzystany (i mdły) świat Wakandy i jego postacie, z których i tak najlepiej wypada… biały facet, w dodatku zły. A wszystko to przewidywalne od góry do dołu. Nie jest to może produkcja tragiczna, ale do miana „super” z pewnością dużo jej brakuje.

Kształt wody

Szacun dla Guillermo del Toro, że w czasach na maksa wymuskanych filmideł od Disneya potrafił za zaledwie dziewiętnaście baniek (!!!) stworzyć bajkę z kategorią R, gdzie już pierwsza scena to radosna masturbacja. Generalnie to taka wielce naiwna baśń dla nieco starszych dzieci – taka, w której nikt nie udaje, że ludzie nie krwawią i nie klną, pozbawiona miliarda odniesień do popkultury i ciętych ripost, a przy tym pozwalająca zapomnieć się na te dwie godziny. Mało odkrywcza i do Labiryntu fauna niemająca startu, ale zrealizowana z podobną klasą i będąca niezłą alternatywą dla codziennego repertuaru. Szkoda jedynie, że całość uszyto na tyle grubymi nićmi i owinięto zbyt letnimi emocjami, aby można się było jakkolwiek przejąć. Idealnie punktuje ją zresztą poniższy mem:

Lady Bird

Ponownie dużo było nad tym projektem zachwytów (aż pięć nominacji do Oscara!) i raz jeszcze nie wiadomo dlaczego. Podobnych opowieści o młodzieńczym buncie i atrakcjach dorastania było już mnóstwo i Panna Ptasiek nie proponuje absolutnie nic, czego wcześniej nie zrobiłby lepiej chociażby John Hughes. Zresztą podświadomie reżyserka parę razy go cytuje, podobnie jak przemyca do fabuły nijak nieprzystające do niej, wybitnie allenowskie wtręty, które w ustach nastolatek brzmią co najmniej dziwnie. To z jednej strony film hipsterski aż do przesady (nawet pseudo głównej bohaterki jest na zasadzie „bo tak i już”), a z drugiej pozbawiony jakiegoś wyjątkowego klimatu czy spojrzenia na świat. Nawet chwalone przez krytyków Sacramento jest tu tylko tłem bez wyrazu i, co gorsza, bez charakteru. Generalnie stany mocno średnie. Taka tam „szósteczka”. I to nawet bez plusika.

Ostatnio dodane